Aller au contenu

Photo

Moje opowiadnie na konkurs DA


  • Veuillez vous connecter pour répondre
5 réponses à ce sujet

#1
Vasetloth

Vasetloth
  • Members
  • 2 messages
Nie wygrałem, ale za to mam motywacje do dalszej nauki i pracy nad swoim stylem. Swoje opowiadanie chciałbym zamieścić tutaj, skoro to dział o wszystkim, by wysłuchać uwagi oraz krytykę forumowiczów.


9:21 Wiek Smoka - Czas Piątej Plagi, Lothering

Na
przeżartych przez brud i robaki spróchniałych i wilgotnych deskach
leżało kilkanaście pokrytych zaschłym błotem ciał uchodźców, którzy
niezadowoleni wiercili się jak dawni teyrnowie po Fereldenie, próbując
wywalczyć sobie jak najwięcej wolnej przestrzeni. Nieliczne okienka izby
były pozamykane, mieszanina zapachów takich jak wilgoć i pot unosiła
się więc pod sufitem tworząc widzialną niemalże mgiełkę. Wyraźnie było
czuć w odorze ludzkiego potu strach. Garrett Hawke, obudziwszy
się, leżał przez krótką chwilę w niewygodzie i ubóstwie, myśląc o tym,
co stracił uciekając. Miękkie łóżko, dom, dawnie posiadane przedmioty –
tego człowiek żałuje zwykle najbardziej, jednak dla Garretta taką rzeczą
była także jego kolekcja ksiąg, którą musiał spalić przed wyruszeniem
do Lothering. Zakazanych ksiąg. Ale to przeszłość, powiedział
sobie. Trzeba ją zostawić za sobą. Przetarwszy zaspane oczy, potarwszy
szorstki zarost i obrzuciwszy spojrzeniem przypadkowych towarzyszy swej
niedoli, uchodźca wstał z ciężkim westchnieniem i, wymijając pogrążone w
półśnie czy śnie postacie, skierował się ku drzwiom. Zszedł po wąskich
schodach do niewielkiej, jeszcze prawie pustej – jeśli nie liczyć
śpiących, poupychanych po kątach ludzi - izby. Ledwie skinieniem głowy
powitał go Danal, mężczyzna grubo po czterdziestce, z podwiniętymi
rękawami kraciastej koszuli i okazałym wąsem. - Daj mi coś do jedzenia, proszę – mruknął do niego Garrett.
- Nie da rady – odparł tamten. - Obejrzyj się tu, no, Hawke – ludzi
tylu, że igły nie wciśniesz. Nie daję rady, rąk mi brakuje, by się
wszystkimi uchodźcami zająć... Carverowi na pewno wyszłaby z ust
jakaś sprośna uwaga, gdyby to usłyszał, przemknęło przez myśl
Garrettowi, który uśmiechnął się lekko na wspomnienie o bracie. - ... więc sam się obsłuż, Hawke, wiesz co gdzie jest – dokończył właściciel zajazdu. - Pieniądze na blacie połóż.
Uchodźca szybko jął przygotowywać sobie posiłek, zauważywszy, że w
izbie tłocznieje, bowiem ludzie zaczynali się budzić albo schodzić ze
strychu, wnętrze tawerny zasię powoli jęły wypełniać dźwięki rozmów i
szurania stołów. Poprzedniego dnia Garrett nie zdążył załapać się na
posiłek i musiał wydać gargantuiczną sumę na jedzenie u jednego z ludzi,
którzy wykupywali codziennie rano świeże pożywienie, by potem
sprzedawać je po zawyżonej cenie. Gdy uchodźca skończył przygotowywać
jajecznicę, usiadł na jednym z wysłużonych, nielicznych krzeseł, które
zaskrzypiało żałośnie, lecz na szczęście dla niego się nie rozleciało. - Coś nowego? - zapytał Garrett od niechcenia Danala, skubiąc drewnianą łyżką kawałek jajka.
- A i owszem – odparł właściciel tawerny, nalewając z beczki piwa
młodzieńcowi w zbroji i tarczą z herbem piechoty Redcliff na plecach. -
Arl Eamon jest ciężko chory. Nie pomagają żadne czary, medykamenta... No
nic mu nie chce pomóc. Ten rycerz przybył do nas dzisiaj z samego rana.
Szukają na rozkaz brata Eamona Świętych Prochów Andrasty, ukochanej
oblubienicy Stwórcy, bo podobno one jedynie mogą arla uleczyć. -
Zdesperowany musi być ban Teagan, że wysyła ludzi na poszukiwania garnka
z proszkami pochodzącymi z ciała oszustki... - zauważył ponuro łysy
człowiek w ćwiekowanej skórze, siedzący po drugiej stronie Garretta. - Oszustki! Oszustki! - uniósł się ktoś. - Patrzcie go, jeszcze na świętą Andraste bluźnić nam tu zaczyna!
Niewątpliwe, że w normalnych warunkach zlinczowanoby śmiałka, jednak
ludzie byli zmęczeni i to tak bardzo, że zwyczajnie nie mieli sił na
jałowe spory. - A ty to kto? - zapytał Donal, mrużąc oczy. - Turim, z Denerim – odparł łysy człowiek. - Najemnik. Bez obaw, Donalu, opłaciłem wczoraj swój pobyt tutaj.
- Prawdą jest, że nadzieja ostatnia umiera – przyznał z pesymistycznym
wyrazem na obliczu rycerz z Redcliff. - Z równie dobrym efektem
moglibyśmy szukać igły w stogu siana. Igły w stogu siana, moi panowie!
- Czy rycerze nie powinni raczej zajmować się obroną zamku przed żywymi
trupami niż braniem udziału w misji, której powodzenie jest wątpliwe? -
zapytał Garrett, zerkając na rycerza. - Czy jednak macie jakieś ślady?
Indagowany upił łyk z kufla i wpatrzył się w przestrzeń przed siebie.
Trwał tak chwile w bezruchu, aż otrząsnął się i spojrzał uważniej na
uchodźca. - Przynajmniej jeden promień nadzieji oświetlił
ostatnio czerwony klif mego rodzinnego miasta - odparł Sir Donal. - Te
kreatury, zwłoki przywrócone wbrew naturze to życia przez plugawych
maleficari, nie stanowią już problemu. Garrett nie sprostował
fałszywej informacji. Choć wiedział, że określane oksymoronem "żywych
trupów" istoty były w rzeczywistości opętane przez demony, nie
maleficari, nie miał zamiaru wyprowadzać z błędu rycerza, ponieważ w
przeszłości już był przekonał się, że zbyt wielka wiedza w tej i jej
pokrewnych materi przyciąga niepotrzebną uwagę i wzbudza zainteresowanie
zgoła niechciane, zwłaszcza templariuszy, których uszy były niezwykle
czułe jeśli chodziło o tę tematykę. - Szary Strażnik uratował nas, uratował Redcliff... - mówił dalej rycerz.
- Ten zdrajca, co zabił króla Cailana, syna Marica? - przerwał kto z
zaciekawionego grona słuchaczy, które zaczęło się budować wokół Sir
Donalla. - Kłamstwo to ! - parsknął wojownik z Redcliff. - Łeż!
Osoba tak prawa nie podniosłaby ręki na króla. Odratował arlowego syna,
wyciągnął go z pazurów demonicy, no i bann mu ufa... Więc i ty
powinieneś, niedowiarku. To on też ruszył na poszukiwanie Świętych
Prochów oblubienicy Stwórcy. My szanse mamy małe na jej odnalezienie,
jednak jeśli komuś to się powiedzie, to jemu w pierwszej kolejności.
Rzadko idzie spotkać tak zacnego człowieka. W górach ma zamiar urny
szukać... I może słusznie, bo jeśli dać wiarę plotkom, Havard właśnie w
góry ją przed wieloma laty zabrał. - Czy to prawda, że odwiedził niedawno Lothering? - zainteresował się Garrett. - Czy prawda, nie wiem - odparł Sir Donall. - Za to w Redcliffe na własne oczy go widziałem.
- Jeśli wyjechał nie zostawiając obrony, to musi znaczyć, że Lothering
nic nie grozi - mruknęła jakaś baba, już leciwa, z chustą na głowie. - Albo że spisał Lothering na straty - zakończył pesymistycznie Turim z Denerim. - Jak tutejszy templariusze. Zapadła cisza - nikt nie odważył się zareagować na jego wypowiedź. Każdy się bał.
- Znajomo wyglądasz - zagadał Sir Donall Garretta. Ten dopiero teraz
zauważył zmęczony wyraz twarzy rycerza, który musiał dużo przejść w
ostatnich dniach... lub tygodniach. - Nie jesteś może spokrewniony z
Carverem? - To mój brat - odparł Garrett. - Widziałeś go? - Pomógł mi w drodze do Lothering ten Carver, a spotkałem go w Denerim. - Nie wiesz może, czy jest gdzieś w okolicy?
- A tak się składa, że wiem. Rozstaliśmy się jakąś półgodzinę temu
niedaleko Świątyni Andrasty. Twojemu bratu pilno było rozmówić się z
templariuszem... Może jeszcze go znajdziesz. Danal podwinął
rękawy, które mu się zsunęły, i położył przed Sir Donallem sporych
rozmiarów paczkę. Rycerz wziął ją, odstawiając kufel. Wypił tyle co nic.
- Dzięki ci, rycerzu - pożegnał się Garrett, wstając. Wyciągnął z
kieszeni kilka monet i położył je przed właścicielem tawerny, któremu
także skinął lekko głową w pożegnalnym geście. Następnie skierował się
ku wyjściu. Na zewnątrz było mokro, mokro i zimno. Dodatkowo wiał
potężny wiatr, zrywając czapki z głów przerażonych uchodźców, przy czym
dmiał i wył wściekle niczym chóry potępieńców. Jakiś
wrzeszczący, garbaty abnegat biegał między zabudowaniami, wrzeszcząc coś
o końcu świata tudzież zagładzie. Garrett, ignorując go, skierował się
w kierunku Świątyni Andrasty. Szedł przyśpieszonym krokiem i nie
rozglądał się dookoła, bo znał już każdy kamień, każdy kawałek
wilgotnego drewna i każdą kałużę Lothering, które zbrzydło mu już
całkowicie. Lothering było to w końcu miasteczko przyległe do Zaziema,
zbudowane bez planu, w pośpiechu, rozrastające się z oszałamiającą
prędkością, gdyby jednak nie znajdowało się w pobliżu dwóch wielkich
traktów najpewniej zostałoby na wieki ledwie małą osadą lub zapomniano
by je i opuszczono. Przed świętym przybytkiem Garrett dojrzał
swego brata, Carvera, wciąż zajętego rozmową z templariuszem - jednym z
rycerzy utrzymujących porządek w Lothering. Starszy Hawke wydawał
się czymś poruszony, co można było poznać po jego gestykulacji.
Przerwał rozmowę, gdy zauważył Garretta, i podszedł szybko do niego.
Obaj bracia objeli się mocno i uścisnęli sobie prawice, Garret nie
pozwolił sobie jednak na uśmiech, widząc poważny wyraz twarzy brata. - Co z matką? - zapytał starszy Hawke. - Zdrowa - odparł zapytany. - Słyszałem od pewnego rycerza z Redcliff...
- ... że pomogłem mu dotrzeć do Lothering, tak, wiem - przerwał mu
zniecierpliwiony Carver. - W końcu i tak zmierzałem w tym kierunku.
- Naprawdę? - zdziwił się Garret, patrząc uważniej na swojego brata.
Więzy pokrewieństwa można było między nimi dostrzec gołym okiem: obaj
mieli takie same kruczowłose włosy i kanciaste rysy twarzy, nawet
dziwnym trafem losu nosili identyczny kilkudniowy zarost. Wzrost
najbardziej ich różnił; Carver był znacznie wyższy i szerszy w barach od
swego młodszego, sczupłego brata, choć ten nie należał bynajmniej do
ludzi niskich. - To ty nie wiesz, że...? - zaczął Carver i
przerwał natychmiast, robiąc dłuższą pauzę. - Nasza drogi ojciec jest w
niebezpieczeństwie. Templariusz, z którym rozmawiałem, jest z oddziału
naszego ojca. Niedawno odkryto w okolicy Lothering ruiny. Templariusze z
Zakonu ruszyli kilka dni temu, by je zbadać, gdyż mieli podejrzenie, że
być może znajduje się w nich kryjówka maleficarów. Do tej pory nie
wrócili. - Musimy więc sprowadzić pomoc. - Nic z tego -
zaprzeczył Carver. - Żadna pomoc nie nadejdzie... Bo od kogo? Tu, w
Lothering, nikogo nie znajdziesz... Ci templariusze, którzy tu są, ludzi
pilnują... Dlatego sami ruszymy sprawdzić ruiny. - To niebezpieczne, Carverze! - uniósł się Garret. Jego rozmówca położył mu dłoń na ramieniu, patrząc na niego wyrozumiale. - Garrecie... Musimy ich ostrzec. Coś w tonie głosu Carvera, czy może cień który przemknął przez jego oblicze, zaniepokoiło młodszego Hawke'a. - Ostrzec? Przed czym?
- W okolicy można zaobserwować coraz więcej pomiotów. Wyobraź sobie, co
stałoby się, gdyby zaatakowały Lothering podczas ekspedycji naszego
ojca... - Masz rację... Zatem pośpieszmy się.

*


Trakt Imperialny dawno już zniknął z oczu. Ziemia była nierówna,
porastały ją zaś ostre, suche trawy i skołtunione krzewy, co bardzo
utrudniało i tak już niełatwy marsz. Przewodnik - ten sam, który
przypadkiem natknął się na ruiny i zawiadomił Krąg Maginów licząc na
nagrodę - poprowadził ich w dół niewielkiego kanionu. Za ścianą z liści,
kamieni i błota ulokowane były kamienne, miejscami uszkodzone wrota.
Przewodnik, pokazawszy im drzwi, oddalił się w pośpiechu, mając widać
jeszcze coś do zrobienia. Bracia spojrzeli na siebie i przekroczyli próg
budowli, kiedyś zapewne monstrualnej, potężnej, teraz ledwie
przysypanej ziemią ruiny. Carver uniósł zapalone przed chwilą łuczywo, w
którego świetle przyjrzeli się ruinom. Długi, zimny korytarz nie
był pokryty kurzem, którego drobinki mogłyby wirować w powietrzu
wzbijane przez kroki braci Hawke, przeciwnie, sprawiał wrażenie wcale
często używanego. Zadbany owszem, nie był, miejscami na posadzce zalegał
gruz, lecz musiał być często odwiedzany. Na jego końcu natknęli się na pierwsze trupy.
Pierwsze zwłoki były to zwłoki templariusza. Jego pancerz o lustrzanej
powierzchni pokrytej czarną krwią był powyginany do środka, zaś zamiast
głowy miał mieszankę z kości, mózgu i metalu stanowiącego kiedyś hełm.
Pozostałe dwa ciała należały najwyraźniej do magów. Nosili oni lekkie
ubrania i byli przepasani pasami z wieloma przegródkami, w których
musiały wcześniej znajdować się mikstury z lyrium. Byli apostatami -
albo maleficarami. Carver przyśpieszył, przykładając co chwila
ucho do ścian. Widać jednak nic nie udało mu się usłyszeć, bowiem po
kilku próbach zrezygnował z wykonywania tej czynności. Niepokoiła ich
krew, którą umazano ściany i posadzkę, mimo braku innych trupów. -
Te ruiny zdają się pochodzić z Tevinter - mruknął Garrett, przyglądając
się płaskorzeźbom pokrywającym ściany. - Ale... Co w takim razie
robiłyby tu figury elfickich bogów? Kilka następnych zakrętów pokonali szybkim truchtem, nie zatrzymując się ani nie oglądajac się za siebie. - Carver... Zaczekaj! - krzyknął młodszy Hawke, pochylając się nad stosem pokruszonych i połamanych kamiennych płyt. - Nie mamy czasu, Garrecie - mruknął Carver, jednak zaciekawiony podszedł do brata.
- Pomóż mi - jęknął Garrett, odsuwając płyty. Starszy brat przyłączył
się po chwili do niego i wkrótce obaj odrzucili już wszystkie przeszkody
blokujące drogę przez niewielkie przejście. - Ktoś musiał je celowo zauważyć - powiedział Garrett. - Spójrz na to, jak podpiłowano kolumny. Sprawdzę, co tam jest. - Pójdę z tobą. - Nie, zaczekaj lepiej tutaj. I tak byś się nie przecisnął, Carverze.
Czołgając się przed siebie, Garrett wszedł w mrok. Jedynym źródłem
światła były teraz odbicia pochodzące od pochodni Carvera, wąską strugą
wpadające do pomieszczenia. Była to izba okrągła, z sarko****iem w
centralnym punkcie, co przeczyło teorii o tevinterskim pochodzeniu
ruin, gdyż w Tevinter nie budowano raczej grobów na środku krypt.
Kamienna płyta sarko****u była teraz ukruszona, a z biegiem czasu rozpaść
się musiała na dwie części. Na jej powierzchni usytuowany był stojak z
filakteriami. Garret oczywiście wiedział, że głupotą byłoby je
dotykać, więc tylko zaczął chodzić po pomieszczeniu, rozglądając się
dookoła, na tyle na ile pozwalał mu półmrok. Nagle jednak potknął się i
zamachał w powietrzu rękami, próbując rozpaczliwie utrzymać równowagę.
Zakończyło się to jednak niepowodzeniem i Hawke runął na ziemię,
boleśnie uderzając w nią kolanem. - Wszystko w porządku? - dobiegł go trochę przytłumiony, zaniepokojony głos Carvera. - Tak... Tak, nic mi nie jest! - odparł Garrett, mełłąc w ustach przekleństwo.
Pierwotnie był myślał, że przedmiotem na który stanął był martwy szczur
albo miękka książka, teraz jednak zobaczył, że była to ludzka ręka.
Ręka ta należała do człowieka w podartych, oblepionych brudem wyblaklych
niebieskich szatach członka Kręgu Maginów, Jowana Hawke'a. Garrett
spojrzał z zaciekawieniem na brata. Nie poznał go za pierwszym razem, a
fakt, że nie widział go przez wiele lat nie ułatwiał rozpoznania. Jowana
zabrano wiele lat temu do wieży Kręgu Magów, odkrywszy u nich talent
magiczny. To Jowan w tajemnicy przesyłał Hawke'owi swoje notatki z
ksiąg. Tak, TYCH ksiąg, o sztukach zakazanych przez Zakon. Nie było to
łatwe, ponieważ uczniom nie wolno było opuszczać wieży, lecz
odwiedzający krąg podejmowali się czasem ryzykownej roli kurierów.
Garrettowi udało się uniknąć zabrania przez templariuszy. Gdy jako
dziecko usłyszał o dzieciach ruszających do wysokiej wieży Kręgu
Maginów, robił wszystko, by ukryć swe predyspozycje do magii. Nie
przyszło to łatwo, ale udało mu się. Podobno miał siostrę; jego ojciec
templariusz niechętnie jednak o niej cokolwiek mówił. Teraz Hawke
pochylił się nad ciałem, przełykając ślinę. Prócz korespondencji, nie
miał kontaktu z bratem przez ponad dziesieć lat, toteż nie poczuł nawet
smutku widząc jego ciało, jednak nie można powiedzieć, że go to nie
poruszyło. Już nabrał w płuca powietrza i otworzył usta, by poinformować
Carvera o znalezionych zwłokach, lecz zamknął je, zmieniwszy swą
wypowiedź w niewyraźny jęk. Carver nienawidził apostatów i maleficarów,
co miało związek z ojcem należącym do zakonu templariuszy i jego
metodami wychowawczymi, toteż Garret uznał, że lepiej będzie milczeć.
Podczas gdy tańczące płomienie łuczywa oświetlały niewyraźnie kryptę,
Garrett dostrzegł refleks na powierzchni jakiegoś tajemniczego, długiego
przedmiotu... Laska Parthalana. Wydawało się to
nieprawdopodobne, że rodzinna pamiętka znalazła się w rękach maleficara i
zarazem zabawna, że należy ona do rodziny templariusza lecz Garrett nie
mógł sobie pozwolić na chwilę zastanowienia, zwłaszcza że zaczęły go
dobiegać prośby o pośpiech Carvera. Młodszy Hawke spróbował podnieść
laskę, lecz coś ją blokowało. Moment oględził wystarczył, by stwierdzić,
że laska utknęła w szczelinie pomiędzy kamiennymi płytami. Mężczyzna
zakasał rękawy, popluł w dłonie i zaparł się nogami o ziemię, nie mogąc
zostawić tudzież skazać na zapomnienie rodzinnej pamiątki. Mocnym
szarpnięciem udało mu się uwolnić arcystarą laskę, lecz wiązało się to z
utratą równowagi. Garret zaczął wywijać jak wczesniej rękami, by
utrzymać się w pionie. Udało mu się - lecz jedno z jego bezwładnych
uderzeń naruszyło powierzchnie delikatnego szkła filakterium... Rozbiło
się na dziesiątki malutkich części, a oszronione kawałeczki zniknęły,
pochłonięte przez mrok. Temperatura w pomieszczeniu opadła... i wielka,
przerażająca postać, zmaterializowawszy się szybko niczym błyskawica,
zaatakowała Hawke'a, wywijając wielkim mieczyskiem furkoczącym w
powietrzu. Jedynie podświadoma reakcja Garreta, wywołana przez reakcję
jego ciała, pozwoliła mu umknąć przed ciosem. Rzucił się on bowiem na
bok, a lecąc poczuł podmuch wywołany przez ostrze na twarzy, co
pozwoliło mu zorientować się jakie miał szczęście. - Garrett? - dobiegł go z drugiej strony zaniepokojony głos Carvera. - Garrett?!
On jednak nie mógł odpowiedzieć. Biegał wokoło sarko****u, uciekając
przed mieczem ożywieńca, próbując oddalić się od niego. Nie było to
łatwe, bowiem jego przeciwnik był niezwykle szybki. Uznałbyś to patrząc z
boku może za dziecięcą zabawę, za bieganinę w kółko wokół przeszkody,
za zabawę w łapanego - jednak Garrettowi nie było do śmiechu. Poza tym w
tej przymusowej zabawie złapany umierał. Udało się z trudem w
końcu Hawke'owi umknąć przez dziurę w ścianie; odzywały się po drugiej
stronie jeszcze wściekłe zgrzyty metalu o kamień, gdy ożywieniec
zobaczył, że nie doścignie niszczyciela swego filakterium, lecz ucichały
potem powoli, aż całkowicie zniknęły. Bracia pośpieszyli dalej,
mijając ciemne, ponure korytarze. Carver dociekał i indagował Garreta,
chcąc poznać okoliczności znalezienia pamiątki rodzinnej: Garret w końcu
zaś mu je przybliżył. Na maleficarów trafili potem.

*


Złapali ich, ogłuszyli i związali, raz dwa, a gdy bracia się ocknęli,
już mieli czarne przepaski na oczach i byli prowadzeni, nie wiadomo - na
egzekucję czy tortury. Garretowi odebrano Laskę Parthalana, Carverowi
zaś jego miecz. Ocierało się coś od czasu do czasu o ich ciała, coś
większego niżeli pies, bezwłosego, jakby pokrytego łuską, lecz dłonie
apostatów trzymające ich mocno za ramiona nie pozwalały im się opędzić
od tajemniczego zwierza. Posadzono braci Hawke na jakichś półkach
skalnych, czy może siedliskach w skale wykutych, i przywiązano doń
sznurami. Potem zdjęto im opaski. Znajdowali się w okrągłym
pomieszczeniu, wraz z kilkoma - jeszcze żywymi - tempariuszami. Garret
dostrzegł także ich ojca, poturbowanego, zakrwawionego tu i ówdzie, ale
całego. Wciąż w swej zbroi zachował swoją dumę i godność, a na jego
twarzy próżno by było szukać strachu czy uległości. Po ziemii
przechadzały się bezskrzydłe smoczęta, jedzące trupy tempariuszy. Jako
że rycerze mieli grube zbroje płytowe, smoczęta musiały pierw wyskrobać
ich z pancerzy, testując swoje młode pazury i zębiska. Można sobie tylko
próbować imaginować męczarnie, jakie musieli przeżywać templariusze,
krzyczący, wrzeszczący i jęczący z bólu, aż stalagmity, stalagnaty i
stalaktyty drżały. Do Hawke'ów podeszła kobieta - ale dziwna
jakaś. Czarnowłosa, z czerwoną chustą na szyi, w sumie ładna... i bardzo
podobna do Garretta oraz Carvera. - Pomioty lada chwila mogą zaatakować Lothering! - krzyknął Carver. - Musimy uciekać, czym prędzej!
- W istocie, musimy - przytaknęła kobieta i wymieniła porozumiewawcze
spojrzenia z elfim maleficarem. - Jednak najpierw musimy zakończyć nasze
sprawy. Piątka maleficarów ustawiła się naprzeciwko żywych
jeszcze templariuszy i jęła wykonywać różne magiczne gesty. Krew
chlusnęła na skały i smoczęta. Jako ostatni zginął ojciec Hawke'ów,
który rozerwał węzły pod wpływem czaru i sam sobie wbił wzięty od
jednego z magów w sztylet w oczodół, kręcąc i grzebiąc nim tak długo, aż
natrafił na mózg. Carver otworzył usta, nie wiedziąc, co
powiedzieć, jak zareagować... Co zrobić. Garret także był poruszony
śmiercią ojca. Owszem, rzadko go widywał, ponieważ miał on obowiązki
wobec Zakonu jako templariusz, jednak ojciec to ojciec... - Ty suko! - wykrztusił sinymi warkami Carver. - Dziwko, jak mogłaś... Kobieta popatrzyła na Carvera łagodnie - tak dziwnie jakoś... -Nazywam się Bethany - powiedziała po chwili. - I jestem waszą siostrą. - Kłamiesz! - szarpnął się Carver, ale bez przekonania.
- Nie - odparła Bethany. - Ten człowiek... Nie, on nie był naszym
ojcem. Nasz prawdziwy ojciec był apostatą, który od lat walczył z
Zakonem i tym templariuszem... Także z powodów osobistych. Zabił go
kilkanaście lat temu, gdy byłam dzieckiem... Oczernił go przed naszą
matką i miał z nią kilkuletni romans. Zasłużył sobie na śmierć. -
To ma sens - spokojnie powiedział młodszy Hawke, który szybciej niżeli
Carver doszedł do siebie. - Pamiętasz, jak kiedyś mówiliśmy, że w ogóle
do nas nie pasuje? - Czego od nas chcesz? - warknął Carver do Bethany.
- Chciałam was... spotkać, poznać - powiedziała dziewczyna. - I
naprawdę cieszę się, że was widzę, że... rozmawiam z wami, po tylu
latach. Jaskinią coś nagle zatrzęsło mocno, a z góry posypał się
pył i piach. Z oddali dobiegł ich głośny ryk bólu i odgłos spadającego
na ziemię gruzu... Do pomieszczenia wszedł szybko wysoki, kudłaty
mag z długą brodą, mający już widać kilka dziesiątków lat na karku.
Oczy miał mądre, stare, ale i niepokojące. - Nie mamy dużo czasu - powiedział do maleficarów. - Musimy opuścić jaskinie. - A s... smok? - wykrztusiła Bethany. - Nie żyje - odparła maleficari która weszła do pomieszczenia razem z starcem. - Pomioty już są na dole. - Możecie nas rozwiązać? - zapytał Garrett. - Ależ oczywiście... drogi bracie - odparła Bethany. - Czy ewakuować nasze materiały oraz księgi na dolny poziom? - zapytał barczysty, ubrany w czerwone szaty apostata. - Tak... Tak, zrób to - powiedział starzec. - Ale szybko. Reszta za mną. - Bethany... Co tutaj się dzieje? - zapytał Garret, pomagając wstać swojemu bratu.
- Z głębi wychodzą pomioty - odpowiedziała za siostrę Hawke maleficari.
- Musimy wycofać się w boczną odnogę, w jeden z tuneli, w którym
zaszyjemy się na jakiś czas. - Nie możemy z wami iść! - wykrzyknął Carver.
- Głupcze! - syknął starzec. - Dajemy wam możliwość zamieszkania z
nami, Garreta douczymy, choć i tak już umie sporo, wszystko to tylko
dlatego, bo twoja siostra mnie o to poprosiła... A ty to odrzucasz?
Niech ci będzie, idź sobie do Lothering i czekaj na pomioty! -
Obawiam się, że tak będziemy musieli zrobić - cicho powiedział Garret
Hawke, spoglądając na mężczyznę. - W Lothering jest nasza matka.

*

- Nie musiałaś iść znami - powiedział Garrett, przeskakując niewielką rozpadlinę. - To także moja matka - odparła dziewczyna. - Los daje mi szansę na poznanie jej na nowo... Nie mogę jej odrzucić, prawda?
Cała trójka przyśpieszyła, zauważając naturalne światło za zakrętem
korytarza. Światło emanujące z Laski Parthalana, którą Garrett odzyskał
od apostatów, przygasło nieco, aż w końcu całkiem zniknęło. -
Jesteś maleficarem - powtórzył Carver, po raz dwudziesty chyba, patrząc z
wyrzutem na swojego brata. - Poznałeś zakazane nauki... Jak mogłeś!?
Nie mogłeś mi chociaż o tym powiedzieć? - Nie mogłem - odparł Garret lakonicznie, bo nie chciał się wdawać w bezowocne dyskusje z swoim bratem.
Cała trójka zatrzymała się, zaniepokojona cichymi, stopniowo
narastającymi dźwiękami... Były to jakby zgrzyty, jakby szurania... I
głośne, wprawiające budowle w drżenie dudnienie. Dźwięki ucichły, gdy
pierwsze pomioty pojawiły się w polu widzenia Hawke'ów. Obie grupy
wpatrywały się w siebie przez krótki moment, zaskoczone, niepewne na
początku, jak zareagować. W końcu coś przełamało ten stan i bestie,
zaryczawszy i zakrzyknąwszy, rzuciły się do ataku, wywijając krzywymi
szabliskami. Dwóch braci i ich siostra pobiegli w kierunku wyjścia,
wiedząc, że stawką w tym pościgu jest ich własne życie. Biegli,
biegli, biegli... A gdy tak biegli, poganiani strachem i obawą o własne
życie, myśleli tylko, by uciec od tych wyszczerzonych paszcz... Gdy
pomioty dotarły do wąskiego przesmyku zamykającego dolinkę, Hawke
odwrócił się i, korzystając z magii krwi, powalił kilku z nich, by
zyskać na czasie. Bethany pomogła mu, ciskając w grupę pomiotów
błyskawicą. Lothering zbliżało się do nich... Już widzieli Trakt Imperialny, już ich oczom ukazywały się pierwsze drewniane zabudowania... Łup!
Łoskot łamanych plyt i kamieni odwrócił ich uwagę. Tam, gdzie niedawno
był wielki kamienny sześcian, stało teraz wielkie, umięśnione monstrum,
otoczone kilkoma hurlokami i genlokami, tak żałosnymi, tak malutko
prezentującym się przy jego potężnym cielsku... Bestia zeskoczyła
na ziemię, aż ta zadudniła, i jednym uderzeniem szponiastej dłoni
pchnęła Carvera na mur. Starszy Hawke poleciał w jego kierunku. Pierwsza
uderzyła weń głowa, która rozprysła się niczym arbuz, wzgnieciona
olbrzymią siłą, opryskując okolicę kawałkami kości i krwią.
Bethany zakryła sobie dłonią usta, nie po to jednak, by załkać, lecz by
nabrać tchu do czaru. Młodszy Hawke, odkładając żałobę na później, jął
także nakreślać w powietrzu tajemne gesty tudzież znaki, odczytane z
zakazanych ksiąg. Hurlokowi, który na niego natarł, przebił tchawicę
ostrzem umieszczonym na drugim końcu Laski Parthalena, drugiego zmusił
magią krwi do zabicia swego pobratymca i popełnienia samobójstwa.
Niebo, niebieskie, pokryte chmurami, zakrył dym i czerwień. Plaga
pustoszyła Lothering, którego losami nikt się nie interesował. Pomioty
oczyszczały świat z ludzkich brudów, korzystając z szablisk, toporów,
magii i strzał. Pomioty otoczyły ciasnym kręgiem Garreta i
Bethany, trzymając się jednak z dala od broni pierwszego i czarów
drugiej czarodziejki. Ogr zawarczał groźnie, patrząc na nich, i otworzył swój pysk, pełen zaślinionych kłów. - Masz jakiś pomysł... siostro? - zapytał Hawke swojej Bethany.
- Mam... - odpowiedziała. - Nigdy tego jeszcze nie robiłam... Ty
zapewne też nie. Ale razem musi nam się udać. Uratujemy matkę i... i
będziemy ratować swoje życie. A potem spojrzeli w twarz Plagii, według niektórych zesłanej przez Stwórcę. Co się stało potem? To już inna historia...
Jednak by ją poznać, będziecie jeszcze musieli poczekać. Jedno jest
pewne: są na tym świecie rzeczy i istoty gorsze od pomiotów. I na nie
miało się natknąć to rodzeństwo.

Modifié par Vasetloth, 28 octobre 2010 - 03:55 .


#2
The Drwal

The Drwal
  • Members
  • 2 467 messages
Trochę... niesformatowane. Ciężko czytać w taki sposób.

PS. Wrzuć na swój blog, będzie łatwiej ;) Tutaj daj nam link.

#3
Vasetloth

Vasetloth
  • Members
  • 2 messages
Rzeczywiście, niedobrze to wygląda. Niestety, tekst po wrzuceniu na blog wygląda tak samo, więc musiałem wrzucić go gdzie indziej. Możecie go przeczytać pod tym adresem:

9:21 Wiek Smoka - Czas Piątej Plagi, Lothering

Miłego czytania ;)

#4
The Drwal

The Drwal
  • Members
  • 2 467 messages
To przez kopiuj/wklej - trzeba po prostu edytować posta/wpis i ręcznie usunąć entery. Ot, taka atrakcja by Social.

#5
Yomin Clars

Yomin Clars
  • Members
  • 1 259 messages
Mamy nowy ładny dział, specjalnie dla tego typu rzeczy, przenoszę.

#6
Kaseven

Kaseven
  • Members
  • 5 messages
Skoro autor prosił o ocenę, wrzucę kilka moich uwag na temat opowiadania. :)

Sam tekst pod względem językowym jest całkiem poprawny, czytało się go gładko. W kilku miejscach rzucił mi się w oczy brak przecinków, jakieś literówki, dziwny szyk zdań oraz powtórzenia, ale nie było tego zbyt wiele. Czasami trafiały się także hmm, "przekombinowania" w tekście, czego przykładem może być choćby pierwsze zdanie:
"Na przeżartych przez brud i robaki spróchniałych i wilgotnych deskach leżało kilkanaście pokrytych zaschłym błotem ciał uchodźców, którzy niezadowoleni wiercili się jak dawni teyrnowie po Fereldenie, próbując wywalczyć sobie jak najwięcej wolnej przestrzeni."

Wiem, że chciałeś jak najlepiej oddać miejsce akcji taką ilością epitetów, ale co za dużo to niezdrowo, zwłaszcza w pierwszym zdaniu. Lepiej byłoby zostawić tylko "przeżartych przez brud i robaki" albo "spróchniałych i wilgotnych". Druga sprawa: po przeczytaniu słów "leżało kilkanaście pokrytych zaschłym błotem ciał uchodźców" przed oczami stanęła mi podłoga usłana trupami i dopiero dalsza część zdania przekonała mnie, że ci ludzie nadal żyją. Wyrzucić słowo "ciał" i zdanie już odbiera się inaczej - taka uwaga na przyszłość, za dużo rodzynków zepsuje każde ciasto.

Ogólne wrażenia z opowiadania zaniża trochę zakończenie, a konkretniej jego logika, m.in.:
* Skąd Bethany wiedziała, że Garrett i Carver to jej bracia? Nie widzieli się od tak dawna, więc jak ich poznała, w dodatku w ciemnej jaskini? ;)
* Dziwne trochę, że Garrett nie pamięta swojej siostry, ale ma w pamięci Laskę Parthalana jako rodzinną pamiątkę. Czyli Bethany odebrała Laskę swojej rodzinie całkiem niedawno?
* Dziwi również to ekspresowe, torpedowe wręcz tempo rodzinnego pojednania. Bethany morduje przybranego ojca oraz templariuszy z największym okrucieństwem, bez mrugnięcia okiem i wyrzutów sumienia. Mimo to bracia dają wiarę jej słowom i ufają jej praktycznie od razu (obiekcje Carvera są niewielki w całej skali problemu), a ona im, każąc ich rozwiązać bez obaw o swoją skórę (więzy krwi czy nie, widzą tą podobno-siostrę pierwszy raz na oczy, a pierwsze wrażenie było krwawe).

Dobrze, że masz zacięcie do pisania, potencjał także. Jeśli chcesz doszlifować swoje umiejętności, warto pokręcić się po różnych forach literackich (odradzam Wieżę Błaznów - zjedzą Cię tam i zdepczą, nawet gdybyś pisał lepiej od Sapkowskiego).