„Shepard kontra sekta”
Plugawy, pokryty pleśnią dywan biegł przez całą długość wąskiego korytarza kończącego się kwadratowym wejściem, nad którym dumnie migał napis „Dom Rozkoszy Cielesnych Matki Cycezji”. Cierpki zaduch ludzkiego potu z delikatną nutką amoniaku i potu spod jajek Kroganina krążył wokół jak salariański kieszonkowiec, wdzierając się długimi mackami w nozdrza. Komandor Adrian Shepard pokręcił nosem z dezaprobatą.
- Cała Omega śmierdzi, ale to przechodzi ludzkie pojęcie! – narzekał komandor. – EDI, czy ta voluska dziwka na pewno ma informacje o tej cholernej sekcie?
- Na pewno, Shepard – odparła beznamiętnie EDI. – To ich tajna agentka.
- Gdzie są moje papierosy, k*** mać? – wściekał się Zaeed Massani, posępny ludzki najemnik. – Jacob, wiesz coś o tym?
- Dlaczego zawsze, jak coś zginie to wszyscy zwracają się do mnie? – narzekał Jacob, stalowozęby człowiek-śluza. – Tylko dlatego, że jestem czarny!
- Sam sobie odpowiedziałeś – burknął Zaeed.
- Kapitan Anderson też jest czarny, a nikt go nie oskarża o złodziejstwo!
- Rasowo rzecz biorąc, Jacob – wtrącił się komandor – to kapitan Anderson jest brązowy.
- To nie ma nic do rzeczy! – upierał się agent Cerberusa.
- Ma – nie dawał za wygraną Massani. – Gardnerowi zniknęło całe pęto kaszanki z varrenów. Tez nie maczałeś w tym swoich czarnych paluszków, a co się okazało? W zbrojowni, ukryta w lufie Caina siedziała sobie nasza zaginiona kaszanka!
- Byłem głodny, ale to było raz!
- Zamknąć się, na szyszki w zużytym rowie kroganina-pedała! – uciął dysputę Shepard.
Weszli do niewielkiego pokoju, który służył jednocześnie za biuro i pokój mieszkalny. Szare, metalowe ściany, tak charakterystyczne dla Omegi, pokryte były kolorowymi gobelinami, szczytem umiejętności tekstylnych Asari. Rozmemłane łóżko stało w rogu, smętne i bezużyteczne jak miękki k***s. Plastikowe, odrapane biurko, które spokojnie zmieściłoby w swych szafkach pięciu spasionych volusów, pokrywała szara cerata, poznaczona dziurami po papierosach jak twarz rudzielca piegami. Na krześle o krzywych nogach, wsparta wielkimi łokciami o blat, siedziała zgniłoniebieska, ogromna Asari.
Tłuste jak u volusa cielsko przypominało tylnią golonkę z gigantycznego, niebieskiego wieprza. Para ogromnych cycków - ciężkich i niemal sięgających okrytego tłuszczem pępka – bujała się lekko przy każdym świszczącym oddechu. Oparte na łokciach ręce, zwieńczone zaciśniętymi w pięści serdelkowatymi palcami przypominały dwa zdechłe, spuchnięte na słońcu koty z głowami w górze.
Z nalanej twarzy wielkości dna pięćdziesięciolitrowego kega zwieszały się smętnie policzki jak przyklejone do skóry omlety, a drgające macki na głowie wydawały się żyć własnym życiem, gdyż co i rusz losowo podnosiły się i opadały. Chytre, ukryte pod wydatnymi powiekami oczka łypnęły w stronę opancerzonej trójki ludzi, którzy z łomotem podkutych butów wpadli do środka. Rosły, krótko przycięty blondyn o topornych rysach poznaczonej bliznami twarzy podszedł do biurka.
- Macie tu voluską dziwkę, Vag Inę – powiedział komandor.
- Tak? – odezwała się burdelmama pełnym bezgranicznego zbudzenia głosem. – Ma klienta. Poczekają godzinę.
- Muszę teraz! – twardo zaprotestował Shepard.
- Słuchaj, synku! Byłam już stara, kiedy twój lud nadziewał ofiary na pal! – grobowy głos dobył się z gardła, które w swoim czasie przyjęło niejedną setkę rynkolu.
- Ucywilizowaliśmy się – zimno odparł Shepard.
Płynnym ruchem wyjął zza pleców wielką strzelbę. Wylot lufy nakierował się na perkaty, przytłumiony tłustymi policzkami nosek, wyglądający jak mysz czająca się do wyjścia z nory. Okryty pancerną rękawicą palec płynnie naparł na metalowy języczek. Mknąca chmura grubych, metalowych odłamków wyskoczyła z ziejącego śmiercią otworu, żegnana krótkim błyskiem ognia. Z potwornym mlaśnięciem nos i kości policzkowe Asari uciekły w tył głowy, a gałki oczne – uderzone potwornym ciśnieniem – eksplodowały na zewnątrz, ciągnąc za sobą długie macki mięśni, przypominających wielkie rosówki. Potylica eksplodowała w oślepiającej fontannie niebieskiego płynu, odłamków kości i sinawej brei mózgowia. Szarpnięte w tył ciało odskoczyło, a fale sejsmiczne przemknęły po tłustej skórze.
Klik-klak. Shepard poczuł przyjemny dreszcz, podsycony osuwającym się na podłogę, bezgłowym ciałem.
- Ostro – mruknął Massani, wypluwając tabakę.
- Komandorze! – ozwał się Jacob w swej mądrości. – Robisz się taki sam jak mój ojciec i Cerberuj! Nie trzeba było jej zabijać.
- Nie. Ja nigdy nie spłodzę czarnego, stalowozębego zwierzoludzia – wyszczerzył zęby komandor. – Zamknąć się, idziemy!
Przeszli na zaplecze. Było to ponure, słabo oświetlone pomieszczenie z komorami w ścianach. Prostytutki wszelkich ras zabawiały klientów, nie zwracając uwagi na nowoprzybyłych.
- Tam jest! – krzyknął zadowolony z siebie Jacob. – Robi handjoba batarianinowi.
Jak zwykle niewiele myślać, komandor podszedł do sapiącego batarianina z czerwonym nosem i zielonym, dziesięciocentymetrowym penisem. Krótka, gruba, zakuta w żelazo dłoń jeździła zawzięcie w górę i w dół, jak tłok w cylindrze. Batarianin tworzył oczy akurat wtedy, gdy sękata ręka chwyciła go za szyję i wyrzuciła z komory. Ledwie łapiąc równowagę, nagi batarianin zamachał dziko rękoma.
- Haha! – szydził Zaeed. – Te sukinsyny mają małe pyrdki i torby wiszące po kolana! Haha!
Potężny huk zagrzmiał w małym pomieszczeniu jak zderzające się bojowe rydwany. Odrzucony w tył kosmita upadł ciężko na ziemię, z niedowierzaniem oglądając dziurę ziejącą w brzuchu. Metry jelit i dziwnych, płaskich organów zaścieliły podłogę, działając na sunące ciało jak słonina na przestawianą szafę. Shepard przeładował Patroszyciela, a przerażeni klienci i ladacznice, przepychając się i tratując wzajemnie, wybiegli na zewnątrz.
- Ty zostajesz – Zaeed chwycił za rurkę w kombinezonie voluski.
- Vag Ina? – spytał Shepard, niedbale opierając strzelbę na prawym ramieniu.
- A kto… wsssssssssst… pyta… wsssssssst….? – sapała voluska dziwka.
- Gdzie wuarianka?! – warknął Shepard i ścisnął mocno drugą rurkę.
- W kanałach! WSSSSSST… Turianie-pożeracze quarian! Wsssssst…. Nie trzeba robić… wsssssst… krzywdy! Wssssst.
- Gadaj co wiesz, albo sprawię, że pękniesz jak przetarta guma!
- Wsssst… zaznaczę na mapie… wsssst… hasło „Krew quarian… wsssst… zapitką dla Turian”. Wssssst…. Weź moje… wssssst…. auto! Autopilot jest… wssssst…. Ustawiony na kryjówkę! Wsssssst….
- Dzięki – odparł Shepard.
Gwałtownym ruchem szarpnął za miękką rurkę. Wyrwany przewód plunął chmurą amoniaku, a voluska zaczęła biegać i wrzeszczeć dziko.
- WSSSST… RATUN… WSSSST… AAAAA! WSSSSST!
Podrygujące na wszystkie strony, oderwane rurki wyrzuciły z siebie zieloną breję. Dziwka krzyczała i sapała coraz słabiej, a coraz to nowe bryzgi dekorowały pokój finezyjnymi kształtami.
- Buhaha – zarechotał szyderczo Shepard. – Jak na Halloween, nie?
Nie tracąc chwili odszukali taksówkę. Shepard podał współrzędne i czerwony pojazd uniósł się w górę.
- Komandorze, ty to jesteś nowym Jezusem Chrystusem – mruknął Zaeed.
- E tam – machnął ręką komandor. – To był pierdoła.
- Komandorze, protestuję – naindyczył się Jacob, łypiąc spode łba.
- To protestuj – burknął komandor. – Jakbym ja po kilku dniach biczowania i ukrzyżowaniu po trzech dniach zwiał z własnego grobu to pierwsze co bym zrobił, to zabił tych Żydów, którzy wydali mnie w ręce Rzymian!
- To rasizm! – nie dawał z wygrają Jacob, oburzony jak kochanka, która po seksie słyszy „bywało lepiej”. – Sypiacie z quarianką, a macie uprzedzenia do ludzi?!
- To nie rasizm. Ja zabijam nie z nienawiści tylko dla przyjemności. To mnie… relaksuje.
- Jesteśmy na miejscu – zapiszczał syntetyczny głos. – Proszę wysiadać.
Słabo oświetlone kanały ciągnęły się na samym dnie Omegi. Zamieszkujące tu istoty były dla społeczeństwa jak odchody dla odbytu – zbędnym balastem. Siedzący przy ognisku batarianin, w poszarpanych łachmanach, ogryzał zawzięcie jakąś żmiję czy też mackę. Zaskoczony naszym widokiem, zerwał się na równe nogi, łypiąc dziko dwoma parami oczu.
- Kim wy? – zadudnił przepity głos.
- Krew quarian… wsssst… zapitką dla turian – odparował Shepard, łapiąc zaskoczonego batarianina za grdykę i wyciągając z pochwy krótki, ciężki gladius. – Powiesz, gdzie quarianka, a MOŻE nie odrąbię ci nóg.
- Na ołtarzu… korytarz na lewo – śpiewał menel-sekciarz.
- Dotrzymam słowa – szare ostrze zatoczyło krótki łuk i odrąbana ręka upadła na ziemię, wijąc się jak zatruty metylem żul. Fontanna krwi bryzgała wokół, a batarianin kwiczał jak zarzynana świnia. Drugie cięcie odrąbało drugą rękę, przy okazji rozcinając żebra. Zaeed potężnym kopniakiem ociszył batarianina i spojrzał wyczekująco na Sheparda.
- To nie było konieczne! – znowu protestował Jacob. – Lepiej byłoby go wyrzucić przez ślu…
Dalsze słowa utknęły na zawsze w gardle, gdy ostrze miecza zatoczyło łuk, krzesząc w powietrzu krwawe iskry i zatonęło w szyi, gładko przemykając się między kręgami.
- Nigdy go nie lubiłem – mruknął Shepard.
- Tak, szkoda, że ten batarianin go zabił – Massani splunął na ziemię kolejną porcją tabaki.
- Idziemy! Bo nam zjedzą Tali! – rzekł posępnie komandor, zdejmując z pleców miotacz ognia.
Jak się spodoba to będzie kontynuacja, jak nie to nie:P
Opowiadanko "Shepard kontra sekta":)
Rozpoczęty przez
jacsty
, gru 09 2010 12:59
#1
Napisano 09 grudzień 2010 - 12:59
#2
Guest_Czapel7_*
Napisano 09 grudzień 2010 - 01:24
Guest_Czapel7_*
Haha, genialne! powiedz, tylko szczerze, ile czasu zajeło Ci spłodzenie tego tekstu? ;>
#3
Napisano 09 grudzień 2010 - 01:42
No z dwie godziny pisałem. I dzięki:)
#4
Napisano 09 grudzień 2010 - 04:55
Zajefajne! Kontynuacja musowo! Tylko zrób Jacoba-Zombie, albo coś, bo będzie go brakowało w opowiadaniach, plisss
#5
Napisano 09 grudzień 2010 - 05:03
To jest tak pie*******, że aż fajne! Pisałeś to na trzeźwo? 
Jakbym miał określić profil psychologiczny tego Sheparda, na pewno trafiłby do działki "psychopaci".
Jakbym miał określić profil psychologiczny tego Sheparda, na pewno trafiłby do działki "psychopaci".
#6
Napisano 09 grudzień 2010 - 05:52
Jacoba myslę naprawić, z pomocą Mordina. Będzie miał kołnierz ortopedyczny więc będzie siedział na normandii
Ten Shepard to mój wymyślony Shepard, nad którym ubolewam, że nie może taki być w grze:P
Robin, ja zawsze trzeźwo myślę:> Jak jutro ziółka zaparzę to postaram się napisać kontynuację.
Ten Shepard to mój wymyślony Shepard, nad którym ubolewam, że nie może taki być w grze:P
Robin, ja zawsze trzeźwo myślę:> Jak jutro ziółka zaparzę to postaram się napisać kontynuację.
Użytkownik jacsty edytował ten post 09 grudzień 2010 - 05:55
#7
Napisano 10 grudzień 2010 - 11:07
.. he he bomba .. Shepard psychopata .. przy nim Żniwiarze to pestka i dobroczyńcy ...
jak nic kontynuacja potrzebna
Użytkownik TowMartinez edytował ten post 10 grudzień 2010 - 11:22
#8
Napisano 10 grudzień 2010 - 12:35
To opowiadanko potraktujcie jako przerwę na reklamę
„Zakupy”
-Uwaga! – jak co dzień warknął Shepard tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Dzisiaj wszyscy macie wolne! Oprócz Jokera za cztery mandaty za przekroczenie prędkości na kwotę 35000 kredytów tylko w ostatnim tygodniu, którą to sumę potrącę z żołdu was wszystkich. Rozejść się! – puścił przycisk interkomu.
- Mi też zabierzesz? – spytała leżąca na skotłowanym łóżku Tali, przeciągając się leniwie.
- Oczywiście – odparł komandor. – Ta banda wyrzutków nie wie, że kłamię z tym potrąceniem..
- Czemu im tego nie powiesz?
- Mają ze mną być nie ze względu na jakieś wyimaginowanie poczucie wdzięczności, takie jak oplacanie mandatów Jokera, tylko dlatego, że tak chcą. No, dość gadania – wstał od biurka, zacierając ręce. Niebieskie, głęboko osadzone oczy w ponurej, poznaczonej bliznami twarzy błysnęły odrobinę weselej. – Ruszaj się, bo ten twój kosmiczny, szary zadek spotka się z dłonią Ziemianina!
- Spróbuj – trochę cieńszy i niewiele dłuższy od ludzkiego język przemknął koniuszkiem po górnej, ciemnoszarej wardze; hipnotycznie fosforyzujące, lekko skośne oczy rozbłysły na moment. – Przejmuję kontrolę – powiedziała gardłowo, naśladując śmiertelnie poważny ton generała Zbieraczy.
- Aaaaa – udając drgawki, Shepard złapał się za gardło. – Dobra, wstawaj! Vida się obejrzy na Cytadeli, zakupy zrobi. Ciekawe jak wygląda cywilizacja.
- Brzuch mnie boli – Quarianka zrobiła nieszczęśliwą minę i pociągnęła lekko prostym, zgrabnym noskiem.
- Było nie połykać! Nie słuchasz Mordina. Albo udajesz, bo kompletnie zdziczałaś od tego wiecznego błądzenia po odludziach, gdzie wszelkie życie chce cię zjeść.
- Słucham Mordina, tylko… tak mnie wzięło, że się zapomniałam i połknęłam.
- Dobra, chodź. Kupimy na mieście dekstro krople żołądkowe.
- Dooobra. Chyba się uodparniam, bo jeszcze miesiąc temu bym od tego umarła. I już nie mam alergii. Nawet łepek nie boli – popukała się dłońmi w czubek głowy, porośnięty gęstszymi, ale znacznie delikatniejszymi od ludzkich włosami koloru ciemny blond.
- Nie bierz strzelby. Ja nawet skorupy nie biorę, bo chcę zobaczyć jak to jest wyjść na Cytadelę bez arsenału – komandor przypiął do uda kaburę z Falangą.
- Ja nic nie biorę. Tylko się przyoblekę w moją drugą skórę. Keelah, ale mi się nie chce tam włazić – narzekała dziewczyna.
Godzinę później szli zatłoczonymi ulicami bogatszej dzielnicy Okręgu Zakera. Trzymając się za ręce, wyróżniali się w eleganckim tłumie jak szare wilki wyróżniają się wśród stada owiec. Shepard prześwietlał wzrokiem każdy kąt, każdą postać; Tali, udając beztroskę, lustrowała lewą flankę i – udając, że czyta mijane szyldy – również tyły. Istoty różnych ras wędrowały w swoich sprawach, ustępując jednak drogi rosłemu, pokrytemu bliznami człowiekowi i pewnej siebie Quariance.
- Stój – Shepard nagle zatrzymał się przy terminalu wiadomości. Emily Wong właśnie oznajmiała najnowsze wydarzenia.
- Rada zaprzecza jakoby osoba widziana miesiąc temu na Cytadeli to komandor Shepard. Co więcej, śledztwo przeprowadzone przez SOC na polecenie radnych zaprzeczyło istnienia takiej osoby. Radny Udina osobiście zapewnił, że komandor Shepard to była mistyfikacja mająca na celu zmylenie Sarena i Gethów. Istnieją jednak osoby, które twierdzą, że komandor naprawdę istnieje, co więcej żyje i ma się dobrze. Jedna z tych osób jest ze mną w studio, proszę państwa – pan Konrad Verner! – dobrze opłacona publiczność na planie zaklaskała z zapałem. – Panie Verner, twierdzi pan, że komandor Shepard naprawdę istnieje?
- Tak! Komandor pokazal mi jak żyć! – Konrad zmarszczył groźnie brwi, nachylił się do dziennikarki i zacisnął wystawioną przed siebie dłoń. – To on wyperswadował mi pomysł zostania Widmem, przystawiając mi spluwę do głowy! – na to wspomnienie Verner zatrząsł się, a głos zaczął się łamać. Chwilę oddychał miarowo, po czym, już spokojniej, kontynuował. – Jeszcze dostaję gęsiej skórki na to wspomnienie. A miesiąc temu, gdy wykonywałem pewne bardzo ważne zadanie na Illium, polegające na zdemaskowaniu niebezpiecznego gangu handlującego nielegalnym czerwonym piaskiem…
- Przepraszam, że przerywam, ale czerwony piasek jest na Illium legalny.
- To był zatruty czerwony piasek! Śmiertelny! Zły czerwony piasek! Powodował biegunkę, wymioty i bóle brzucha! – Conrad zerwał się na równe nogi, celując w Emily wyprostowanym palcem wskazującym. – Człowiek umierał od tego! Potem, gdy już rozpracowałem szajkę, zjawił się Shepard! – Konrad znowu się zatrząsł i usiadł na sofie. – Przestrzelił mi stopę, wykazał błąd w moim rozumowaniu, pogratulował wykonanego zadania i pozwolił mi odejść. Rozumiesz?! – roztrzęsiony Verner spojrzał żałośnie na Emily. – Nie zabił mnie, bo wiedział, że to byłoby zbyt proste. Mam koszmary; co noc Shepard na mnie poluje! Żona się wścieka, że się moczę… – Konrad rozpłakał się. – Wniosła o rozwód…
Ułożony z planet napis „Reklama” brutalnie przerwał wywody świadka.
Na ekranie jakaś sucha baba ubrana w kwiaciastą koszulę w rytm kretyńskiej skocznej muzyczki z syntezatora, z miną zbitego psa podchodzi do lodówki. Nagle niebiosa się rozstępują i ukazuje się Jezus Chrystus w dredach, białej todze i trampkach, stojąc na trójkątnej deskorolce unoszącej się w powietrzu dzięki efektowi masy. Wznosi ręce do nieba i rzecze do smutnej kobiety.
- Jesteś głodna? Masz depresję? Twoje stopy walczą z grzybicą? Radzimy na to nasz Pałer Jogurt! – z miną tryumfatora wyciąga ze zwojów togi dwa kolorowe kubeczki. - Specjalnie wyhodowane w laboratoriach firmy ExoGeni kultury bakterii zadbają o twój uśmiech i zdrowe zęby! Wybierz Pałer Jogurt zawsze wtedy, gdy koniecznie musisz coś zjeść, wykąpać się czy skoczyć z mostu! Pałer Jogurt! – wtedy z nieba zaczęły spadać jogurty na wzór biblijnej manny. – Teraz także w wersji prawoskrętnej!
- Czemu w połowie reklam robionych przez ludzi pojawia się ten gość? – spytała z ciekawością Tali.
- To Jezus Chrystus, najsłynniejszy człowiek zaraz po mnie – odparł Shepard, ruszając w dalszą drogę. – Kiedyś go zabito, tak jak mnie, i też go ówczesny Cerberus wskrzesił. Dasz wiarę? Dwadzieścia dwa wieku temu Cerberusowi starczyło trzy dni, parę szmat i kilka słów na wskrzeszenie człowieka. Jezus to nawet zyskał specjalne moce po tym wskrzeszeniu. Umiał ożywiać trupy, i to od ręki. A dzisiaj potrzeba na to dwa lata i kupę kasy.
- Zauważyłam, że ludzie mają największe fallusy. Jezus też miał takiego jak ty?
- Nie, takiego jak ja miał Grigorij Rasputin, inny agent Cerberusa.
- Aha.
- A skąd wiesz, co mają inne rasy? - spytał z ciekowścią Shepard.
- Widziałam w Fornaxie. Jeszcze przed Pielgrzymką.
- Coś takiego. A ile miałaś lat?
- Trzynaście.
- Aha.
Śmiejąc się i przekomarzając, przystanęli przy wejściu sklepu monopolowego. Jakiś różowy Hanar, cicho jak szelest liści podpłynął ku nim.
- Ten was wita! – zagrzmiał charakterystyczny, dobywający się ze wszystkich stron głos. – Obecny tu za dziesięć kredytów pokaże ci twoją przyszłość!
- Won, cholerny szarlatanie! – warknął Shepard, odruchowo sięgając po Falangę.
- Shepard, daj spokój – nalegała Tali. – Zobaczmy co nam powie – pogmerała w omnikluczu, przelewając na konto Hanara kredyty.
- Ten widzi przyszłość! Ten, nazywany przez miejscowych ludzi Bolesławem Galaretą, widzi! Widzi młodego wojownika, jak prowadzi swą quariańską niewolnicę! Ten widzi, jak człowiek wchodzi do sklepu, a niewolnica za nim!
- Jaka niewolnica, ty bosh’tet! – Tali podskoczyła jak ukłuta szpilką, zdjęta oburzeniem.
- Oddawaj kredyty, glutowaty oszuście! – ironiczny uśmiech nie wróżył nic dobrego, a bezlitosne, świdrujące oczy zdawały się wiercić dziury w Hanarze.
- Ten nie oszust! Ten powiedział prawdę!
- Nie jestem niewolnicą, ty cholerne meduzo! Więc twoje słowa to kłamstwo! – piekliła się Tali Zorah, na co Shepard zaśmiał się w duszy, słysząc miękki, niewinny głos z charakterystycznym akcentem. Uwielbiał, jak się złościła.
- Ten nie odda! Rzecz się dokonała.
- Ten niech się przywita z pociskiem zapalającym! – przystawiony do gumowatego kadłuba pistolet wypalił z hukiem. Odrzucony w tył Hanar, dudniąc i zmieniając kolory, syczał i skwierczał, chłostając ziemię mackami, z których pryskały krople jadu; wnet znieruchomiał, gdy wściekły jęzor ognia wyskoczył z ciała, pochłaniając życie i tlen. W powietrzu rozszedł się mdlący smród. – Bailey, tu Shepard – nie tracąc czasu połączył się ze swoim człowiekiem w SOC. – Ktoś zabił Hanara, spraw, abym to nie był ja. Bez odbioru.
(cd.)
„Zakupy”
-Uwaga! – jak co dzień warknął Shepard tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Dzisiaj wszyscy macie wolne! Oprócz Jokera za cztery mandaty za przekroczenie prędkości na kwotę 35000 kredytów tylko w ostatnim tygodniu, którą to sumę potrącę z żołdu was wszystkich. Rozejść się! – puścił przycisk interkomu.
- Mi też zabierzesz? – spytała leżąca na skotłowanym łóżku Tali, przeciągając się leniwie.
- Oczywiście – odparł komandor. – Ta banda wyrzutków nie wie, że kłamię z tym potrąceniem..
- Czemu im tego nie powiesz?
- Mają ze mną być nie ze względu na jakieś wyimaginowanie poczucie wdzięczności, takie jak oplacanie mandatów Jokera, tylko dlatego, że tak chcą. No, dość gadania – wstał od biurka, zacierając ręce. Niebieskie, głęboko osadzone oczy w ponurej, poznaczonej bliznami twarzy błysnęły odrobinę weselej. – Ruszaj się, bo ten twój kosmiczny, szary zadek spotka się z dłonią Ziemianina!
- Spróbuj – trochę cieńszy i niewiele dłuższy od ludzkiego język przemknął koniuszkiem po górnej, ciemnoszarej wardze; hipnotycznie fosforyzujące, lekko skośne oczy rozbłysły na moment. – Przejmuję kontrolę – powiedziała gardłowo, naśladując śmiertelnie poważny ton generała Zbieraczy.
- Aaaaa – udając drgawki, Shepard złapał się za gardło. – Dobra, wstawaj! Vida się obejrzy na Cytadeli, zakupy zrobi. Ciekawe jak wygląda cywilizacja.
- Brzuch mnie boli – Quarianka zrobiła nieszczęśliwą minę i pociągnęła lekko prostym, zgrabnym noskiem.
- Było nie połykać! Nie słuchasz Mordina. Albo udajesz, bo kompletnie zdziczałaś od tego wiecznego błądzenia po odludziach, gdzie wszelkie życie chce cię zjeść.
- Słucham Mordina, tylko… tak mnie wzięło, że się zapomniałam i połknęłam.
- Dobra, chodź. Kupimy na mieście dekstro krople żołądkowe.
- Dooobra. Chyba się uodparniam, bo jeszcze miesiąc temu bym od tego umarła. I już nie mam alergii. Nawet łepek nie boli – popukała się dłońmi w czubek głowy, porośnięty gęstszymi, ale znacznie delikatniejszymi od ludzkich włosami koloru ciemny blond.
- Nie bierz strzelby. Ja nawet skorupy nie biorę, bo chcę zobaczyć jak to jest wyjść na Cytadelę bez arsenału – komandor przypiął do uda kaburę z Falangą.
- Ja nic nie biorę. Tylko się przyoblekę w moją drugą skórę. Keelah, ale mi się nie chce tam włazić – narzekała dziewczyna.
Godzinę później szli zatłoczonymi ulicami bogatszej dzielnicy Okręgu Zakera. Trzymając się za ręce, wyróżniali się w eleganckim tłumie jak szare wilki wyróżniają się wśród stada owiec. Shepard prześwietlał wzrokiem każdy kąt, każdą postać; Tali, udając beztroskę, lustrowała lewą flankę i – udając, że czyta mijane szyldy – również tyły. Istoty różnych ras wędrowały w swoich sprawach, ustępując jednak drogi rosłemu, pokrytemu bliznami człowiekowi i pewnej siebie Quariance.
- Stój – Shepard nagle zatrzymał się przy terminalu wiadomości. Emily Wong właśnie oznajmiała najnowsze wydarzenia.
- Rada zaprzecza jakoby osoba widziana miesiąc temu na Cytadeli to komandor Shepard. Co więcej, śledztwo przeprowadzone przez SOC na polecenie radnych zaprzeczyło istnienia takiej osoby. Radny Udina osobiście zapewnił, że komandor Shepard to była mistyfikacja mająca na celu zmylenie Sarena i Gethów. Istnieją jednak osoby, które twierdzą, że komandor naprawdę istnieje, co więcej żyje i ma się dobrze. Jedna z tych osób jest ze mną w studio, proszę państwa – pan Konrad Verner! – dobrze opłacona publiczność na planie zaklaskała z zapałem. – Panie Verner, twierdzi pan, że komandor Shepard naprawdę istnieje?
- Tak! Komandor pokazal mi jak żyć! – Konrad zmarszczył groźnie brwi, nachylił się do dziennikarki i zacisnął wystawioną przed siebie dłoń. – To on wyperswadował mi pomysł zostania Widmem, przystawiając mi spluwę do głowy! – na to wspomnienie Verner zatrząsł się, a głos zaczął się łamać. Chwilę oddychał miarowo, po czym, już spokojniej, kontynuował. – Jeszcze dostaję gęsiej skórki na to wspomnienie. A miesiąc temu, gdy wykonywałem pewne bardzo ważne zadanie na Illium, polegające na zdemaskowaniu niebezpiecznego gangu handlującego nielegalnym czerwonym piaskiem…
- Przepraszam, że przerywam, ale czerwony piasek jest na Illium legalny.
- To był zatruty czerwony piasek! Śmiertelny! Zły czerwony piasek! Powodował biegunkę, wymioty i bóle brzucha! – Conrad zerwał się na równe nogi, celując w Emily wyprostowanym palcem wskazującym. – Człowiek umierał od tego! Potem, gdy już rozpracowałem szajkę, zjawił się Shepard! – Konrad znowu się zatrząsł i usiadł na sofie. – Przestrzelił mi stopę, wykazał błąd w moim rozumowaniu, pogratulował wykonanego zadania i pozwolił mi odejść. Rozumiesz?! – roztrzęsiony Verner spojrzał żałośnie na Emily. – Nie zabił mnie, bo wiedział, że to byłoby zbyt proste. Mam koszmary; co noc Shepard na mnie poluje! Żona się wścieka, że się moczę… – Konrad rozpłakał się. – Wniosła o rozwód…
Ułożony z planet napis „Reklama” brutalnie przerwał wywody świadka.
Na ekranie jakaś sucha baba ubrana w kwiaciastą koszulę w rytm kretyńskiej skocznej muzyczki z syntezatora, z miną zbitego psa podchodzi do lodówki. Nagle niebiosa się rozstępują i ukazuje się Jezus Chrystus w dredach, białej todze i trampkach, stojąc na trójkątnej deskorolce unoszącej się w powietrzu dzięki efektowi masy. Wznosi ręce do nieba i rzecze do smutnej kobiety.
- Jesteś głodna? Masz depresję? Twoje stopy walczą z grzybicą? Radzimy na to nasz Pałer Jogurt! – z miną tryumfatora wyciąga ze zwojów togi dwa kolorowe kubeczki. - Specjalnie wyhodowane w laboratoriach firmy ExoGeni kultury bakterii zadbają o twój uśmiech i zdrowe zęby! Wybierz Pałer Jogurt zawsze wtedy, gdy koniecznie musisz coś zjeść, wykąpać się czy skoczyć z mostu! Pałer Jogurt! – wtedy z nieba zaczęły spadać jogurty na wzór biblijnej manny. – Teraz także w wersji prawoskrętnej!
- Czemu w połowie reklam robionych przez ludzi pojawia się ten gość? – spytała z ciekawością Tali.
- To Jezus Chrystus, najsłynniejszy człowiek zaraz po mnie – odparł Shepard, ruszając w dalszą drogę. – Kiedyś go zabito, tak jak mnie, i też go ówczesny Cerberus wskrzesił. Dasz wiarę? Dwadzieścia dwa wieku temu Cerberusowi starczyło trzy dni, parę szmat i kilka słów na wskrzeszenie człowieka. Jezus to nawet zyskał specjalne moce po tym wskrzeszeniu. Umiał ożywiać trupy, i to od ręki. A dzisiaj potrzeba na to dwa lata i kupę kasy.
- Zauważyłam, że ludzie mają największe fallusy. Jezus też miał takiego jak ty?
- Nie, takiego jak ja miał Grigorij Rasputin, inny agent Cerberusa.
- Aha.
- A skąd wiesz, co mają inne rasy? - spytał z ciekowścią Shepard.
- Widziałam w Fornaxie. Jeszcze przed Pielgrzymką.
- Coś takiego. A ile miałaś lat?
- Trzynaście.
- Aha.
Śmiejąc się i przekomarzając, przystanęli przy wejściu sklepu monopolowego. Jakiś różowy Hanar, cicho jak szelest liści podpłynął ku nim.
- Ten was wita! – zagrzmiał charakterystyczny, dobywający się ze wszystkich stron głos. – Obecny tu za dziesięć kredytów pokaże ci twoją przyszłość!
- Won, cholerny szarlatanie! – warknął Shepard, odruchowo sięgając po Falangę.
- Shepard, daj spokój – nalegała Tali. – Zobaczmy co nam powie – pogmerała w omnikluczu, przelewając na konto Hanara kredyty.
- Ten widzi przyszłość! Ten, nazywany przez miejscowych ludzi Bolesławem Galaretą, widzi! Widzi młodego wojownika, jak prowadzi swą quariańską niewolnicę! Ten widzi, jak człowiek wchodzi do sklepu, a niewolnica za nim!
- Jaka niewolnica, ty bosh’tet! – Tali podskoczyła jak ukłuta szpilką, zdjęta oburzeniem.
- Oddawaj kredyty, glutowaty oszuście! – ironiczny uśmiech nie wróżył nic dobrego, a bezlitosne, świdrujące oczy zdawały się wiercić dziury w Hanarze.
- Ten nie oszust! Ten powiedział prawdę!
- Nie jestem niewolnicą, ty cholerne meduzo! Więc twoje słowa to kłamstwo! – piekliła się Tali Zorah, na co Shepard zaśmiał się w duszy, słysząc miękki, niewinny głos z charakterystycznym akcentem. Uwielbiał, jak się złościła.
- Ten nie odda! Rzecz się dokonała.
- Ten niech się przywita z pociskiem zapalającym! – przystawiony do gumowatego kadłuba pistolet wypalił z hukiem. Odrzucony w tył Hanar, dudniąc i zmieniając kolory, syczał i skwierczał, chłostając ziemię mackami, z których pryskały krople jadu; wnet znieruchomiał, gdy wściekły jęzor ognia wyskoczył z ciała, pochłaniając życie i tlen. W powietrzu rozszedł się mdlący smród. – Bailey, tu Shepard – nie tracąc czasu połączył się ze swoim człowiekiem w SOC. – Ktoś zabił Hanara, spraw, abym to nie był ja. Bez odbioru.
(cd.)
#9
Napisano 10 grudzień 2010 - 12:55
LOL
#10
Guest_Czapel7_*
Napisano 10 grudzień 2010 - 12:58
Guest_Czapel7_*
Jezus Chrystus, reklamujący pałer jogurt na trójkątnej deskorolce z polami efektu masy - 11/10!!!
rzadko kiedy uśmieje sie głośno do monitora, ale tym razem nie mogłem sie powstrzymać... RESPEKT
rzadko kiedy uśmieje sie głośno do monitora, ale tym razem nie mogłem sie powstrzymać... RESPEKT
Użytkownik Czapel7 edytował ten post 10 grudzień 2010 - 01:06
#11
Napisano 10 grudzień 2010 - 01:26
Opowiadanie jest bardzo dobre i lepsze niż pierwsze, co zwiastuje że kolejne powinno przebić te dwa już istniejące.
#12
Napisano 10 grudzień 2010 - 04:47
Świetne, naprawdę świetne. Kiedy następne?
#13
Napisano 10 grudzień 2010 - 04:55
Całość zakupów napisałem dzisiaj, jeszcze tylko drugą połowę muszę zakończyć. Podzieliłem na części bo nie byłem pewien czy można tak długie wiadomości wklejać. Jutro dam drugą część.
Dzięki za pozytywne opinie:) Myślę, że nikt się nie obrazi za Jezusa reklamującego jogurty i zainteresowanie Tali tą osobą:>
Dzięki za pozytywne opinie:) Myślę, że nikt się nie obrazi za Jezusa reklamującego jogurty i zainteresowanie Tali tą osobą:>
#14
Napisano 10 grudzień 2010 - 09:24
Spoko. Na razie granic nie przekroczyłeś.
#15
Napisano 10 grudzień 2010 - 09:58
W sumie nie wiem po co to napisałem, przecież ja nie uznaję granic jeśli idzie o "papier"
To i tak ugrzecznione i przebudowane fragmenty z mojego właściwego projektu, dziejącego się na ziemi na początku III wojny światowej:P
#16
Napisano 10 grudzień 2010 - 10:44
Hmm... Ten projekt musi być bardzo ciekawy...
#17
Napisano 11 grudzień 2010 - 10:27
Taa, kiedyś umieściłem na dwóch forach literackich opowiadanie w takim klimacie, to nie zostawiono na nim suchej nitki. Nie spodobały się wybuchające głowy, rasistowsko-religijny humor, jelita i porównania:P
Użytkownik jacsty edytował ten post 11 grudzień 2010 - 10:29
#18
Napisano 11 grudzień 2010 - 11:12
Ja tam lubię teksty wychodzące poza ramy. Są oryginalne. No, ale bez przesady.
W małych ilościach.
#19
Guest_Czapel7_*
Napisano 11 grudzień 2010 - 11:19
Guest_Czapel7_*
Językowy esteta...
#20
Napisano 11 grudzień 2010 - 12:53
Druga część Sekciarzy. Niestety nie tak dobre, jak początek:P
Mroczne, zatęchłe kanały połknęły dwóch żołnierzy. Trzeci, z głową w płóciennym worku, leżał na tylnym siedzeniu samochodu. Miarowe echo ciężkich buciorów niosło się echem po posępnych, tajemniczych tunelach.
- Niedaleko jest zakręt – mruknął komandor do czającego się w cieniu Zaeeda.
- Jeśli ten varrenowy klocek mówił prawdę – burknął sceptycznie najemnik. – Mrocznie i śmierdząco. Czuję się jakbym był w dupie pedała. Tylko czekać, aż nas staranuje jakiś batariański Wacek.
Krótkim korytarzem doszli do sporej sali. Shepard, trzymając krzepko miotacz ognia stanął w wejściu do pomieszczenia z dużym, kamiennym ołtarzem na środku. Żądna pieczonego mięsa dysza splunęła z rykiem , prosto w grupę zaskoczonych Turian. Strumień ognia wpadł między niewyraźne sylwetki. Odepchnięci potężną falą, trzej sekciarze wrzeszczeli, gdy tysiąc pięćset stopni Celsjusza przyklejało się do głów, nóg, a nawet jajek; płonące macki wlewały się pod pancerz, zwęglały ciało i wytapiały każdy gram tłuszczu. Odrzuceni ogromnym ciśnieniem uderzyli o kamienną ścianę i upadli na ziemię niczym szmaciane kukły, bryzgając wokół mózgiem z roztrzaskanych czaszek. Płonąca plwocina obryzgała ściany i kawałek sufitu, jarząc się krwawopomarańczową łuną, a gęsty, oleisty dym wisiał pod łukowatym sklepieniem jak zapowiedź rychłego zniszczenia. Pozostałe ciała skwierczały i syczały na gołej posadzce, niczym robaki rzucane przez dziecko na rozgrzany palnik kuchenki elektrycznej; śliski, bulgoczący tłuszcz plamił kamienne klepisko. Osłaniany przez Zaeeda, Shepard odwrócił się w stronę ołtarza.
Pięciu Turian w kamizelkach z quariańskich skór stało zdębiałych, a na pustym ołtarzu leżały przybory do krojenia mięsa i kości. Wiszące w długim rzędzie pod ścianą ciała, dobrze uwędzone i niewątpliwie quariańskie, bujały się smętnie, przyczepione za nogi do długiej żerdzi niczym suszone grzyby nawleczone na nitkę.
- Zjedli Tali – mruknął Shepard, czując jak twarz mu tężeje, a ręce zaciskają bezwiednie na uchwycie miotacza. Kątem oka dostrzegł Zaeeda, stojącego tak, aby mieć oko jednocześnie na wejście i stojących nieruchomo sekciarzy. – Zjedli jak pospolitego kurczaka.
- Shepard! – krzyknął stary najemnik, widząc wahanie dowódcy.
- Zjedli… - jak przez mgłę zobaczył eksplodujące głowy czterech Turian, sprzątnięte przez klekoczącą zaeedową Motykę. Piąty, najwyraźniej guru, nadal stał z hardo uniesioną głową i kpiącym wzrokiem.
Oszalały z wściekłości podsycanej rozpaczą, komandor odrzucił precz miotacz ognia i jednym skokiem znalazł się przy jedynym ocalałym Turianinie. Pancerny but wbił się w krocze, a zaskoczony przeciwnik wrzasnął i upadł na kolana, trzymając się kurczowo za zmiażdżone genitalia, tocząc z bólu płaty piany. Silna dłoń chwyciła za chitynowe wypustki na gadziej głowie, łamiąc kilka z nich. Szare, złowrogie ostrze gladiusa oparło się sztychem o dolną krawędź oczodołu.
- Gdzie quarianka? – syknął Shepard, a był to głos żmii gotującej się do ataku. – Gadaj, albo odłupię ci z głowy wszystkie kości. Zacznę od policzkowej – naparł gwałtownie na miecz.
Szare ostrze wygięło się lekko, gdy łuk brwiowy Turianina pękł z przejmującym trzaskiem, a wyłamana kość policzkowa przebiła twardą skórę i wyszła na zewnątrz, stercząc poziomo jak ręka żebraka. Okaleczony sekciarz wrzasnął i odruchowo chwycił palcami laserowo ostrzone ostrze. Lekkim, niedbałym ruchem komandor poderwał miecz w górę, odcinając wszystkie trzy palce prawej dłoni obcego. Atramentowa ciecz prysnęła wokół.
- Gdzie? – warknął oprawca, wsadzając miecz w drugi oczodół. – Policzki masz tylko dwa, potem sprawię, że twój mózg powie światu „dzień dobry”!
- Uciekła! – jęczał okaleczony sekciarz, krztusząc się krwią. – Zabiła strażnika i uciekła! Przysięgam! – dodał pośpiesznie, widząc wyraz twarzy Sheparda.
- Kłamiesz! – druga kość wyskoczyła z twarzy, przypominającej teraz czołg z otwartymi włazami ewakuacyjnymi.
- Przysięgam! AAAA! – ryczał torturowany, gdy wysuwające się ostrze rozcięło gałkę oczną, z której wypełzła glutowata substancja.
- Uuuups – wyszczerzył zęby Shepard. – Omsknęło się.
- Daj mu w czapę, on mówi prawdę – wtrącił się Zaeed, rozglądając się niecierpliwie.
- Może masz rację – krwawe ostrze zahuczało ponuro, po czym z chrzęstem rozcięło kość i ciało, a wąska, zaopatrzona w zewnętrzne zęby żuchwa zawisła na piersi, trzymana cienkim kawałkiem skóry. – To medalion, prezent od Sheparda – zarechotał komandor bez cienia rozbawienia.
Puszczony Turianin runął na posadzkę jak wór cementu. Charczał i jęczał, nie mogąc się zdecydować, czy zatkać zdrową dłonią rozpruty oczodół czy też zatamować krwotok z pozbawionej żuchwy twarzy.
- Co teraz? – spytał Massani, spluwając na leżącego.
- Ja szukam Tali – mruknął beznamiętnie Shepard, wycierając miecz kawałkiem szmaty. – Choćbym miał zdechnąć. Ty rób co chcesz. A jak będziesz chciał mnie znaleźć, to kieruj się stosami trupów. Im świeższe, tym będę bliżej.
- Cholera – najemnik wsadził w zęby kolejną porcję tabaki. – A to na mnie mówili świrus. Idę z to…
Nie dokończył. Z cienia w kącie, niespodziewanie niczym syfilis na prąciu, wypadł warczący Kroganin. Zataczając młyńce nad głową ogromnym, starożytnym toporem ciął w pierś zaskoczonego Zaeeda, który – nie nadążając z unikiem – odleciał w tył, prosto na ołtarz, uderzając odkrytą głową w kamienny piedestał. Bezwładnie osunął się na ziemię.
- AArrrr! Zjeść twoja mięso! – zaryczał potwór, skacząc w kierunku Sheparda. – Arrr! Wrrrah! Grrrraaaa!
Kop adrenaliny zadziałał natychmiast. Nurkując pod wzniesionym ostrzem, Shepard przebiegł obok Kroganina, tnąc przy okazji w grube udo.
- Arrr! Wypić twoja krew! – szybciej niż ktokolwiek zdążyłby zareagować, zwinięta, krostowata pięść, wielka i twarda jak taran, uderzyła w skroń człowieka.
Oszołomiony, odrzucony w bok Shepard poślizgnął się na wytopionym tłuszczu z pół tuzina spalonych Turian i runął jak długi na plecy.
- Arrr! Zjeść człowieka! – wrzeszczał Kroganin, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozprute udo.
Ogromna postać skoczyła całym ciężarem na klatkę piersiową leżącego. Pancerz jęknął przejmująco, a Shepard miał przez chwile wrażenie, że pękają mu żebra. Próbował ciąć w wielką stopę, ale przeciwnik – lekko jak żaba – odskoczył w tył, wznosząc wysoko trzymany oburącz topór.
- Zjeść twój mózg! – ryknął i przerwał zaskoczony, gdyż gwałtowny huk przetoczył się po pomieszczeniu jak wikary z tacą po kościele.
Wypukła, tęgo umięśniona pierś eksplodowała niczym supernowa, rozsypując wokół trzy poszarpane serca, wciąż pompujące krew. Zdziwiony berserker stał chwilę, ze wzniesionym wysoko toporem; z niedowierzaniem gapiąc się lejącą dziurę, w którą zmieściłby się worek kiszonej kapusty. Kolejny huk, i błękitne smugi pomknęły przed siebie, rozrywając na strzępy wysoki garb, a różowe strzępy tłuszczu zasłały ziemię jak larwy much zgniłą padlinę. Topór wysunął się ze zmartwiałych dłoni; olbrzymie cielsko runęło na ziemię.
- To my zeżreć twój mózg, bosh’tet! – syknęła Tali miękkim, zabarwionym nutką nienawiści głosem.
Zdziwiony obrotem wydarzeń Shepard podniósł się ciężko i wybuchnął basowym, niepohamowanym śmiechem. Nie mogąc złapać tchu, zgiął się w pół, wstrząsany kolejnymi falami chichotów i rechotów. Oprzytomniały Zaeed wstał, chwytając się ołtarza i spojrzał zdumiony na osobliwą scenę: oto pokryty krwią człowiek dusił się ze śmiechu, podtrzymywany przez ubłoconą Quariankę z dymiącą strzelbą plazmową w ręku. Pokręcił głową.
- A myślałem, że widziałem już wszystko – chlapnął mediżelem na obitą potylicę i wyjął pudełko z tabaką.
- Shepard! – krzyknęła Quarianka wprost w brudne ucho rechoczącego komandora.
- Tali… - opanowawszy śmiech, komandor spojrzał na dziewczynę, a ulga rysująca się na pokiereszowanej twarzy lśniła jak promieniowanie Czerenkowa.
- Keelah! – drżąc jak flaga na wietrze, rzuciła się na byczy kark okryty pancerną skorupą. – Wiedziałam, że przyjdziesz… Zabiłam strażnika i uciekłam… Oni… - słowa utknęły jej w gardle. – Oni chcieli mnie uwędzić jak… jak…
- Już dobrze – przytulił ją mocno; nim zdążyła zareagować, wziął ją bezceremonialnie na ręce.
- Mogę iść – zaprotestowała niezbyt przekonywującym tonem.
- Ślisko tu, jeszcze upadniesz i złamiesz swoją kurzą nóżkę.
- Nie mam kurzych nóżek! – swoim zwyczajem szybko wracała do siebie.
- Ależ masz. Jak kurczaki, z których ludzie gotują rosół, Tali Kurczak vas Normandy.
- A ty masz duży nos, jak blokada koła zamachowego, Adrianie Nochal vas Normandy.
- Zaeed, weź mój miotacz. Idziemy, na czarne zęby Jacoba. Trzeba golnąć rynkolu!
- Ta – mruknął najemnik, wykonując polecenie. – Jak na asariańskiej telenoweli. Tylko reklam brak.
Mroczne, zatęchłe kanały połknęły dwóch żołnierzy. Trzeci, z głową w płóciennym worku, leżał na tylnym siedzeniu samochodu. Miarowe echo ciężkich buciorów niosło się echem po posępnych, tajemniczych tunelach.
- Niedaleko jest zakręt – mruknął komandor do czającego się w cieniu Zaeeda.
- Jeśli ten varrenowy klocek mówił prawdę – burknął sceptycznie najemnik. – Mrocznie i śmierdząco. Czuję się jakbym był w dupie pedała. Tylko czekać, aż nas staranuje jakiś batariański Wacek.
Krótkim korytarzem doszli do sporej sali. Shepard, trzymając krzepko miotacz ognia stanął w wejściu do pomieszczenia z dużym, kamiennym ołtarzem na środku. Żądna pieczonego mięsa dysza splunęła z rykiem , prosto w grupę zaskoczonych Turian. Strumień ognia wpadł między niewyraźne sylwetki. Odepchnięci potężną falą, trzej sekciarze wrzeszczeli, gdy tysiąc pięćset stopni Celsjusza przyklejało się do głów, nóg, a nawet jajek; płonące macki wlewały się pod pancerz, zwęglały ciało i wytapiały każdy gram tłuszczu. Odrzuceni ogromnym ciśnieniem uderzyli o kamienną ścianę i upadli na ziemię niczym szmaciane kukły, bryzgając wokół mózgiem z roztrzaskanych czaszek. Płonąca plwocina obryzgała ściany i kawałek sufitu, jarząc się krwawopomarańczową łuną, a gęsty, oleisty dym wisiał pod łukowatym sklepieniem jak zapowiedź rychłego zniszczenia. Pozostałe ciała skwierczały i syczały na gołej posadzce, niczym robaki rzucane przez dziecko na rozgrzany palnik kuchenki elektrycznej; śliski, bulgoczący tłuszcz plamił kamienne klepisko. Osłaniany przez Zaeeda, Shepard odwrócił się w stronę ołtarza.
Pięciu Turian w kamizelkach z quariańskich skór stało zdębiałych, a na pustym ołtarzu leżały przybory do krojenia mięsa i kości. Wiszące w długim rzędzie pod ścianą ciała, dobrze uwędzone i niewątpliwie quariańskie, bujały się smętnie, przyczepione za nogi do długiej żerdzi niczym suszone grzyby nawleczone na nitkę.
- Zjedli Tali – mruknął Shepard, czując jak twarz mu tężeje, a ręce zaciskają bezwiednie na uchwycie miotacza. Kątem oka dostrzegł Zaeeda, stojącego tak, aby mieć oko jednocześnie na wejście i stojących nieruchomo sekciarzy. – Zjedli jak pospolitego kurczaka.
- Shepard! – krzyknął stary najemnik, widząc wahanie dowódcy.
- Zjedli… - jak przez mgłę zobaczył eksplodujące głowy czterech Turian, sprzątnięte przez klekoczącą zaeedową Motykę. Piąty, najwyraźniej guru, nadal stał z hardo uniesioną głową i kpiącym wzrokiem.
Oszalały z wściekłości podsycanej rozpaczą, komandor odrzucił precz miotacz ognia i jednym skokiem znalazł się przy jedynym ocalałym Turianinie. Pancerny but wbił się w krocze, a zaskoczony przeciwnik wrzasnął i upadł na kolana, trzymając się kurczowo za zmiażdżone genitalia, tocząc z bólu płaty piany. Silna dłoń chwyciła za chitynowe wypustki na gadziej głowie, łamiąc kilka z nich. Szare, złowrogie ostrze gladiusa oparło się sztychem o dolną krawędź oczodołu.
- Gdzie quarianka? – syknął Shepard, a był to głos żmii gotującej się do ataku. – Gadaj, albo odłupię ci z głowy wszystkie kości. Zacznę od policzkowej – naparł gwałtownie na miecz.
Szare ostrze wygięło się lekko, gdy łuk brwiowy Turianina pękł z przejmującym trzaskiem, a wyłamana kość policzkowa przebiła twardą skórę i wyszła na zewnątrz, stercząc poziomo jak ręka żebraka. Okaleczony sekciarz wrzasnął i odruchowo chwycił palcami laserowo ostrzone ostrze. Lekkim, niedbałym ruchem komandor poderwał miecz w górę, odcinając wszystkie trzy palce prawej dłoni obcego. Atramentowa ciecz prysnęła wokół.
- Gdzie? – warknął oprawca, wsadzając miecz w drugi oczodół. – Policzki masz tylko dwa, potem sprawię, że twój mózg powie światu „dzień dobry”!
- Uciekła! – jęczał okaleczony sekciarz, krztusząc się krwią. – Zabiła strażnika i uciekła! Przysięgam! – dodał pośpiesznie, widząc wyraz twarzy Sheparda.
- Kłamiesz! – druga kość wyskoczyła z twarzy, przypominającej teraz czołg z otwartymi włazami ewakuacyjnymi.
- Przysięgam! AAAA! – ryczał torturowany, gdy wysuwające się ostrze rozcięło gałkę oczną, z której wypełzła glutowata substancja.
- Uuuups – wyszczerzył zęby Shepard. – Omsknęło się.
- Daj mu w czapę, on mówi prawdę – wtrącił się Zaeed, rozglądając się niecierpliwie.
- Może masz rację – krwawe ostrze zahuczało ponuro, po czym z chrzęstem rozcięło kość i ciało, a wąska, zaopatrzona w zewnętrzne zęby żuchwa zawisła na piersi, trzymana cienkim kawałkiem skóry. – To medalion, prezent od Sheparda – zarechotał komandor bez cienia rozbawienia.
Puszczony Turianin runął na posadzkę jak wór cementu. Charczał i jęczał, nie mogąc się zdecydować, czy zatkać zdrową dłonią rozpruty oczodół czy też zatamować krwotok z pozbawionej żuchwy twarzy.
- Co teraz? – spytał Massani, spluwając na leżącego.
- Ja szukam Tali – mruknął beznamiętnie Shepard, wycierając miecz kawałkiem szmaty. – Choćbym miał zdechnąć. Ty rób co chcesz. A jak będziesz chciał mnie znaleźć, to kieruj się stosami trupów. Im świeższe, tym będę bliżej.
- Cholera – najemnik wsadził w zęby kolejną porcję tabaki. – A to na mnie mówili świrus. Idę z to…
Nie dokończył. Z cienia w kącie, niespodziewanie niczym syfilis na prąciu, wypadł warczący Kroganin. Zataczając młyńce nad głową ogromnym, starożytnym toporem ciął w pierś zaskoczonego Zaeeda, który – nie nadążając z unikiem – odleciał w tył, prosto na ołtarz, uderzając odkrytą głową w kamienny piedestał. Bezwładnie osunął się na ziemię.
- AArrrr! Zjeść twoja mięso! – zaryczał potwór, skacząc w kierunku Sheparda. – Arrr! Wrrrah! Grrrraaaa!
Kop adrenaliny zadziałał natychmiast. Nurkując pod wzniesionym ostrzem, Shepard przebiegł obok Kroganina, tnąc przy okazji w grube udo.
- Arrr! Wypić twoja krew! – szybciej niż ktokolwiek zdążyłby zareagować, zwinięta, krostowata pięść, wielka i twarda jak taran, uderzyła w skroń człowieka.
Oszołomiony, odrzucony w bok Shepard poślizgnął się na wytopionym tłuszczu z pół tuzina spalonych Turian i runął jak długi na plecy.
- Arrr! Zjeść człowieka! – wrzeszczał Kroganin, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozprute udo.
Ogromna postać skoczyła całym ciężarem na klatkę piersiową leżącego. Pancerz jęknął przejmująco, a Shepard miał przez chwile wrażenie, że pękają mu żebra. Próbował ciąć w wielką stopę, ale przeciwnik – lekko jak żaba – odskoczył w tył, wznosząc wysoko trzymany oburącz topór.
- Zjeść twój mózg! – ryknął i przerwał zaskoczony, gdyż gwałtowny huk przetoczył się po pomieszczeniu jak wikary z tacą po kościele.
Wypukła, tęgo umięśniona pierś eksplodowała niczym supernowa, rozsypując wokół trzy poszarpane serca, wciąż pompujące krew. Zdziwiony berserker stał chwilę, ze wzniesionym wysoko toporem; z niedowierzaniem gapiąc się lejącą dziurę, w którą zmieściłby się worek kiszonej kapusty. Kolejny huk, i błękitne smugi pomknęły przed siebie, rozrywając na strzępy wysoki garb, a różowe strzępy tłuszczu zasłały ziemię jak larwy much zgniłą padlinę. Topór wysunął się ze zmartwiałych dłoni; olbrzymie cielsko runęło na ziemię.
- To my zeżreć twój mózg, bosh’tet! – syknęła Tali miękkim, zabarwionym nutką nienawiści głosem.
Zdziwiony obrotem wydarzeń Shepard podniósł się ciężko i wybuchnął basowym, niepohamowanym śmiechem. Nie mogąc złapać tchu, zgiął się w pół, wstrząsany kolejnymi falami chichotów i rechotów. Oprzytomniały Zaeed wstał, chwytając się ołtarza i spojrzał zdumiony na osobliwą scenę: oto pokryty krwią człowiek dusił się ze śmiechu, podtrzymywany przez ubłoconą Quariankę z dymiącą strzelbą plazmową w ręku. Pokręcił głową.
- A myślałem, że widziałem już wszystko – chlapnął mediżelem na obitą potylicę i wyjął pudełko z tabaką.
- Shepard! – krzyknęła Quarianka wprost w brudne ucho rechoczącego komandora.
- Tali… - opanowawszy śmiech, komandor spojrzał na dziewczynę, a ulga rysująca się na pokiereszowanej twarzy lśniła jak promieniowanie Czerenkowa.
- Keelah! – drżąc jak flaga na wietrze, rzuciła się na byczy kark okryty pancerną skorupą. – Wiedziałam, że przyjdziesz… Zabiłam strażnika i uciekłam… Oni… - słowa utknęły jej w gardle. – Oni chcieli mnie uwędzić jak… jak…
- Już dobrze – przytulił ją mocno; nim zdążyła zareagować, wziął ją bezceremonialnie na ręce.
- Mogę iść – zaprotestowała niezbyt przekonywującym tonem.
- Ślisko tu, jeszcze upadniesz i złamiesz swoją kurzą nóżkę.
- Nie mam kurzych nóżek! – swoim zwyczajem szybko wracała do siebie.
- Ależ masz. Jak kurczaki, z których ludzie gotują rosół, Tali Kurczak vas Normandy.
- A ty masz duży nos, jak blokada koła zamachowego, Adrianie Nochal vas Normandy.
- Zaeed, weź mój miotacz. Idziemy, na czarne zęby Jacoba. Trzeba golnąć rynkolu!
- Ta – mruknął najemnik, wykonując polecenie. – Jak na asariańskiej telenoweli. Tylko reklam brak.
Użytkownik jacsty edytował ten post 11 grudzień 2010 - 12:55
#21
Napisano 11 grudzień 2010 - 03:45
wow .. normalnie wypas
#22
Napisano 11 grudzień 2010 - 06:58
Tali Kurczak vas Normandy.
Naprawdę, te teksty są świetne.
#23
Napisano 12 grudzień 2010 - 11:52
3 dni mnie na forum nie ma, a Ty płodzisz jak szalony!
i z jakim efektem
Twój Shepard to psychopata, ale chyba dlatego go lubię 
Pałer Jogurt - to coś co chcę mieć w swojej lodówce ;D
Już nie mogę się doczekać kiedy wróci "prawy i sprawiedliwy" Jacob. Podoba mi się jak kreujesz charakter postaci, uwydatniając ich najbardziej charakterystyczne cechy. Czekam na kontynuacje z niecierpliwością
Pałer Jogurt - to coś co chcę mieć w swojej lodówce ;D
Już nie mogę się doczekać kiedy wróci "prawy i sprawiedliwy" Jacob. Podoba mi się jak kreujesz charakter postaci, uwydatniając ich najbardziej charakterystyczne cechy. Czekam na kontynuacje z niecierpliwością
#24
Napisano 12 grudzień 2010 - 12:22
Możecie mnie zgłosić na jakiś konkurs Bioware na najgłupsze fanfiction:P
Jacob wróci, dziś zamierzam napisać coś nowego, tylko zastanawiam się w jakiej postaci go dać, bo mam dwa typy, i oba mają widoczne, choć różne efekty uboczne "terapii naprawczej Mordina".
Jacob wróci, dziś zamierzam napisać coś nowego, tylko zastanawiam się w jakiej postaci go dać, bo mam dwa typy, i oba mają widoczne, choć różne efekty uboczne "terapii naprawczej Mordina".
#25
Napisano 12 grudzień 2010 - 01:28
W jak najbardziej po****nej.
Proszę, to dopiero będzie fajnie.





Do góry






