Ponure, świdrujące oczy w młodej, lecz doświadczonej setką bitew twarzy spoglądały nieruchomo w przewrócone zdjęcie przedstawiające Ashley Williams, byłą kochankę komandora Adriana Sheparda, dowódcy Normandii, wiecznego awanturnika i renegata mającego na pieńku z Radą, Przymierzem, niedobitkami Zbieraczy, Żniwiarzami, Watykanem i połową żywych istot w galaktyce. „W zasadzie to ja nie mam na pieńku tylko z tymi, co już gryzą piach”, pomyślał jak zwykle optymistycznie nastawiony komandor.
- Wyłupiastooka suko – mruknął sam do siebie. – No dalej.
Spod plastikowej oprawki wychylił się dziesięcionogi robak z długimi czułkami zwieńczonymi kulkami oczu. Sękata dłoń wystrzeliła przed siebie i z robaka została mokra plama.
- Ha! Mam cię, dziadygo. Ja ci dam wyżerać mój zapas dekstro wazeliny.
Usunął szczątki odkurzaczem plazmowym i połączył się z Tali, swoją quariańską boginią, dla której usypał w maszynowni stos ze złotych zębów wyrwanych swoim ofiarom.
- W zeszłym roku o tej porze padał deszcz – zakomunikował konspiracyjnym tonem.
- Deszcz ze śniegiem – odparła miękko Tali; niczym rasowa tajna agentka.
Chwilę później drzwi kajuty otworzyły się z cichym sykiem, wpuszczając do środka Quariankę.
- Na Cytadeli najlepsze tytanowe zęby robią na obszarze Prezydium – położyła prawą rękę na krągłym biodrze.
- Jacob nosi je tylko jesienią.
- Przesłali mu nową partię – jednocześnie wybuchnęli śmiechem; Tali perlistym jak napromieniowana rosa na Tuchance, Shepard gwałtownym niczym zamieć na Noverii.
Tali uwielbiała oglądać wieczorny cykl na EuropaTV „W starym widzie”. Puszczano tam perełki ludzkiej kinematografii z ostatnich trzystu lat.
- Ale my mamy nawalone w głowach! – rechotał Shepard.
- I śmiejemy się z biednego Jacoba, który ledwo wczoraj wstał, a już się oburzył na łamanie regulaminu – Quarianka zdjęła maskę, szczerząc w uśmiechu drobne, niebieskawe zęby. Zrobiła ponurą minę i spojrzała z byka – „Komandorze, muszę zaprotestować! Związki między dowódcą i podwładnym są zabronione”.
- Dobra, kończmy z tymi pierdołami – komandor objął mocno wąską talię i klepnął w wypięty pośladek. – Co mi powiesz ciekawego, Kurczaku z Normandii?
- Nie jestem kurczakiem! – zrobiła nadąsaną minę. – Nic ci nie powiem!
- Zrób Generała swojemu najlepszemu przyjacielowi Shepardowi, temu, który ma dla ciebie niespodziankę – przymilał się komandor, co w jego wykonaniu wyglądało równie zgrabnie jak asariański balet w wykonaniu Krogan.
- Najpierw powiedz, że nie jestem kurą!
- Nie jesteś kurą.
- Czuję podstęp. Nie jestem też gęsią, kaczką, ani żadnym innym ptakiem!
- Nie jesteś ptakiem ani drobiem, ani nawet porcją rosołową – cmoknął w mały, prosty nosek.
- Przejmuję kontrolę – fosforyzujące oczy błysnęły lekko.
- Aaa – Shepard odskoczył i udając drgawki opadł na krzesło. – Nie rób mi krzywdy!
- Jestem zapowiedzią twojego zniszczenia! – skoczyła na kolana siedzącego Sheparda. Obrotowy fotel jęknął przejmująco. Jej wzrok padł na zdjęcie Ashley. Zmarszyła cieniutkie, jedwabiste brwi.
- Adrian! Miałeś to wyrzucić!
- Co?
- To! – krzyknęła, nie kryjąc zazdrosnej nuty. Podsunęła mu zdjęcie pod nos.
- Zapomniałem. Wiesz, dzisiaj siedział pod tym mydelnik kątowy.
- Nie zmieniaj tematu! Miałeś się tego pozbyć! Co ty widzisz w tej varrenicy?!
- Widzę parę oczu, nos, usta, włosy… w sumie to samo, co u ciebie – uśmiechnął się złośliwie. – Tylko w gorszym wydaniu. Temperamentem też ci nie dorównywała – dodał pośpiesznie, widząc w jej twarzy złość. – Przecież ty tu jesteś, żywa i materialna, a nie ona.
- I tak ma zostać! Nigdy jej nie lubiłam. Zawsze łypała na mnie tymi swoimi wyłupiastymi oczyma z taką wyższością. Na Liarę też.
- Jak ją spotkasz to jej pokażesz język – mrugnął okiem komandor, rozpinając kolejne części quariańskiego kombinezonu. – Do Ash łatwiej było się dostać – mruknął cicho.
- Co mówisz?
- Nic.
- Shepard! Jacobowi kompletnie odbiło – odezwała się niespodziewanie EDI. – Musisz przyjść na mostek!
- Na zjełczały pot spod pachy Grunta! – warknął Shepard; kłęby przekleństw wysypały się z niego jak pierze z rozprutej poduszki. – Ciągle coś.
- Idź, dołączę do ciebie jak się na powrót ubiorę - trójpalczasta dłoń musnęła czule pobliźniony policzek.
- EDI, połącz z Mordinem.
- Dobrze, Shepard.
- Shepard, elektrochemiczne procesy w mózgu Jacoba stały się niestabilne! – trajkotał Salarianin. – Podałem pacjentowi trójetylek dwufazowego monostymulatora kory mózgowej, ale nie przyniosło to efektów!
- Miałeś go naprawić bez skutków ubocznych! – wrzeszczał Shepard, przypinając do pasa wierną Falangę. – Czemu, do matki wszystkich kur*w, nic nie potraficie zrobić jak należy?!
- Prognozy były niemożliwe do oszacowania – kontynuował Mordin, nie zwracając najmniejszej uwagi na wściekły ton Sheparda. – Pacjent niestabilny. W sensie fizycznym i psychicznym. Musisz sam to zobaczyć.
Wściekły komandor wpadł na mostek jak zaraza, zabijając wzrokiem wszystkich razem i każdego z osobna. Jednakże, gdy jego wzrok spoczął na Jacobie, niewypowiedziane słowa utknęły w gardle.
Stojąca na mostku postać przemawiała do zgromadzonej załogi, niczym buddyjski mnich do naiwnej tłuszczy. Ubrany w obcisły, lateksowy trykot wściekle czerwonego koloru, z butami na wysokim obcasie, miał długie, sięgające kolan ręce pokryte gęstym, czarnym włosiem. Gruba, czarna szyja, również pokryta sierścią jak wilgotny chleb pleśnią, zwieńczona była ogromną głową.
Wielka paszcza, w której błyskały czarne, łopatowate zęby, okolona grubymi jak krogańskie parówki wargami, otwierała się i zamykała w rytm mówienia, niczym grodzie na statku. Spuchnięte policzki porastały wielkie pekaesy, gęste i kręcone jak kłęby czarnego dymu z palonych trupów. Głęboko osadzone oczy, z kośćmi nadoczodołowymi godnymi Neandertalczyka, co i rusz patrzyły każde w swoją stronę, a mocno cofnięte, niskie czoło marszczyło się i wygładzało, w takt zwiększania i zmniejszania się poziomu oburzenia mówiącego. Odstające, duże uszy drgały i bujały się jak liście na wietrze.
Widząc wchodzącego Sheparda, Garrus pokręcił głową i puknął się w czoło. Rozbiegane, nieskoordynowane spojrzenie Jacoba spoczęło na Shepardzie. Pokryty sierścią paluch skierował się na niego, jakby miało to sprawić, że komandor zmieni się w słup soli.
- Co tu się dzieje?! – warknął w końcu Shepard, stając i zwijając ręce na piersi.
- A co ma się dziać? – powiedział sarkastycznie Zaeed. – Chomik mu wypadł z kołowrotka i zdechł – zarechotał.
- Oto jessst! – krzyknął Jacob, a długi, gruby język c i rusz wyskakiwał mu z ust, utrudniając mówienie. - Dośśśśćssss – język znowu wyskoczył na światło dzienne – wyssssysss...prrrch…ku! Zsssrzućsssmy okofffy! – wzniósł w górę małpie ręce, aż damski trykot napiął się niebezpiecznie, jakby miał zaraz pęknąć.
- Jacob został komunistą – zarechotał Zaeed.
cd...
Modifié par jacsty, 12 décembre 2010 - 03:33 .





Retour en haut






