Był ciepły, przyjemny wieczór. O wiele przyjemniejszy niż można było przypuszczać biorąc pod uwagę wydarzenia, w które obfitował poprzedzający go dzień. Słońce jak gdyby nigdy, nic chyliło się ku zachodowi, całkiem nieświadome dramatycznej panoramy, której stało się częścią w oczach obserwatorów.
Niejaki Hawk, znany szerzej pod mianem Czempiona Kirkwall, zalegał w niedbałej acz wygodnej pozycji na rufie statku płynącego ku odległemu horyzontowi. Estetyczną kontemplację oddalającej się ekspozycji płonącego miasta zakłócił zimy dreszcz w okolicach rozgrzanego karku. Odwrócił się szybko maskując zaskoczenie omal nie rozkwaszając, nosa, który jakimś cudem udało mu się uchronić przed złamaniem, o oszroniony kufel z piwem dzierżony w wyciągniętej doń ręce Izabeli. Bohater z wdzięcznością i namaszczeniem uwolnił uśmiechniętą panią kapitan od chłodnego brzemienia.
- Mówiłem już, że Cię uwielbiam kobieto?
- Wciągu ostatniej godziny dwukrotnie.
- Skąd na wypiętą na ten fragment Thedas dupę stwórcy wytrzasnęłaś lód w taki upał, o sąsiedztwie płonącego miasta nie wspomnę.
- Pamiętasz Andersa? Którego prawie zabiłeś po tym jak rozpieprzył miasto?
- Prawie?
- A no, że się tak wyrażę nie do końca.
- Jaja sobie ze mnie robicie? Jak można nie do końca zabić nieruchomego niebroniącego się człowieka ciosem w kark za pomocą ostrego narzędzia typy nóż?
- Ty nam to powiedz czempionie
Powiedziała z szelmowskim uśmiechem na ustach Izabela, ostentacyjnie ignorując rosnące wzburzenie, Hawka którego podsycana ogólnym uwielbieniem tłumów dumę zawodowa właśnie właśnie spuszczano do zęzy.
- Na drugi raz podrzynaj gardło stary. Może mniej elegancko i trzeba potem czyścić rękawice, ale nie da się sfuszerować. Rzekł Varrik wypluwając odgryziona końcówkę obrzydliwie drogiego cygara.
- Wracając do Andersa kochanie…, To twoja siostra go naprawiła a Varrik zataszczył do ładowni, gdzie póki nie wymyślimy nic lepszego będzie nam chłodził drinki metoda stożka zimy czy jak mu tam.
- Widzisz Hawk. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Rubasznie roześmiał się krasnolud. Mało, co a by się chłopak zmarnował, a wiesz jak bardzo nie lubię marnotrawstwa
-Ty byś lepiej poczęstował przyjaciela uratowanym przed marnotrawstwem cygarem z zapasów wicehrabiego.
- Nie wicehrabiego tylko cesarzowej.
-Cesarzowej?
-Aha, Jaśnie świecącej cośtam cośtam cośtam Orlean.
-Ke?
- Od Leliany dostałem za przysługę.
- Dostałeś?
- Znaczy ona chyba o tym jeszcze nie wie…ale pewnie się nie obrazi biorąc pod uwagę „niespodziewane trudności”.
-Mówisz o Meredith ?
-Nom.
- Niech cię szlak Varriku, następnym razem ja będę strzelał z kuszy a ty pobrudzisz raczki…
- Ale w tedy nie będzie kasy na wakacje.
- Ke?
- Stypendium wakacyjnego imienia Meredith …
- Zdążyłes dźwignąć jej sakiewkę?
- Też...;>
- To, co oprócz tego się jeszcze nie zmarnowało?
- Nie mogę ci powiedzieć, bo byś musiał mnie zabić, a jak widzisz nie za bardzo mam dokąd uciekać. Więc ty nie pytasz a ja już zapomniałem.
- Ciesz się chwilą spokoju u boku swojej kobiety, bo jak znam zycie nie potrwa ona długo.
- Oby jak najdłużej powiedziała Izabela z gracja czarnej pantery sadowiąc się na kolanach bohatera…
Użytkownik Hakakken edytował ten post 25 marzec 2011 - 07:04





Do góry






