Ciężkie buty
wzmacnianego pancerza typu N7 powoli uderzały o coś, co jeszcze
przed kilkoma tygodniami można było nazwać chodnikiem spacerowym
Cytadeli.
W tej chwili okolica
bardziej przypominała ponure pobojowisko i jedynie błyskające w
oddali elektroniczne reklamy wciąż podtrzymywały wrażenie
tętniącego życiem serca galaktyki. Człowiek w pancerzu czułby
się znacznie spokojniej, gdyby po drodze natrafiłby na jakieś
zwłoki. Ich brak pozbawiał go jednak pewności siebie. Był jednak
żołnierzem i wielokrotnie zdarzały mu się sytuacje, w których
musiał być zdany na siebie. Sęk w tym, że po tylu latach człowiek
może wyjść z wprawy.
Jego zmęczone, mętne
oczy ostrożnie analizowały informacje podawane mu przez sensory po
wewnętrznej stronie wizjera hełmu. Nie było to proste –
szczególnie, gdy pot ograniczał jego pole widzenia. Co jakiś czas
wydawało mu się, że dostrzega jakiś ruch – czy to pod stertą
gruzu, czy pośród opustoszałych witryn sklepowych. Jednakże,
kiedy tylko zwracał lufę swojego wysłużonego karabinu szturmowego
w odpowiednim kierunku, przekonywał się tylko że to tylko
przywidzenie. Na szczęście.
W duchu dziękował, że
Cytadela wciąż posiadała zasilanie i nie był zmuszony do
poruszania się bez światła i mieszanki gazów zdatnej do
oddychania. To ułatwienie jednak było niepokojące jeśli wziąć
pod uwagę, że cokolwiek zaatakowało stację nie potrzebowało
wcale pozbawiać jej systemów obronnych.
Tak. Byłby znacznie
spokojniejszy, gdyby natknął się chociaż na jednego trupa.
Człowiek w pancerzu musiał przyznać, że to najbardziej sterylna
strefa wojny, na jaką zdarzyło mu się natknąć. Jedynym
dźwiękiem, który urozmaicał jego własny oddech i kroki było
wyjątkowo znajome nagranie, pozdrawiające go ilekroć mijał po
drodze pozostałości jakiegoś bardziej ekskluzywnego sklepu.
-Nazywam się Komandor
Shepard – wołał radośnie męski, odtwarzany głos – a to mój
ulubiony sklep w Cytadeli!
Powtarzana w kółko
wiadomość, odbijająca się echem po opustoszałych wnętrzach
Cytadeli mogła z początku irytować, ale im dłużej Człowiek w
pancerzu wędrował samotnie, tym bardziej wydawała mu się ona
upiorna.
W końcu jego przemyślenia
przerwała seria przerażających jęków. Nauczony wieloletnim
doświadczeniem, błyskawicznie przyjął pozycję obronną i oddał
kilka strzałów ostrzegawczych. Nie musiał długo czekać na
efekty, wkrótce w jego kierunku zaczęła niezgrabnie sunąć grupa
groteskowych istot, przypominających nieco chodzące zwłoki. To
wystarczyło by pociągnął za spust, a wystrzelone przez niego
wiązki energii prędko zmieniły napastników w dymiące,
pokiereszowane szczątki. Samotny żołnierz prędko skręcił w
lewo, w poszukiwaniu schronienia i niezwłocznie wtoczył się za
ladę, która niegdyś służyła handlującemu tu Salarianinowi.
-Nazywam się Komandor
Shepard – odparła reklama, gdy jej czujniki wykryły
potencjalnego klienta. Nie zdążyła jednak dokończyć przekazu,
gdyż pojedynczy strzał zakończył żywot stacji zasilającej.
Człowiek w Pancerzu
odetchnął cicho, powoli układając w myślach plan dalszego
działania.
Zombie. Zmienili wszystkich
w zombie, a to znaczyło samotną krucjatę przeciwko całej
Cytadeli. Nie łudził się, żeby ktokolwiek poza nim mógł
przeżyć. Jedyną opcją pozostawała ucieczka.
Musiał dostać się na
statek – tak szybko jak się tylko dało.
Zerwał się na równe nogi
i zaczął biec, próbując przypomnieć sobie dokładnie plan tego
rejonu stacji. Za sobą słyszał już kolejne jęki i pomruki, oddał
więc kilka strzałów, mając nadzieję że opóźni pogoń.
W pewnym momencie poczuł,
że traci grunt pod nogami, a potężna fala uderzeniowa ciska nim o
pobliską kolumnę.
Krew zalała mu oczy,
zbierając się do pionu wypluł na ziemię kawałki wizjera, by
dostrzec skąd nadchodził atak. Jego napastnik nadchodził od strony
południowej, spokojnym, wojskowym krokiem. Podobnie jak on ubrany
był w pancerz typu N7, ale samotny żołnierz mógł być pewien że
istota, która zmierzała w jego stronę nie była już człowiekiem.
Zewsząd sterczały dziwaczne, powykrzywiane rurki, a skóra wydawała
się być bezbarwna. Próbował strzelić, ale zaledwie delikatny
gest jego przeciwnika wyrwał mu broń z rąk. Następnie poczuł jak
jego ciało się unosi, jak gdyby niesione wyjątkowo silnym
podmuchem wiatru, a następnie szybuje w kierunku potwora, na
wysokość oczu. Metalicznych, pozbawionych resztek człowieczeństwa
lampek, które ze stoickim spokojem lustrowały przerażoną,
ociekającą krwią twarz ofiary.
Samotny żołnierz poczuł
mocarny uścisk na swojej piersi.
Widać było, że istotę
bawi zaistniała sytuacja. Otwór, będący kiedyś ustami wykrzywił
się dziwacznie, żałośnie parodiując ludzki uśmiech.
Wtedy właśnie ta pokrętna
hybryda człowieka i maszyny przemówiła, a jej słowa rozległy się
w całej stacji.
-Nazywam się Komandor
Shepard, a to mój ulubiony sklep w Cytadeli.
Wtedy właśnie Kapitan
David Anderson się obudził.
Mężczyzna usiadł
gwałtownie na łóżku i otarł nadgarstkiem przepocone czoło.
Powoli wracała do niego
świadomość. Śpiąca obok Kahlee Sanders zachrapała cicho, co
mimowolnie przywołało uśmiech ulgi na jego strapionej twarzy.
Ciężko było mu stwierdzić, która właściwie jest godzina, ale
nie obchodziło go to zbytnio. Pospiesznie założył spodnie i
narzucił na siebie szlafrok, a potem udał się na taras. Potrzebne
mu było świeże powietrze, a przynajmniej jakiś jego substytut. W
dole widział migoczące światła Cytadeli – życie toczyło się
tam nadal, a jej mieszkańcy zajmowali się swoimi sprawami. Anderson
zaklął szpetnie pod nosem, gdy dotarły do niego dźwięki
znienawidzonej reklamy, dobiegające z pawilonu handlowego, który
sąsiadował z apartamentowcem, w którym wynajmowali pokój.
Po niedługim czasie na
taras wkroczyła zaspana Kahlee, zasłaniając sobie usta by
powstrzymać potężne ziewnięcie.
-Znowu nie możesz spać?
- odparła, uwieszając się ramionami na jego szyi i cmokając go w
policzek.
Anderson uśmiechnął się
krzywo.
-Ta cholerna reklama
budziła mnie przez całą noc. Przypomnij mi, że mam sprzedać
Shepardowi kopa za to, że się na to zgodził.
Następnie odwzajemnił
pocałunek. Póki co wszystko było w porządku.
Wiedział jednak, że gdzieś
tam, w oddali czekali Żniwiarze, a jego sen...
… nie, nie warto psuć
chwili.
Stłoczeni w Mrocznej
Przestrzeni, jednostka przy jednostce, ciało przy ciele.
Śnili.
Zagłębieni w odmętach
swych binarnych snów, cyfrowych myśli.
Czekali.
Byli nieuniknieni.
Poza cyklem.
[Będę tu zamieszczał inne, krótkie opowiadania związane z uniwersum ME. Jeżeli oczywiście spodobają się publice.





Retour en haut






