Aller au contenu

Photo

Szum Starego Vidu - opowiadania różnorakie


  • Veuillez vous connecter pour répondre
12 réponses à ce sujet

#1
Haverok

Haverok
  • Members
  • 25 messages
                                                                                 1. Przebudzenie





Ciężkie buty
wzmacnianego pancerza typu N7 powoli uderzały o coś, co jeszcze
przed kilkoma tygodniami można było nazwać chodnikiem spacerowym
Cytadeli.

W tej chwili okolica
bardziej przypominała ponure pobojowisko i jedynie błyskające w
oddali elektroniczne reklamy wciąż podtrzymywały wrażenie
tętniącego życiem serca galaktyki. Człowiek w pancerzu czułby
się znacznie spokojniej, gdyby po drodze natrafiłby na jakieś
zwłoki. Ich brak pozbawiał go jednak pewności siebie. Był jednak
żołnierzem i wielokrotnie zdarzały mu się sytuacje, w których
musiał być zdany na siebie. Sęk w tym, że po tylu latach człowiek
może wyjść z wprawy.

Jego zmęczone, mętne
oczy ostrożnie analizowały informacje podawane mu przez sensory po
wewnętrznej stronie wizjera hełmu. Nie było to proste –
szczególnie, gdy pot ograniczał jego pole widzenia. Co jakiś czas
wydawało mu się, że dostrzega jakiś ruch – czy to pod stertą
gruzu, czy pośród opustoszałych witryn sklepowych. Jednakże,
kiedy tylko zwracał lufę swojego wysłużonego karabinu szturmowego
w odpowiednim kierunku, przekonywał się tylko że to tylko
przywidzenie. Na szczęście.
W duchu dziękował, że
Cytadela wciąż posiadała zasilanie i nie był zmuszony do
poruszania się bez światła i mieszanki gazów zdatnej do
oddychania. To ułatwienie jednak było niepokojące jeśli wziąć
pod uwagę, że cokolwiek zaatakowało stację nie potrzebowało
wcale pozbawiać jej systemów obronnych.

Tak. Byłby znacznie
spokojniejszy, gdyby natknął się chociaż na jednego trupa.
Człowiek w pancerzu musiał przyznać, że to najbardziej sterylna
strefa wojny, na jaką zdarzyło mu się natknąć. Jedynym
dźwiękiem, który urozmaicał jego własny oddech i kroki było
wyjątkowo znajome nagranie, pozdrawiające go ilekroć mijał po
drodze pozostałości jakiegoś bardziej ekskluzywnego sklepu.

-Nazywam się Komandor
Shepard
– wołał radośnie męski, odtwarzany głos – a to mój
ulubiony sklep w Cytadeli!

Powtarzana w kółko
wiadomość, odbijająca się echem po opustoszałych wnętrzach
Cytadeli mogła z początku irytować, ale im dłużej Człowiek w
pancerzu wędrował samotnie, tym bardziej wydawała mu się ona
upiorna.



W końcu jego przemyślenia
przerwała seria przerażających jęków. Nauczony wieloletnim
doświadczeniem, błyskawicznie przyjął pozycję obronną i oddał
kilka strzałów ostrzegawczych. Nie musiał długo czekać na
efekty, wkrótce w jego kierunku zaczęła niezgrabnie sunąć grupa
groteskowych istot, przypominających nieco chodzące zwłoki. To
wystarczyło by pociągnął za spust, a wystrzelone przez niego
wiązki energii prędko zmieniły napastników w dymiące,
pokiereszowane szczątki. Samotny żołnierz prędko skręcił w
lewo, w poszukiwaniu schronienia i niezwłocznie wtoczył się za
ladę, która niegdyś służyła handlującemu tu Salarianinowi.

-Nazywam się Komandor
Shepard
– odparła reklama, gdy jej czujniki wykryły
potencjalnego klienta. Nie zdążyła jednak dokończyć przekazu,
gdyż pojedynczy strzał zakończył żywot stacji zasilającej.

Człowiek w Pancerzu
odetchnął cicho, powoli układając w myślach plan dalszego
działania.
Zombie. Zmienili wszystkich
w zombie, a to znaczyło samotną krucjatę przeciwko całej
Cytadeli. Nie łudził się, żeby ktokolwiek poza nim mógł
przeżyć. Jedyną opcją pozostawała ucieczka.

Musiał dostać się na
statek – tak szybko jak się tylko dało.

Zerwał się na równe nogi
i zaczął biec, próbując przypomnieć sobie dokładnie plan tego
rejonu stacji. Za sobą słyszał już kolejne jęki i pomruki, oddał
więc kilka strzałów, mając nadzieję że opóźni pogoń.




W pewnym momencie poczuł,
że traci grunt pod nogami, a potężna fala uderzeniowa ciska nim o
pobliską kolumnę.
Krew zalała mu oczy,
zbierając się do pionu wypluł na ziemię kawałki wizjera, by
dostrzec skąd nadchodził atak. Jego napastnik nadchodził od strony
południowej, spokojnym, wojskowym krokiem. Podobnie jak on ubrany
był w pancerz typu N7, ale samotny żołnierz mógł być pewien że
istota, która zmierzała w jego stronę nie była już człowiekiem.
Zewsząd sterczały dziwaczne, powykrzywiane rurki, a skóra wydawała
się być bezbarwna. Próbował strzelić, ale zaledwie delikatny
gest jego przeciwnika wyrwał mu broń z rąk. Następnie poczuł jak
jego ciało się unosi, jak gdyby niesione wyjątkowo silnym
podmuchem wiatru, a następnie szybuje w kierunku potwora, na
wysokość oczu. Metalicznych, pozbawionych resztek człowieczeństwa
lampek, które ze stoickim spokojem lustrowały przerażoną,
ociekającą krwią twarz ofiary.

Samotny żołnierz poczuł
mocarny uścisk na swojej piersi.
Widać było, że istotę
bawi zaistniała sytuacja. Otwór, będący kiedyś ustami wykrzywił
się dziwacznie, żałośnie parodiując ludzki uśmiech.




Wtedy właśnie ta pokrętna
hybryda człowieka i maszyny przemówiła, a jej słowa rozległy się
w całej stacji.

-Nazywam się Komandor
Shepard, a to mój ulubiony sklep w Cytadeli.





Wtedy właśnie Kapitan
David Anderson się obudził.



Mężczyzna usiadł
gwałtownie na łóżku i otarł nadgarstkiem przepocone czoło.

Powoli wracała do niego
świadomość. Śpiąca obok Kahlee Sanders zachrapała cicho, co
mimowolnie przywołało uśmiech ulgi na jego strapionej twarzy.
Ciężko było mu stwierdzić, która właściwie jest godzina, ale
nie obchodziło go to zbytnio. Pospiesznie założył spodnie i
narzucił na siebie szlafrok, a potem udał się na taras. Potrzebne
mu było świeże powietrze, a przynajmniej jakiś jego substytut. W
dole widział migoczące światła Cytadeli – życie toczyło się
tam nadal, a jej mieszkańcy zajmowali się swoimi sprawami. Anderson
zaklął szpetnie pod nosem, gdy dotarły do niego dźwięki
znienawidzonej reklamy, dobiegające z pawilonu handlowego, który
sąsiadował z apartamentowcem, w którym wynajmowali pokój.




Po niedługim czasie na
taras wkroczyła zaspana Kahlee, zasłaniając sobie usta by
powstrzymać potężne ziewnięcie.
-Znowu nie możesz spać?
- odparła, uwieszając się ramionami na jego szyi i cmokając go w
policzek.

Anderson uśmiechnął się
krzywo.

 -Ta cholerna reklama
budziła mnie przez całą noc. Przypomnij mi, że mam sprzedać
Shepardowi kopa za to, że się na to zgodził.






Następnie odwzajemnił
pocałunek. Póki co wszystko było w porządku.



Wiedział jednak, że gdzieś
tam, w oddali czekali Żniwiarze, a jego sen...



… nie, nie warto psuć
chwili.







Stłoczeni w Mrocznej
Przestrzeni, jednostka przy jednostce, ciało przy ciele.
Śnili.
Zagłębieni w odmętach
swych binarnych snów, cyfrowych myśli.
Czekali.
Byli nieuniknieni.
Poza cyklem.



[Będę tu zamieszczał inne, krótkie opowiadania związane z uniwersum ME. Jeżeli oczywiście spodobają się publice.;)]

#2
drakon 760

drakon 760
  • Members
  • 1 867 messages
Opowiadanie mi się podobało. Bardzo się przy nim ubawiłem. Nie wiem czy taki był cel tego opowiadania, ale nawiązanie do reklamy " Jestem komandor Shepard..." było dla mnie bardzo komiczne. Poza jednym momentem w opowiadaniu, ale później znów powróciła ta reklama w zabawnej formie.

#3
Venydar

Venydar
  • Members
  • 294 messages
Ciekawe opowiadanie, książki widać masz już przeczytane ;) Czekam na następne!

#4
neronus

neronus
  • Members
  • 114 messages
Opowiadanie dobre, z początku myślałem że to o ataku Gethów na Cytadelę w ME 1, ale ta reklama zbiła mnie z tropu.:huh:
No i ta scena z (chyba) Pomiotem - Shepardem... upiorna wizja:(

Nie chcę się czepiać szczegułów, ale Kahlee nie mogła chodzić z Andersonem (końcówka pierwszej książki), po za tym Anderson próbował się porozumieć ze swoja byłą żoną Cyntią (wiemy to czytając jego prywatną korespondencje z Kryjówce Handlarza Cieni :whistle:), więc Kahlee leżąca obok niego w łóżku to fajna, ale mało prawdopodobna (niestety:crying: ) wizja ich przyszłości.
Narazie nie czytałem 2 i 3 książki, więc mnie poprawcie jak coś się zminiło w ich sprawie.

Opowiadanie więc bardzo fajne, pisz oczywiście więcej, i może nieco dłuższe ;)

#5
Venydar

Venydar
  • Members
  • 294 messages
@neronus - Musisz więc koniecznie zapoznać się z Mass Effect: Odwet ;)

#6
neronus

neronus
  • Members
  • 114 messages
tzn o czym konkretnie mówisz? coś się zmieniło w "Odwecie" między nimi?

#7
Venydar

Venydar
  • Members
  • 294 messages
Zgadza się, nie będę jednak za wiele spoilerował.

#8
Haverok

Haverok
  • Members
  • 25 messages
UWAGA! PONIŻSZY TEKST ZAWIERA SPOJLERY ZWIĄZANE Z FABUŁĄ DLC ARRIVAL.

[Bez zbędnych wstępów mam zaszczyt przedstawić drugie, krótkie opowiadanie mojego autorstwa]


                                                                               2. Błysk
Kolonia
Górnicza na planecie Yunaca,


System
Bahak





Eldak Had'mesah był dzisiaj w wyjątkowo parszywym
nastroju. Trudno było się zresztą dziwić, generalne kontrole
placówki rzadko wiązały się z czymś dobrym. Szczególnie, że
jej oficjalna działalność okryta była tajemnicą, a częste
wizyty inwestorów poważnie narażały dyskrecję jakiej potrzebował
do sensownego rozdysponowania jej zasobami. Był jednak patriotą i
chyba tylko dlatego zgodził się zostać zarządcą tak ryzykownego
projektu. W końcu nawet jego batariańska duma dawała dojść do
głosu zdrowemu rozsądkowi, kiedy zaproponowano mu na nieoficjalną
eksploatację zasobów naturalnych Yunaci. „Nieoficjalna” w tym
wypadku oznaczała „bez pytania Rady Cytadeli o zgodę”. Eldak
miał świadomość, że jeśli coś poszłoby nie tak, inwestorzy
zdołali by bezpiecznie usunąć się na bok, obarczając go całą
winą za przedsięwzięcie.

A jednak było to opłacalne.

Yunaca była szczęśliwie tak bogata w cenne metale, że
prawie dwukrotnie zwracała koszta związane z trzymaniem istnienia
placówki w tajemnicy.

Póki co, wszystko działało jak trzeba.

Aby zaoszczędzić na personelu, do prac wydobywczych
wykorzystywano ludzkich niewolników oraz boty starszego typu.
Niektórym „dwuookom” mogło się to wydać nieetyczne, ale Eldak
głęboko wierzył, że kultywuje jedną z najświętszych,
batariańskich tradycji. Zresztą większość „zatrudnianych”
górników została zgarnięta z ulic zapadłych dziur takich jak
Omega, by nikt specjalnie nie upominał się po ich zniknięciu. Cała
ta afera z wybuchem zarazy i antyludzkimi nastrojami była nadzwyczaj
korzystna dla tego procederu.

I mimo że rzekomo źródłem tego całego syfu były
Vorche, Had'mesah wciąż nie czuł się przekonany co do wersji
podawanej przez media. Chciał wierzyć, że to co spotkało jego
rodaków było robotą cholernych ludzi.


Jakaś część jego umysłu miała jednak świadomość
tego, iż jest to tylko pobożne życzenie.

Nawet ta przeklęta, ziemska kanalia miała w sobie
wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, by rozegrać to
lepiej.





Omiótł obiema parami oczu swój gabinet w poszukiwaniu
szklanki, napełnionej wonnym alkoholem, który ostatnio namiętnie
sprowadzał z Ilium, po czym sięgnął po nią by rozkoszować się
delikatnym smakiem specjału.





Zastanawiał się, ile prawdy było w tym, co mówiły
plotki.






O Żniwiarzach, wielkich maszynach czających się poza
granicami galaktyki.

O Zbieraczach, będących ich narzędziami...



To mogły być efekty ludzkiej propagandy...


...gdyby nie fakt, że samo Przymierze stanowczo
dementowało te pogłoski.


I jeszcze cudowne zmartwychwstanie Sheparda, który
działał obecnie „nie-wiadomo-dla-kogo”.

Liczne źródła podawały Eldakowi sprzeczne
informacje, a on coraz częściej łapał się na tym, że rozważa
sytuację, w której Suweren faktycznie byłby potężną, obcą
istotą. Zaledwie ułamkiem dużo potężniejszej armii.

Jeżeli nastąpiłby atak, gdzie byliby Batarianie?


Had'mesah uśmiechnął się ponuro.
Nawet jego patriotyzm nie był w stanie przyćmić
zdrowego rozsądku.

Nie poradziliby sobie w pojedynkę.
Wystarczył jeden, by prawie rozgromić siły Cytadeli.

Przeciwko całej armii potrzebna byłaby znacznie
większa siła ognia.

Spoglądał na swoje odbicie w tafli płynu.

W takiej sytuacji należałoby chyba odłożyć na bok
dumę i stanąć ramię w ramię z resztą galaktyki.

Wszakże po przejściu takiej siły nie pozostałby
nikt, kogo można by nienawidzić, a i status quo samych Batarian
pozostałby wysoce niepewny.


Wzdrygnął się na samą myśl.

Na całe szczęście, pocieszył się w duchu, to tylko
efekt odurzenia alkoholowego. Powinien chyba mocno ograniczyć
procenty, bo wzmagały u niego jedynie niepotrzebną nerwowość.

Przypomniał
sobie słowa byłej małżonki, gdy opuszczał ojczystą Khar'shan.

Jest w Tobie coś z
cholernego sentymentalisty. Jeżeli tego nie zwalczysz, będą Tobą
manipulować do końca.


Eldak wykrzywił się
jeszcze bardziej i zbliżył się do okna, by poobserwować gwiazdy.
Cienka atmosfera Yunaci
pozwalała obserwować ciała niebieskie przez cały dzień, co w
wypadku

Had'Mesaha miało ogromne
znaczenie.

Gwiazdy zawsze przynosiły
mu ulgę.


W tej chwili spostrzegł na
niebie nowy obiekt, jarzący się przyjemnym, błękitnym światłem.
Być może była to
supernowa, która była dowodem tego że gdzieś daleko potężny,
gazowy kolos dokonał swego żywota.

Był w tym jakiś
niesamowity artyzm natury, który Eldak Had'Mesah podziwiał od
dziecka.
Kiedy był jeszcze szkrabem,
ojciec opowiadał mu, że po śmierci dusze batarian opuszczają
ciała przez oczy i wędrują ku gwiazdom.
To właśnie czyniło ich
lepszym od nędznych „dwuoków”, którym dana była jedynie
ciemność i otchłań.

Co prawda Eldak nigdy nie
uważał się za osobę specjalnie religijną, ale sama opowiastka
wzbudzała w nim uczucie nostalgii.


I znowu ten cholerny
sentyment.

Batarianin odchylił głowę
do tyłu.

Najwyraźniej zaczynał się
starzeć.

Na całe szczęście,
eksploatacja Yunaci nie powinna trwać więcej niż kilka miesięcy.
Za zarobione pieniądze miał
zamiar powrócić na Khar'shan i zająć się pośrednictwem
handlowym.

Tak, to by było dużo mniej
stresujące, niż użeranie się z bandą ludzkiego ścierwa i
stałymi nalotami niecierpliwych inwestorów.

...a właśnie.

Przypomniał sobie, że
niebawem jego płatnicy mieli się tu zjawić, a on znowu miałby się
z nimi użerać, tłumacząc że całego procesu nie można już
bardziej przyspieszyć.



Kiedyś zdarzyło mu się
słyszeć o pozornie idiotycznym zwyczaju ziemskich dzieci, które
spoglądając nocą na ziemskie niebo, wypatrywały meteorów,
spalających się w atmosferze, nazywanych „spadającymi
gwiazdami”. Rzekomo zobaczenie takiego obiektu miałoby spełni
wybrane życzenie.



Nie było nic wyjątkowego w
spadających kawałkach kosmicznej skały, ale supernowa...



...tak, supernowa mogłaby
spełniać życzenia.
Byłoby to dość poetyckie.



Eldak uśmiechnął się
gorzko.
Jego jedynym życzeniem
byłoby zakończenie tej niewdzięcznej pracy i wstrzymanie kontaktów
z inwestorami, którzy coraz bardziej działali mu na nerwy.



Były to jednak marzenia
ściętej głowy.



Batarianin dopił swój
napój, po czym odstawił szklankę na biurko.



Przez chwilę poczuł, że
ogarnia go dziwny rodzaj ekscytacji.

Powoli sięgnął po swój
podręczny datapad i rzucił ostatnie, ukradkowe spojrzenie na
przepiękne zjawisko za oknem.



Wtedy właśnie życzenie
się spełniło.



Błękitne światło zalało
całą Mgławicę Żmii.



Niewypowiedziany krzyk
milionów istnień w systemie Bahak ugrzązł gdzieś, nim został
wyartykułowany.



Nie zostało nic, a brak
zwłok oznaczał że dusza nie była w stanie odnaleźć drogi do
gwiazd przez oczy.



Eldaka Had'Mesaha ta myśl
trafiła z zaskakująco otrzeźwiającą siłą.



Być może dlatego, że była
ostatnią rzeczą, jaką stworzył jego umysł, nim rozpłynął się
w międzygwiezdnej pustce.












Poniesiono ofiarę.







Przybycia jednak nikt nie
był w stanie zatrzymać.

Modifié par Haverok, 04 juin 2011 - 11:31 .


#9
drakon 760

drakon 760
  • Members
  • 1 867 messages
Bardzo spodobał mi się pomysł przedstawienia historii Arrivala z perspektywy jednej z wielu anonimowych ofiar jak i samo opowiadanie, które jest bardzo dobre.

#10
Quetz05

Quetz05
  • Members
  • 249 messages
Kolejna świetne praca Havuś ;) Zgadzam się z drakonem, dodatkowo doczepienie do tekstu metafor i lekkiej nuty poetyckości jeszcze bardziej przemawia na jego korzyść. Czekam na dalsze opowiadania! :)

#11
Haverok

Haverok
  • Members
  • 25 messages
                                                               3. Oddaję Kontrolę



Nigdy nie był sam. Całą egzystencję wypełniały mu Głosy, które
lepiej niż on wiedziały, co dokładnie powinien czynić. Nie czuł
się szczególnie wykorzystywany, wciąż towarzyszyła mu świadomość
tego, że to właśnie jest mu pisane. Miliony niezrozumiałych
myśli, tysiące haseł i informacji.
Nie znał ich znaczenia, ale rozumiał, że istnieje
jakiś ważny powód, dla którego przechowywane są w jego głowie.
Powodzenie misji. Nieunikniony cykl. Proces.
Po to właśnie istniał, był narzędziem w rękach nieposkromionej siły,
działającej zgodnie z odwiecznymi prawidłami wszechświata.



Spokojnie patrzył, jak jego żołnierze umierają. Byli tylko pustymi,
biologicznymi workami, które służyły mu za przedłużenie
kończyn. Dosłownie.



Czasami
Głosy w głowie życzyły sobie, by patrzył na świat z ich
perspektywy. Wspólnie wnikali wtedy do umysłów mięsa armatniego
jego armii, by mieć lepszy ogląd na sprawę.

Nie było tam sprzeciwu, wątpliwości, czy zaskoczenia.

Zwykłe schematy zachowawcze, służące jedynie wykonaniu zadania.



Właściwie, jakby się tak zastanowić, to inicjatywę przejmowały Głosy, on
jedynie wpuszczał je do środka. A jednak patrzyli wspólnie, dwiema
parami żółtych ślepi.
Czuł także ból, kiedy umierali. Nic szczególnie doskwierającego –
proste ostrzeżenie, mające za zadanie zwrócić uwagę na błędy w
taktyce.



Na dłuższą metę nie rozumiał planów, jakie narzucały Głosy.
Podporządkowywał
im się jednak bez sprzeciwu.
Nie można przerwać Cyklu.





Nie wiedział, czym jest Cykl.

Nie pytał.

Nie potrafił.





Głosy nie dawały mu czasu na refleksje. Wspólnie
koordynowali przecież tak wiele rzeczy.

Razem. Zawsze.






Nigdy nie był sam.






Nie była mu znana nuda, zakłopotanie, czy brak
zajęcia. Jego istnienie było perfekcyjne, skoordynowane, w pełni
funkcjonalne. Wszystko miało swój powód i funkcję. Marnowanie
czasu było mu obce.




Jesteśmy Zwiastunem waszego Przeznaczenia.




Wydawało mu się, że to właśnie mówiły Głosy do istoty którą miał schwytać.





Shepard.





Istota będąca tak zupełnym przeciwieństwem
wszystkiego, co sobą reprezentował...

Krnąbrnie opierająca się czemuś, co przecież jest
nieuniknione.

Marnująca swój czas na walkę z wrogiem, którego nie
da się pokonać

Niedoskonała i krucha...





A jednak Głosy chciały ją mieć żywą.





Pierwszy raz w okresie swojego istnienia poczuł lekkie
zdziwienie.

A także coś innego, przelotnego.






Bo w końcu, po co głosom Shepard, jeżeli mają Jego?





Człowiek wcale nie był potrzebny.

Nie podporządkuje się.

Jest zbędny.





...





To było dziwne.

Przez chwilę odczuwał niechęć związaną z
doprowadzeniem zadania do końca.

Pewnie drobny defekt. Nieznaczący.





Zresztą, już wkrótce cel zostanie osiągnięty.

Istota, którą chciały dostać głosy, ośmieliła się
zaatakować jego Gniazdo.

Dla stworzenia takiego jak Shepard było to samobójstwo.

On zaś miał dopilnować, by uszkodzenia były
minimalne.





Zniszczenie Statku odrobinę go poruszyło. Nikomu
przedtem się to nie udało.

Może jednak w tym człowieku było coś godnego uwagi.

Niemniej jednak czekała go przegrana.




LARWA JEST ZAGROŻONA.




Te słowa niemalże wypaliły się w jego systemie
nerwowym, zmuszając go do mobilizacji wszystkich sił zbrojnych, na
jakie stać było Gniazdo.





Larwa była Ważna.





Nie wiedział z jakiego powodu.





I czemu Głosy poinstruowały go, by budował ją na
podobieństwo ludzi.

Wykonywał tylko instrukcje.





W tej chwili musiał jednak jego uwaga skupiona była na
toczącej się w sercu Gniazda walce.

Kolejni żołnierze padali pod naporem wroga, a Larwa w
jakiś sposób nie była w stanie sobie poradzić.




To tylko człowiek.





Przegrywali.

Mimo tego, że wszystkie logiczne przesłanki zdawały
się temu zaprzeczać.





Najeźdźcy zniszczyli dzieło, które budował.

Uśmiercili Larwę.





Niedługo potem rozpętało się piekło.





Czuł ból, już nie przelotne ostrzeżenie, ale
przeszywającą agonię, która przepełniała go za każdym
wstrząsem, jakiego doświadczało Gniazdo.





Miotał się bez ładu i składu, próbując znaleźć
sposób, by je ocalić.




Człowieku, niczego nie zmieniłeś. Twój gatunek przyciągnął uwagę kogoś
nieskończenie większego.





Słowa nie były skierowane do niego, Głosy wydawały
się nie zdawać sprawy z jego nędznej sytuacji. W myślach wołał
je, błagając o pomoc.




Ci, których znacie jako Żniwiarze, są waszym zbawieniem przez
zniszczenie.





Świat dookoła wirował, rozpadając się w symfonii
ognia i eksplozji. On zaś wciąż pozostawał ignorowany.






Jego chitynowe odnóża żałośnie majstrowały przy
panelach kontrolnych Gniazda, usiłując znaleźć jakiś sposób na
jego ocalenie. W końcu potężna fala uderzeniowa cisnęła nim o
konsolę, przez co zupełnie stracił równowagę.




Sprawiasz nam zawód. - powiedziano mu. -Znajdziemy inny sposób.







Resztkami sił spróbował się dźwignąć, i spojrzeć
na hologram, wyświetlający się teraz ponad jego obliczem.

W posępnej sylwetce Żniwiarza nie było nic, co
mogłoby kiedykolwiek być zdolne do odczuwania współczucia.




Oddaję Kontrolę.




Cisza.






Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów słyszał
tylko i wyłącznie swoje myśli. Nie było gotowych poleceń,
instrukcji, celu.

A jednak odczuwał strach.





Porzucono go, a on nie wiedział co ma czynić.

Bezradnie omiótł wzrokiem rozpadające się
pomieszczenie.





Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił.

Pozostał tylko żal.

Żal, przed którym nic go nie powstrzymywało.





Rozpamiętywał to nowe uczucie zaledwie kilka sekund,
by zniknąć w potężnej eksplozji, która raz na zawsze zakończyła
istnienie Gniazda.





Na jego szczęście samotność nie była mu dana na długo.

Modifié par Haverok, 04 juin 2011 - 11:31 .


#12
drakon 760

drakon 760
  • Members
  • 1 867 messages
Teraz opowiadanie z perspektywy Zbieracza, który los napawa smutkiem, ale można można powiedzieć, że wszystko się dobrze skończyło. Lepsza dla niego była śmierć niż taka egzystencja. Zakończenie opowiadania jest bardzo ładne.

#13
Quetz05

Quetz05
  • Members
  • 249 messages
Genialnie pokazałeś to z perspektywy Generała. Przypomina mi się jego ostatnie spojrzenie prze śmiercią - bez nadziei, ale akceptujące w pewien sposób to co go czeka. Ja bym to na Twoim miejscu tłumaczył i wysyłał do Kashpryna - nie żartuję. Jak sam tego nie wyślesz, ja to zrobię. Wiem gdzie mieszkasz ;P