Ir al contenido

Foto

Mass Effect Alternative - Opowiadanie "Kontrakt"


  • Por favor identifícate para responder
10 respuestas en este tema

#1
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
 Wreszcie się pojawiło. Zrodzone w bólach i mękach. Powód? Ciężko mi było się wczuć w klimat ME pisząc opowiadanie. Potrzebowałem dodatkowego kopa.  Komentarze i krytyka mile widziana. 
Opowiadanie
 
Bardzo dziękuję za pomoc użytkownikom Pinatu, Hakkaken, Michu351 i Grzelu! 
                                                                         
Mass Effect Kontrakt - Część 1

   Omega. Siedem koma dziewięć milionów żyć błąkających się po tej przeklętej stacji. Siedem koma dziewięć milionów istnień, które w tym brudzie i ciemnościach szukało nadziei, okazji, nowego życia. 
Siedem milionów istot, które przetrwały... i się zawiodły. 
   Nienawidził Omegi. 
   Gabriel sączył powoli drinka upewniwszy się, że batariański barman nie dolał mu niczego do środka. Przyjrzał się mu uważnie cybernetycznym okiem, dostrzegł niewielkie plamy trucizny na pomarszczonych, oślizgłych dłoniach. Wiedział co to za trucizna. Była skierowana głównie przeciwko ludziom. Słyszał o jednym przypadku, który przeżył po jej zażyciu. 
   Nie oponował jednak. Nie jego sprawa. W końcu ktoś się nim zajmie, tak samo jak poprzednim trucicielem. Na Omedze nie brakuje mścicieli i zbirów, którzy myślą, że wymierzają sprawiedliwość. 
   Powąchał drinka jeszcze raz. Zaaplikowane w przegrodach nosowych mikroskopijne implanty nie ukłuły go jednak, nie ostrzegły. Wypił jeszcze łyk i skrzywił się. Nie lubił tłoków, nie lubił sensorycznej muzyki, która wywracała mu wnętrzności do góry nogami, nie lubił hałasu i migotania aerożelowych hologramów. Większość klubu zajmowali tańczący, różnej rasy i płci. Plątanina ciał, śmiech niknący w krzykach innych, uderzenia stóp lub pazurów o podłogę. 
   Nie lubił tracić nad sobą kontroli. Zniwelował efekty migania, dostosowując implanty optyczne do częstotliwości hologramów. Przez ułamek sekundy jego oczy błysnęły szmaragdowym blaskiem. 
Nie pozostał niezauważony. Widział jak dłonie wędrują nieśpiesznie, jakby nieumyślnie do kabur, widział błysk w ich oczach. Nieprzyjemny błysk. Implanty były cenne a wyrwać je z oczu to nie problem. 
   Nienawidził Omegi. 
- Gabriel Kane? - usłyszał kobiecy głos. Obrócił się z drinkiem i zmierzył wzrokiem niewysoką blondynkę. Niebieskie duże oczy patrzyły na niego pytająco, usta miała lekko otwarte, gotowe do natychmiastowego rozkazu. Nie używała makijażu, włosy miała spięte z tyłu w koński ogon. Szary uniform bardziej przypominał strój roboczy jakiegoś pracownika fabryki piezo niż agentki polowej. 
- Tak – skinął głową i wypił alkohol jednym haustem – Cerberus? 
- Mam doprowadzić Cię na spotkanie – rzekła tylko. Sucho, rzeczowo, natychmiast. Brzmiało to bardziej jak szczekanie wytresowanego psa niż odpowiedź. 
- Nie prościej przesłać mi koordynaty? - spiął na piersi dwa skórzane pasy na których zawisła na plecach kabura, w której trzymał swoją ukochaną broń – zmodyfikowaną Modliszkę. W przeciwieństwie do wielu nie ufał pancerzom wspomaganym i magnetycznym stabilizatorom podtrzymującym broń. Opowieści o wadliwych produktach były częste. I cena zbyt wysoka. A pancerze i stabilizatory są dla wojska, nie zabójców. Zawsze wolał stary, dobry i mocny skórzany pas trzymający wszystko na swoim miejscu. Sprawdził jeszcze pistolet przy biodrze i skinął głową. 
- Wysłali Cię tutaj samą? - zagadnął. Szła szybko, koński ogon podrygiwał we wszystkie strony. 
- Nie. 
- W takim razie gdzie jest ochrona?
- W pobliżu. 
- Mówił Ci już ktoś, że jesteś wygadana? - spojrzała na niego ostro. Przywodziła na myśl rozeźlonego orła. Udał, że unika jej wzroku i rozejrzał się. Wśród oparów, dymu, kręcących się tu i ówdzie drobnych rzezimieszków dostrzegł czterech. Każdy uzbrojony. Uśmiechnął się krzywo, poczuł jak blizna przecinająca policzek zniekształca się lekko. 
Błądzili wśród uliczek Omegi. Każda taka sama. Brudna, smrodliwa, pełna oparów. Jakby cała stacja miała dość i rzygała tym wszystkim. Uliczki były puste. Gabriel domyślał się, że to sprawka ludzi z Cerberusa. Albo Arii T'Loak. Oboje strzegą swych informacji i tajnych kryjówek zazdrośnie. I oboje sobie w tym pomagają. Nieoficjalnie. Aria nigdy nie przyzna, że ma powiązania z Cerberusem. 
- Rozumiem, że zabierasz mnie do Człowieka-Iluzji? - spojrzał na nią, ciekawy czy odpowie. Odpowiedziała.
- Nie. 
- Więc? Może trochę więcej szczegółów? Nie byliście zbyt wylewni w swej propozycji. Jedyne co się wylewało to kredyty. I tylko dlatego tu jestem. Ale teraz chcę informacji – warknął ostrzegawczo. Jego spokojny, chłodny głos zmienił się. Stał się chropowaty, metaliczny. Przywodził na myśl rysowanie czymś szorstkim po blasze. Gabriel potrafił straszyć, jeśli chciał. 
Jej nie przestraszył. 
- Spotkasz się z nim, ale nie bezpośrednio – spojrzała szybko w lewo, upewniając się, że ma obstawę. Działało mu to na nerwy. 
- To z kim się spotkam? Z Człowiekiem-Lustrem? 
- Słuchaj no – rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie – nie jestem tutaj by odpowiadać na twoje pytania. Zachowaj elokwencję na spotkania. Ja mam cię tam zaprowadzić, co właśnie robię. Więc zamknij się i idź za mną. 
Nie odzywali się przez resztę drogi. 

   Kryjówka wyglądem przypominała jeden z punktów przerzutowych jakich często używali handlarze lub przemytnicy. Pordzewiałe, brudne ściany, zepsuty holoboardy i hologramy wiszące tu i ówdzie, odpadki i śmieci zdobiące front bramy i luki pomiędzy następnymi zabudowaniami. 
   Niepowtarzalny klimat, pomyślał Gabriel. 
   Agentka Cerberusa podeszła do prawej strony neostalowej bramy. Przez chwilę wpisywała zawzięcie coś w swym omni-kluczu po czym tuż przed nią wyrósł nagle holograficzny ekranik. Wpisała kod. Ku jego zdziwieniu brama otworzyła się bez najmniejszego szmeru. Wszedł do środka i rozejrzał się powoli. Braki w oświetleniu rekompensował sobie implantami. Nic imponującego. Ot, zwykły hangar ze śladami walk, żywego i martwego towaru i resztkami czerwonego piasku lub błękitnego lotosu walającymi się po ziemi. Implanty nosowe od czasu do czasu wibrowały lekko, filtrując z powietrza narkotyk i odpychając go. Agentka Cerberusa kichnęła i zaklęła pod nosem. 
- Człowiek-Iluzja czeka – wskazała na miejsce gdzie skupiały się światła reflektorów. Spojrzał na lśniący pierścień wbudowany w podłogę wyróżniający się czystością i nieskazitelnością. Gwizdnął cicho, zgadując co to jest:
- Kwantowy Komunikator Stanu Splątanego – mruknął. Przyjrzał się urządzeniu i po chwili wahania stanął pośrodku pierścienia. 


   Pierwszym co zobaczył po otoczeniu go wiązką energii przez komunikator stanu splątanego była gwiazda. Wielka, niebieska i pulsująca swym życiem gwiazda jaśniejąca w niedalekiej odległości. Jakby tuż za szybą jakiejś stacji. Dopiero sekundę później zauważył człowieka siedzącego w niewielkim fotelu, którego zdradziło zwykłe zaciągnięcie się papierosem. Kiedy już czerwona kropka żarzącego się niedopałka zniknęła w popielniczce, usłyszał jego głos:
- Gabriel Kane. 
- Człowiek-Iluzja – cmoknął Gabriel i złożył ramiona. Spojrzał na przywódcę Cerberusa oczekująco. 
- Zakładam, że zapoznał się pan ze szczegółami kontraktu – miał przyjemny i spokojny, choć trochę szorstki głos przyzwyczajony do wydawania poleceń. Musiał dopiero teraz spojrzeć na zabójcę – błękitny błysk implantów rzucał się w oczy, Gabriel zauważyłby go wcześniej. 
- Jeśli można tu mówić o jakichkolwiek szczegółach – powiedział Kane, wyraźnie niezadowolony – Dostałem tylko kontrakt pełny kredytów, zaliczkę i propozycję spotkania. Nawet nie miałem możliwości odmowy. 
- Zawsze masz możliwość odmowy – w głosie Człowieka-Iluzji słychać było lekkie ostrzeżenie. Zabójca wzruszył ramionami:
- Ależ oczywiście. Tobie jednak się nie odmawia – wydawało mu się, że jego zleceniodawca uśmiechnął się lekko. Nie potrafił rozpoznać rodzaju uśmiechu. 
- Sprawa, którą zamierzam panu polecić jest niezwykle delikatnej natury. Powiedziałbym nawet, że zależą od niej... losy ludzkości – Kane zjeżył się, jego twarz pociemniała gwałtownie. Od początku wiedział, że sprawa nie będzie łatwa i na pewno nie będzie to zwykłe zabójstwo. Za dużo kredytów, za duża zaliczka, za poważna organizacja. No i po co zatrudniają kogoś z zewnątrz skoro mają własnych zabójców? Teraz jednak zaczynał się poważnie wahać. Człowiek, który prowadzi taką organizację raczej nie zwykł przesadzać, a „losy ludzkości” to nie jest coś z czym Gabriel chce mieć do czynienia. 
   Lecz mimo wszystko wybór był prosty. Albo przyjmie robotę albo na drugi dzień będzie się walał po śmietnisku jako karma dla vorcha. Tak przynajmniej uważał. 
- Słucham – rzekł powoli, starając się ukryć niechęć w jego głosie. 
Przywódca Cerberusa zaciągnął się lekko nowym papierosem i odłożył go do popielniczki, strząsając popiół. Potarł lekko czoło, jakby się nad czymś zastanawiał:
- Przeraziłem pana, mówiąc o losach ludzkości, panie Kane? - zapytał. Zabójca przez chwilę doszukiwał się w tych słowach żartu, po czym odparł krótko:
- Owszem. 
- Cóż... Mam szczerą nadzieję, że się panu uda. Obaj chcemy uniknąć porażki i płynących z niej... konsekwencji – mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze Apporettiego wstał szybko i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Błękitna gwiazda lśniła za jego plecami. 
- Czego ode mnie chcesz? - zapytał w końcu Gabriel. Człowiek-Iluzja stanął, sięgnął po papierosa:
- Długo kazałeś mi czekać na te pytanie. Zwykle moi zabójcy zadają mi je w pierwszej kolejności – rzekł z wyrzutem w głosie, pomiędzy dwoma zaciągnięciami. Strzepnął popiół i nieco dramatycznym ruchem obrócił się w stronę najemnika:
- Chcę byś schwytał dla mnie komandora Sheparda. 

   W pierwszej chwili myślał, że nie zrozumiał. Że się przesłyszał albo, że nawaliły mu implanty. Zamarł na chwilę, wpatrując się w swego zleceniodawcę niepewnie. 
- Komandora Sheparda? Tego, który wrócił zza grobu? 
- Dzięki mnie, szczerze mówiąc. 
- Jak mam to zrobić? - Gabriel rozłożył ręce w geście bezradności. 
- To już twój problem. Komandor Shepard obecnie znajduje się na Ilium u swojej przyjaciółki Liary T'Soni. 
- Oczekujesz, że złapię to Widmo?! Są lepsi ode mnie! Co z Kriosem? Z Altabanem! Z Keylanem Zorasem? 
- Nie chcemy do tej sprawy mieszać obcych. A Shepard – lub ktoś z otoczenia Sheparda – może znać tych zabójców i ostrzec go. Potrzebny mi ktoś mało znany. Nie profesjonalista. Amator z talentem, panie Kane – Człowiek-Iluzja mówił spokojnie, dało się jednak wyczuć zniecierpliwienie i niechęć do kwestionowania jego zdania. Zabójca odetchnął kilka razy, uspokajając wzburzone myśli i staranniej dobierał słowa:
- Dlaczego ja? 
- Jesteś pomysłowy, panie Kane. Wiemy jak pracujesz. Zabiłeś Barla Vona nie zostawiając nawet śladu swej obecności. Dowiódł pan, że potrzebujemy pana umiejętności – Gabriel westchnął. Przez chwilę zmagał się z samym sobą, różne cienie przemykały przez jego twarz kiedy co chwilę odrzucał i akceptował propozycję w duchu, rozważając wszystkie za i przeciw. 
- Nie mam wyboru? - bardziej stwierdził niż spytał, wpatrując się w pustkę za plecami Człowieka-Iluzji. 
- Dodatkowe dziesięć milionów – powiedział w końcu: - Dodatkowe dziesięć milionów i ktoś do pomocy. I potrzebuję dodatkowego uzbrojenia, wykonanego na zlecenie. 
- Zgoda – przywódca Cerberusa nawet się nie wahał. Usiadł w swym fotelu i złożył palce:
- Nie przyjmę porażki, panie Kane. 
- Wiem. 


Część 2

      Mężczyzna w lustrze wydawał się obcy. 
      Lekko zmrużone, lśniące cybernetycznym szmaragdem oczy i wiecznie skrzywione wargi sprawiały, że ciężko mu było zaufać. Wydawało się, że taką właśnie prawdę skrywa jego twarz – nie ufać nikomu. Krople wody ściekały powoli po policzku, nurkując w zagłębienie przecinające prawy policzek. Blizna była dobrze widoczna na jego gładkiej, bladej cerze. Pamiątka, która zawsze przypominała mu o największej porażce. 
      Westchnął. Znał mężczyznę z lustra od dwudziestu czterech lat. 
      Nadal wydawał się obcy. 
      Podsunął dłonie pod kran z którego spłynęła ni to zimna ni to ciepła woda. Przetarł twarz, przygładził zalatujące na twarz kasztanowe włosy. 
- Skończyłeś już się mizdrzyć? 
    Odwrócił się i uśmiechnął krzywo.
- Już kończę poprawiać makijaż. 
- Najwyższa pora – kobieta podeszła do lustra i poprawiła sobie nieznacznie dekolt, upięła wyżej białe, mimo młodego wieku, włosy. Błękitne, niemal lazurowe oczy cały czas przypatrywały się mu bez najmniejszego mrugnięcia. 
- Sądziłam, że Człowiek-Iluzja zatrudni kogoś kto wygląda bardziej profesjonalnie – mruknęła pod nosem tak, żeby dosłyszał. Zrobił niewinną minę:
- Dobrze jest wyglądać niepozornie w tej robocie – powiedział wciskając się w spodnie. 
- Humor ci się poprawił. Trema minęła? Polowanie na Sheparda czas zacząć? - przyłożyła coś do twarzy. Mała kulka zaczęła skakać dookoła jej oczu zostawiając cień, podkreślając to i owo. 
- Za tyle kredytów? Nawet Zaeed Massani by nie pogardził – stwierdził – poza tym Shepard to też człowiek. Krwawi, męczy się, popełnia błędy...
- Zabija Żniwiarzy, ratuje Radę, pokonuje zbuntowane Widma – wpadła mu w słowo ze złośliwym uśmiechem. 
- Zrozumiałem aluzję – warknął nieprzyjemnie – lecz mimo wszystko, nadal człowiek. Uda mi się. Jak Ci tam było na imię?
- Kreia. Kreia Visas – zdjęła kulkę odpowiedzialną za makijaż dookoła oczu i wyrzuciła do kosza. Kane spodziewał się raczej jakiś komandosów Cerberusa niż młodej, ambitnej zabójczyni. Jednak z jakiegoś powodu budziła jego sympatię. I nie chodziło o jej mile wyeksponowany dekolt, o który co chwila zahaczał wzrokiem. 
Naciągnął na siebie niewielki kaftan z durastalową podszywką, narzucił krótki, czarny płaszcz z wysokim sztywnym kołnierzem. Visas spojrzała zdziwiona na wgłębienia na ramionach i barkach formujących się w kwieciste, podszyte złotą linią wzory. Przewiesił kaburę ze snajperką przez plecy, tą z pistoletem przyczepił do pasa z nożami i granatami. 
- Gotowy – stwierdził, zadowolony przyglądając się w lustrze. 
- I wolniejszy niż hanarskie widmo – mruknęła, wychodząc za nim z łazienki. 
      Spojrzał przez szybę, która tworzyła całą prawą ścianę salonu, urządzonego w odcieniach czerni i złota. 
Stanął na chwilę podziwiając wieczny zachód słońca na Illium, skryty pomiędzy wysokimi wieżowcami. To naprawdę jest planeta asari, pomyślał, patrząc na wszechobecne odcienie fioletu i błękitu. Odwrócił się:
- Moje uzbrojenie? - zapytał. Zabójczyni podniosła coś ze stolika:
- Panel optyczny. Oparty na Kuwashii, ale lepszy. Przybliżenie pięćdziesiąt razy, poprawka na wiatr i siłę ciążenia, zintegrowany moduł namierzania. Łączy się z pancerzem – spojrzała na niego – o ile go masz. Nalicza ci ilość zabitych. Dodatkowo wykrywa pola biotyczne w odległości stu metrów od ciebie. Radar, LADAR, namierzanie elektromagnetyczne i termiczne. Nieźle to poskładałeś, swoją drogą. Sam to wymyśliłeś?
- Nie. Pewien znajomy turianin. 
- Musi być łebski. Żyje? - Gabriel zasępił się:
- Nie. Zginął podczas obławy na Omedze. Mów dalej – Visas odłożyła panel optyczny i podniosła ze stolika coś, co przypominało uszczuploną z dwóch stron rękawicę bez palców i części dłoni. 
- Zmodyfikowany omni-klucz. Automatycznie hakuje drzwi i panele, zaawansowany system kalibracji obwodowej, azotowy system chłodzenia broni... Po co ci azotowy system chłodzenia, skoro dzisiaj panują pochłaniacze ciepła? Co, nie umiesz ich wymienić? - skrzywił się, spojrzał na nią spode łba:
- Moja...Modliszka nie korzysta z pochłaniaczy. Ma stary system chłodzenia amunicji. Sprawdza się lepiej, kiedy trzeba oddać więcej strzałów. Reszta to nie twoja sprawa – uniosła brwi, wydęła wargi wyraźnie niezadowolona, że odmawia się jej informacji:
- Dobra, dobra. Poza tym mamy tutaj kilka granatów zakłócających i – dla Mnie – dożylny booster biotyczny. 
- Legalny? - spytał z powątpiewaniem. Uśmiechnęła się tylko uroczo i nie odpowiedziała. Gabriel założył szybko panel optyczny, wsunął na rękę nowy omni-klucz. Rozejrzał się i skinął głową zadowolony. 
- Ruszamy. 

      Boczne uliczki Ilium nie różniły się zbytnio od tych na Omedze, jeśli nie liczyć kolorystyki. Te same duszące, toksyczne opary, tak samo biedni ludzie i obcy. 
      Te same irytujące ukłucia w nosie. 
- Shepard powinien być teraz w biurze Liary T'Soni, przekazywać jej informacje o Handlarzu Cieni. 
- Handlarzu Cieni? Słyszałem, że T'Soni pracuje dla niego. 
- To plotka. T'Soni poluje na niego. Człowiek-Iluzja przesłał Shepardowi dane o miejscu pobytu Handlarza. Nie mogliśmy mu pozwolić zaszyć się gdzieś, musieliśmy go wyciągnąć, wystawić. Specjalnie dla ciebie – dodała z przekąsem. 
- Jak na srebrnej tacy – obcy patrzyli na nich i szybko schodzili z drogi, wracając do swoich spraw. Nikt nie chciał wchodzić w drogę dwójce uzbrojonych ludzi. Zwłaszcza, kiedy jeden błyszczy w półmroku implantami. 
- Rozumiesz, że mamy jakiś punkt obserwacyjny?
- Od trzech lat działam na Ilium dla Cerberusa – rzekła z dumą – znam to miejsce lepiej niż rodzinne Detroit – poprawiła lekko dekolt, zajrzała pod krótką kurtkę czy schowana broń dobrze leży. Bawiła go takim zachowaniem.         Weszli do windy, wypłaszając natychmiastowo resztę jej klientów. Visas przycisnęła przycisk dwieście czterdziestego piętra. 
      Gabriel odetchnął. Czuł tremę. Spojrzał na swoje odbicie w szybie windy.
      Mężczyzna w odbiciu mrugnął do niego, dodając mu pewności. 
      Kłamał. 

      Spojrzał przez celownik. 
- Mam go – powiedział. Visas stała obok, obserwowała otoczenie. 
- Jest w pancerzu wspomaganym. Nie będzie łatwo. Jest z nim jakaś kobieta... Cycata, ciemnowłosa, wydatne usta. 
- Miranda Lawson. Ex-agentka – syknęła Visas jadowicie. 
- Nie lubisz jej?
- Zawsze była pupilkiem Człowieka-Iluzji – jej głos aż ociekał niechęcią i pogardą. Wzruszył ramionami. 
- I jeszcze jedna. Quarianka. Znasz ją?
- Nie. Nie mam pojęcia kto to. 
- Co robimy z towarzyszami?
- Shepard jest celem. On musi być żywy. Jego kompania może zdechnąć. Zwłaszcza Lawson. 
- Naprawdę jej nie lubisz – stwierdził rozbawiony. W odpowiedzi usłyszał splunięcie i wściekłe burknięcie. 
Gabriel przypatrywał się Shepardowi. Wyróżnia się, pomyślał. To jak chodzi, to jak patrzy na innych, to jak inni na niego patrzą. Ten facet to istny sztandar. I ja mam go schwytać? To jak łapanie niedźwiedzia w papierowy karton. 
- Włam się do miejscowego systemu komunikacji i sprawdź dokąd udała się taksówka...0312ME3 – przez chwilę słyszał pikanie omni-klucza i ciche przekleństwa towarzyszki. 
- Apartamenty mieszkalne, strefa N7. Znajduje się tam mieszkanie Liary T'Soni – spojrzał na nią. 
- Jedziemy – schował snajperkę do kabury. Coś lekko podskoczyło w jego żołądku, włosy na karku zjeżyły gwałtownie. Poczuł nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż pleców. 
     Rozejrzał się.
     Nie zauważył jednak nikogo. 

     Ashley przylgnęła do ściany. Cerberus, pomyślała wściekle. 
     Przypadek chciał, że jej pierwszą misją było sprawdzenie powiązań pomiędzy Telą Vasir, Liarą T'Soni a Handlarzem Cieni. Przypadek chciał by w tym czasie zjawił się Shepard. I przypadek chciał, że za punkt obserwacyjny obrała balkon tylko piętro wyżej niż agenci Cerberusa. Wychyliła się ostrożnie i spojrzała na, pusty już teraz, balkon niżej. 
     Przez chwilę zastanawiała się za kim podążać. To mogą być zabójcy, myślała gorączkowo. Czemu jednak nie strzelili? Może nie chcą świadków? A może chcą dorwać tą sukę? 
     Podjęła decyzję, pełną wątpliwości i niewiadomych. 
     Przyłożyła broń do magnetycznych stabilizatorów. Rozległo się ciche szczęknięcie kiedy miotacz antymaterii przylgnął do pleców. Wpadła do windy, szybko klikając przycisk piętra wyjściowego. 
- Wolno, wolno... - mruknęła rozeźlona – Za wolno, cholera! - rąbnęła omni-kluczem w panel windy, powodując niewielkie spięcie. Poczuła nieznacznie przyśpieszenie. 
     Wystrzeliła jak torpeda, dopadła aerowozu i pomknęła w przestworza Illium, łamiąc z dwadzieścia przepisów odnośnie bezpieczeństwa i prędkości lotu. 
- Podaj mi punkt docelowy taksówki 0312ME3 – powiedziała do interfejsu pokładowego. WI przez chwilę łączyła się z systemem komunikacji na Ilium:
- Ashley Williams, Wywiad i Działania Militarno-Obronne...
- Wiem, do kurwy nędzy! Daj mi te dane! 
- Apartamenty mieszkalne, strefa N7. Spodziewany czas przybycia taksówki: cztery minuty. 
      Ashley przycisnęła pedał przyśpieszenia, silnik o napędzie masy zawył rozdzierająco.
      Nie pozwolę go skrzywdzić. 

Część 3

     - Nie podoba mi się to – powiedziała cicho Kreia, kiedy zatrzymali się przed wieżowcem mieszkalnym. Dookoła stało pełno wozów należących do agencji ochroniarskich i policji. Kilka asari w mundurach wpisywały protokoły przesłuchania, jednocześnie przepytując człowieka i quariankę. Gabriel rozejrzał się niespokojnie, żaden funkcjonariusz nie zwrócił jednak na nich uwagi.
- Idź, zapytaj co się stało – rozkazał.
- Czemu nie ty? - warknęła wyzywająco, nieposłuszna rozkazowi.
- Bo wyglądam jakbym właśnie wybierał się do dzielnicy Vorchów na Omedze – odgryzł się. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć po czym zamknęła je szybko i z zaciętą miną podeszła do jakiejś asari. Gabriel tymczasem wyjął niewielką lunetę, której używał zamiast lornetki i spojrzał na osiemdziesiąte piętro gdzie powinien znajdować się apartament Liary T'Soni.
- Pięknie, kurwa, pięknie – syknął wściekle, kiedy zobaczył labirynty pęknięć na szybie, otaczające dwie kule po pociskach. Zrobił zbliżenie, cofnął się kilka kroków dla lepszego widoku. Strzały pochodziły z zewnątrz, wystrzelone z dużą siłą.
- Sprawy się komplikują – mruknęła niezadowolona zabójczyni, pojawiając się u jego boki.
- Widzę – odpowiedział, przełączając na tryb bezpieczeństwa implanty. Błysnęło szmaragdowo, usłyszeli delikatne, mechaniczne jęknięcia kiedy odpowiednie mechanizmy w oczach wchodziły na swoje miejsce, zastępując aktualnie używane. Gabriel mrugnął i zacisnął zęby z bólu, przez chwilę oślepiony falą kolorów widzianych w ultrafiolecie.
- Ktoś próbował zabić T'Soni w jej mieszkaniu. Tyle wiem. Potem mnie pogonili za „utrudnianie pracy funkcjonariuszom prawa Ilium”. Psy na posyłki...
- Widzę skąd nadleciały pociski – przerwał jej, nie zważając nawet uwagi na to co mówi. Schował lunetę i rozmasował oczy. Mentalnym poleceniem kazał im wrócić do pierwotnego stanu.
- Implanty ta? Myślałam o tym kiedyś.
- Ale?
- Nie przeszłam testów odporności. Odrzucili mnie na augmentacji ramion – podwinęła rękaw i pokazała kilka blizn na skórze. Skrzywił się, przypominając ból jakiego doznawał jeszcze dwa tygodnie po zaszczepieniu jemu stymulantów adrenaliny, przyśpieszaczy reakcji i innych wspomagaczy jego ciała. Nigdy o to nie prosił. Nigdy nawet tego nie chciał.
     Po prostu nie miał wyboru. W wieku dwunastu lat ciężko się przeciwstawić fanatycznemu ojcu.
- Później pogadamy – obrócił się i zamarł. Szedł prosto na niego. Emanował dziwnym, niepowtarzalnym rodzajem energii, który nie pozwolił Gabrielowi ruszyć się z miejsca. Dosłownie czuł jak w jego trzewiach rozrastają się oślizgłe, wścibskie macki strachu i przerażenia, oplątują jego serce, przejmują umysł.
     Było cicho.
     Shepard minął go szybkim krokiem. Quarianka skierowała hełm w ich stronę z ciekawym spojrzeniem, Lawson nawet ich nie zauważyła.
     Kane sapnął, czując jak ulatuje z niego powietrze. Nigdy mi się nie uda, pomyślał. Ten człowiek... Przerasta wszystko z czym się spotkałem.
     Coś szarpnęło go za rękaw wyrywając z odrętwienia.
- Co ty, kurwa, wyprawiasz? Miałeś go jak na widelcu! - warknęła Kreia, wpatrując się w plecy komandora z wyraźną żądzą krwi. Zająknął się, zamilkł. Czemu na nią tak nie działał?
- Chodź – powiedział. Skierował swoje kroki w drugą stronę, ku międzygalaktycznej siedzibie jakiejś firmy. Rzucił okiem na wielkie holoneony z nazwą. Optic Project Red.

     Na dachu prócz kilku przekaźników, sporych kupek odpadów i wylotów wentylacyjnych nie znaleźli niczego. Gdyby nie cybernetyczne implanty nigdy by nie zgadł, że strzały padły właśnie stąd. Wyciągnął z sakwy przy pasie trochę fosforyzującego proszku, sypnął w miejscu gdzie linia strzału urywała się. Po chwili ich oczom ukazały się ślady stóp, kiedy proszek przylgnął i zaczął elektryzować w cieplejszych miejscach.
- Co to? - spytała srebrnowłosa zabójczyni, dotykając ostrożnie świecących śladów.
- Calqiuum. Wynalazek elkorów. Używając go w sztuce, do wyrażania niektórych emocji wyraźniej – klęknął, przyjrzał się śladom. Po chwili wyciągnął snajperkę i zbadał przez lunetę teren w promieniu sześciuset metrów. Nie zauważył jednak żadnego śladu strzelca. Skierował lufę w stronę apartamentu T'Soni.
- Widzę go – stwierdził, ciągle czując lekkie ukłucia strachu – jest z jakąś ciężko uzbrojoną asari. Chyba ktoś ze służb specjalnych. Może komandos.
- A Lawson? Quarianka?
- Nie mam ich w zasięgu widzenia.
- Co robią?
- Shepard kręci się po mieszkaniu...Jakby czegoś szukał. Nie wydaje mi się, żeby T'Soni tam była. To była chyba nieudana próba zabójstwa.
- Funkcjonariusze się wynoszą – stwierdziła Visas, patrząc w dół i przyglądając się niewielkiej grupce w mundurach pakującej się do aerowozów policyjnych.
- Więc w środku są tylko Shepard, kompania i asari... - Gabriel poczuł przypływ adrenaliny, kilkukrotnie zwiększony przez stymulanty nadnerczy. Położył się na brzuchu, wsparł na łokciach, kaburę oparł o bark. Kilkoma głębokimi oddechami zdołał powstrzymać delikatne drżenie dłoni, ustabilizować celownik.
- Nie traf Sheparda – upomniała go Visas, klękając obok niego. Pachniała bzem i wiśnią. Poczuł ukłucie w nosie, kiedy implanty zaczęły filtrować zapach.
- Wiem – mruknął półgębkiem. Przez chwilę wodził za asari starając się przewidzieć jej następny ruch, posłać kulkę prosto w mackowatą imitację włosów.
Oparł palec na spuście.
- Po moim trupie, skurwysyny!
    Coś chwyciło go za nogę, poderwało i cisnęło w stronę krawędzi jak szmacianą lalkę. Nim szum powietrza wypełnił mu uszy usłyszał kilka cichych pacnięć, szybką wymianę ciosów i jęk Krei. Świat na kilka sekund zmienił się w mieszaninę barw i rozmazanych kształtów.
    Uderzenie w zimne podłoże pozbawiło go tchu, zaznaczyło się bólem w barku. Machnął rozpaczliwie rękami, palce ześlizgnęły się tylko po gładkim podłożu. Uderzył w coś głową, usta wypełniły się metalicznym smakiem krwi z przegryzionej wargi. Desperackim gestem wyrwał nóż z cholewy w pasie i wbił go na ślepo. Szarpnęło, mięśnie zaprotestowały ostrym, gwałtownym spazmem. Zacisnął zęby, podciągnął się, przerzucił nogę nad krawędź i puścił, przetoczył się. Spojrzał na walczące. Napastniczką była kobieta w niebieskim pancerzu wspomaganym. Na prawym ramieniu miała odznaczenia N7. Skąd ona się, do cholery, wzięła? Kreia padła na ziemię jak długa, krew prysnęła na dach tworząc fantazyjne wzorki.
- Visas! - ryknął, zrywając się. Ręka automatycznie powędrowała do pistoletu, palce chętnie i giętko chwyciły za rączkę. Kobieta w pancerzu nie była gorsza.
Sekundę później każde z nich patrzyło na drugie przez celownik. Kreia leżała nieruchomo, twarzą do ziemi. Jej srebrne włosy pokryły się karmazynowym odcieniem.
- Kim jesteś? - warknął, jednocześnie rozglądając się za czymś, co dałoby mu przewagę.
- Nie będę rozmawiać z psami Cerberusa – warknęła kobieta, dysząc ciężko. Gabriel zdziwił się – mimo ciężkiego, płytkiego oddechu jej broń nawet na sekundę nie zmieniała położenia, cały czas pozostając w tym samym miejscu. Dokładniej – wycelowana w jego głowę. Kane nie widział wyjścia z patowej sytuacji. Jeśli będzie zwlekał Shepard mu umknie. Jeśli zaś wda się w otwartą walkę z komandosem Przymierza... Zapewne zginie.
Kreia jęknęła się, poruszyła się. Napastniczka odwróciła na ułamek sekundy wzrok, poruszyła się nieznacznie, lufa jej broni opadła lekko.
     Gabrielowi to starczyło. Nacisnął spust, wypalił w jej stronę i nie czekając rzucił się w kierunku Visas. Rozległ się dźwięk przypominający wyginającą się blachę – nabój spełzł na tarczy. Wyprężył się w ułamku sekundy, wycelował, nacisnął dwa razy spust. Tarcza pękła wydając szklisty, wysoki trzask. Agentka szybkimi skokami znalazła się za wylotem szybu, schowała za nim. Kane chwycił Kreię i bezceremonialnie rzucił za górkę odpadów. Sam zaszarżował po snajperkę, chwycił ją w biegu i rzucił okiem na apartament Liary – było puste.
- Kurwa! - zaklął. Odwrócił się i zamarł w pół kroku.
     Czas wyhamował. Widział wyraźnie pełne pogardy i nienawiści spojrzenie, widział jak palec wskazujący ugina się, jak w wylocie lufy pojawia się kula napędzana efektem masy. Niemal poczuł drżenie powietrza wywołane szybkością pocisku.
     Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że czuje na karku szept śmierci.
     A potem uchylił się. Pocisk rozerwał jego policzek, ostry, przeszywający ból zlał się z ciepłem krwi, zalewającym bok jego twarzy. Wyciągnął rękę chcąc strzelić raz jeszcze.
     Srebrnowłosa torpeda śmignęła niewyraźne, uderzając agentkę N7 w twarz. Zawirowały, rozmazały się w tańcu ciosów i uników. Kreia okazała się trochę lepsza. Wytrzymała cios w żebra, zamarkowała kopniaka w kolano i uderzyła nasadą dłoni w brodę, wytrącając przeciwniczkę z równowagi. Komandos Przymierza próbował jeszcze strzelić w zabójczynię. Szybka kontra łokciem i ciężki pistolet zniknął za krawędzią dachu. W dłoni Visas błysnęło ostrze, srebrna smuga znaczyła łuk cięcia. Przez chwilę wydawało się, że walka jest skończona.
     I nagle Kreia poleciała w tył z krzykiem bólu. Gabriel dopadł do niej ślizgiem, strzelił dwa razy na oślep. Na próżno. Agentka N7 wyważyła drzwi w biegu prowadzące do wnętrza budynku i uciekła. Upuścił pistolet, chwycił towarzyszkę. Nie utrzymał równowagi, wbił pięty w dach wszystkimi siłami próbując się zatrzymać.
     Poczuł jak nogi spadają, ciągną w pustkę...

Część 4

    Budynek Optic Project Red o tej porze roku był opustoszały. Słabe systemy bezpieczeństwa zneutralizowali wcześniej agenci Cerberusa, nie miała więc problemów z zabraniem ukrytego wcześniej sprzętu, który by ją spowalniał. Syknęła, chwyciła się za miejsce, gdzie trafił nabój. Dodatkowe polimerowe osłony zdołały wytrzymać strzał, jednak gdyby stał bliżej prawdopodobnie byłaby martwa. Przymocowała snajperkę i karabin z tyłu pleców, wybiegła z budynku, od czasu do czasu unikając patroli niedzielnych ochroniarzy. Co kilka minut spluwała krwią z rozciętej wargi i przegryzionego policzka.
    Zraniona duma bolała najbardziej.
    I na co było mi to całe szkolenie na Widmo, skoro nie mogę załatwić dwójki zabójców? Opóźniłam ich tylko.       Gdybym tylko mogła ostrzec Sheparda, myślała, wściekła.
    Wsiadła do aerowozu, zapaliła silnik, wleciała w pierwszy lepszy tunel samochodów, pozwoliła im wciągnąć się w ulice Ilium, w międzyczasie starając się opanować wściekłość, zepchnąć emocje w głąb siebie.
    Włączyła komunikator, połączyła się z miejscowym agentem służb Cytadeli:
- James, namierzasz ich? - spytała. Przez chwilę słyszała trzaski i przekleństwa po drugiej stronie, odgłosy lecących kartek i przewracanej porcelany. I w końcu głos ze słuchawki w uchu:
- Williams? Tak, jasne, cały czas. Nie mogłem się z tobą skon...
- Gdzie są?
- Właśnie lądują przy Centrum Handlowym Dracon. Vasir jest z nimi.
- Vasir jest z Shepardem!? Kieruję się tam. Ash, bez odbioru – wyłączyła komunikator.
    Miała złe przeczucia.

    Krótki, urywany jęk wydarł się z ust kiedy szarpnął ramieniem, podciągając się na lufie swojej Modliszki. Kabura z bronią odpięła się pod wpływem ślizgu i tarcia i pasek zahaczył o jedną z anten komunikacyjnych.
- Nie nadajesz się na zabójcę – stwierdziła Visas, wciągając go za poły płaszcza. Na policzku miała wielkiego siniaka, pod nosem miała ślady krwi, od skroni do ucha biegło niewielkie rozcięcie lekko zniekształcone pod cieniutką warstwą medi-żelu.
- Chociaż strzelać potrafisz. I jesteś szybki – dodała szybko, widząc jego wściekłe spojrzenie.
- To implanty. Adrenalina powoduje, że mam krótszy czas reakcji. Implanty zwiększają dawkę i przepustowość jej przedostawania się do krwi.
- A tak bardziej po ludzku? - zapiął pas z kaburą, poprawił pistolet, otarł krew z policzka krzywiąc się boleśnie.
- Mam większego kopa – przyjął z wdzięcznością dawkę medi-żelu i posmarował nią niedbale polik. Na jego twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. Wskazał drzwi:
- Idziemy. Shepard się gdzieś zawieruszył. Musiał coś znaleźć w mieszkaniu T'Soni. Jak się pośpieszymy to może jeszcze go złapiemy. Skinęła głową bez słowa. Była twardsza niż sądził. Walczyła z napastniczką jak z równą mimo że tamta była profesjonalistką. Widział już takie ciosy. Sztuka walki marines.
- Domyślasz się kim była tamta? - spytała Kreia kiedy przemykali się między pokojami, korzystając z tego, że systemy bezpieczeństwa jeszcze nie zostały zrestartowane. Mieli szczęście, wybierając placówkę jakiejś podrzędnej firmy.
- Prawdopodobnie komandoska. Widziałem odznaczenia N7 kiedy walczyłyście – szepnął – poza tym walczy jak komandos. Miała też cholernie dobry sprzęt.
- Przymierze?
- Albo Widmo.
- Może to ona była zamachowcem?
- Nie było jej na dachu kiedy weszliśmy. Nie miała ze sobą za dużo broni. Poza tym zamachowiec wbrew powszechnej opinii nie wraca na miejsce zbrodni tylko spieprza w najciemniejsze zakątki galaktyki z forsą.
- Rozumiem, że masz doświadczenie – sarknęła, kiedy już wychodzili z budynku, oglądając się za siebie. Nikt ich nie zobaczył.
- W przeciwieństwie do ciebie – odgryzł się. Skierowali się do wieżowca mieszkalnego. Obcy 0 głównie asari – obracali za nimi ciekawie głowy. Gabriel podciągnął sztywny kołnierz płaszcza wyżej, starając się choć trochę zasłonić ślady walki. Na próżno.
- Musimy szybko dowiedzieć się gdzie Shepard i jego ekipa polecieli inaczej złapią nas służby bezpieczeństwa – rzekł, oglądając się.
- Czemu?
- Ci przewrażliwieni pewnie zaraz je powiadomią. I założę się, że jest tu gdzieś kilka kamer, które zarejestrowały nas przed i po walce.
- Pięknie, kurwa, pięknie...
- Uspokój się – warknął. Wezwali windę, weszli do środka. Kane wcisnął przycisk osiemdziesiątego trzeciego piętra. Przez chwilę jechali, słuchając żenującej muzyczki z głośników umieszczonych w tylnych ściankach windy.
- Czemu niby jestem kiepskim zabójcą? - spytał nagle Gabriel.
- Uratowałeś mnie.
- No i? Jesteś moją partnerką tak?
- Normalny zabójca zostawiłby mnie i próbował zabić komandoskę. Mógłby od niej wyciągnąć informację; czemu zaatakowała, kim jest, czy chroni Sheparda...
- Och, więc jesteś zła, że nie dałem ci spaść i nie sprzedałem twojego życia w zamian za informację?
- Nie jestem zła – spojrzała na niego i skinęła lekko głową – Dziękuję za uratowanie mnie.
- Ależ proszę Cię bardzo.
- Ale zabójcą i tak jesteś kiepskim.
- Przyganiał kocioł garnkowi – syknął, trochę zły na nią – nie zostałem zabójcą z wyboru.
- Więc? - winda piknęła, sygnalizując dotarcie do celu.
- Innym razem – powiedział sucho i ruszył szybko wzdłuż wielkiego korytarza. Wzruszyła ramionami i potruchtała za nim:
- Jak sobie chcesz.

    Apartament T'Soni bardziej przypominał muzeum niż mieszkanie. Wszędzie stały gabloty z Proteańskimi dziełami sztuki, ściany zdobiły malowidła i dyplomy, obok schodów stał – również w gablocie – pancerz N7. Meble wyglądały jakby stanowiły tylko dodatek, zapychacz pustej przestrzeni. Kanapa wyglądała jakby przed chwilą była kupiona. Nikt na niej chyba nigdy nie siadał.
    Przynajmniej dopóki nie rozsiadła się na niej Kreia. Spojrzała na dziury po strzałach.
- Kto chciałby zabijać T'Soni? Znaczy, wiele osób – w końcu zadarła z Handlarzem Cieni. Ale atak w jej domu? Czemu nie w biurze?
- Nie mamy czasu – przypomniał jej. Rzucił tylko okiem na szybę po czym rozejrzał się. Widać było tutaj obecność służb ochrony. W drzwiach stała holotaśma, po dywanie walały się badane poszlaki i kilka zapomnianych urządzeń do zbierania poszlak.
- Policja opuściła to miejsce szybko – zauważył. Kreia wstała z kanapy, podeszła do niego:
- Zasługa Sheparda?
- Wątpię. Raczej tej uzbrojonej asari. Musiała być jakąś szychą – zauważył, że na konsoli pod ścianą pali się czerwona kontrolka. Przyjrzał się jej bliżej po czym przycisnął lampkę odtwarzania. Na ekranie ich oczom ukazał się salarianin w zielonym, niezbyt gustownym stroju wyjściowym.
    Nagranie dobiegło końca. Na kilka sekund stali w ciszy, pozwalając umysłom przetrawić informacje. Gabriel wyjął dysk z nagraniem i zmiażdżył go w dłoni.
- Ruszamy – rozkazał i rzucił się w kierunku windy.

     Ashley z daleka widziała dym i płomienie wydobywające się z budynku. Zaklęła, przyśpieszyła i wylądowała na dachu, obok innego wozu. Był otwarty i niezabezpieczony – ktoś opuścił go w wielkim pośpiechu. Odgłosy strzałów i walki dobiegły ją gdy tylko otworzyła kabinę aerowozu. Porwała karabin, rzuciła się w stronę wejścia na niższe piętro, przez głowę przemykały jej różne złe i dobre scenariusze.
    Skup się, Ash!
    W jej nozdrza uderzył nagle dym, smród palonego metalu i parującej krwi. Kaszlnęła kilka razy czując ostre drapanie w gardle. Zbliżała się do załamania korytarza – przygotowała broń do strzału i wybiegła.
Podłoga roiła się od trupów, wszędzie widać było ślady strzałów i odkształcenia po biotyce. W kilku miejscach swoją rolę zrobiły wybuchy – pęknięta ściana, ślady odłamków i czarne kręgi w miejscach, gdzie podłożone były ładunki, kolumny stropowe wiszące dosłownie na kilku neostalowych nitkach.
    Nie pozwoliła sobie na dłuższe podziwianie widoków. Przebiegła między trupami, cały czas trzymając broń w pogotowiu. Do odgłosów strzałów dołączyły nagle wybuchy. Przyśpieszyła, kurczowo łapiąc oddech, potykając się o gruz lub części okablowania.
    Korytarz, załamanie, schody. Kolejny korytarz. W prawo, na podłodze pełno wody, chlupot jej kroków kiedy biegnie, dzikie gorąco wydobywające się z wyładowań elektrycznych tuż koło jej twarzy, włosy dostające się do otwartych ust, splunięcie. Odgłosy strzałów coraz bliżej, poczuła wstrząsy po wybuchach.
Wybiegła, spojrzała i stanęła w miejscu, unosząc broń:
- Stój gdzie stoisz, suko!


   

Editado por Holloweang, 28 julio 2011 - 12:27 .


#2
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
    Część 5

    Tela Vasir obróciła się powoli. Jej twarz spowijał cień, a pancerz skrzył się odbiciem iskier sypiących się z urwanego przewodu energetycznego. W Jej głębokich oczach malował się spokój i znudzenie jednak to była tylko zasłona za którą gdzieś w zakamarku duszy czaiły się gniew i zdenerwowanie.
- Williams – syknęła z pogardą – nowy pupilek rady. Witamy w drużynie – przesunęła się nieco bliżej skrzącego kabla z szyderczym uśmiechem patrząc jak ludzka samica mruży powieki przed oślepiającymi błyskami.
- Nawet nie próbuj kłamać, zdradziecka suko! - warknęła Ash - Wiem, że polujesz na komandora! Czego od niego chcesz?! – jej głos przetoczył się po korytarzu, narastając i tonąc we własnym brzmieniu.
- Bredzisz, Williams. Gdybym chciała zabić Sheparda już byłby martwy – na krótką chwilę zapadła cisza. Odgłosy strzałów i wybuchów umilkły na moment dodając dramatyzmu pojedynkowi spojrzeń.
    Ash oddychała głęboko, palec na spuście jej broni drżał nerwowo kiedy zadawała kolejne pytanie:
- Czego chcesz od komandora?
- Zabawna jesteś – parsknęła asari - Dobrze wiem, że Rada znalazła dowody na moją współpracę z Handlarzem Cieni. Lecz... jakby to ująć...? O! To trochę obraźliwe... - Vasir urwała na chwilę, Ash cofnęła się niepewnie widząc jak grymas pogardy na twarzy asari ustępuje miejsca wściekłości, zahaczyła o coś nogą i potknęła się. Celownik powędrował w górę.
- ...Wysyłać za mną takiego żółtodzioba! – ryknęła wściekle asari i zaszarżowała. Ash runęła w kałużę próbując odzyskać utraconą równowagę, cudem unikając biotycznego ataku. Gdy podniosła się na nogi asari była już za nią. Wiedziała, że nie zdąży się odwrócić. Usłyszała cichy szczęk błyskawicznie przeładowanej strzelby, poczuła lodowaty dreszcz zbiegający po plecach.
    Kątem oka dostrzegła błyski po lewej stronie, przewód energetyczny wił się wściekle i podrygiwał niczym robak któremu odrąbano głowę.
    Nawet dziecko wie, że elektryczność i woda nie stanowią szczęśliwego połączenia. Lecz Ash nie miała wyboru.
    Padł strzał. Salwa ze strzelby, prawie z przyłożenia, bez problemu poradziła sobie z tarczą kinetyczną, pancerz skapitulował pochłaniając tylko niewielki ułamek energii trafienia. Ładunek wyrwał sporą część ciała z boku ludzkiego widma. Ashley jęknęła i upuściła broń, kiedy palce rozkurczyły się gwałtownie uderzone przeszywającym bólem. W ustach czuła krwawy smak porażki, zdawało jej się, że czuje lodowate objęcia śmierci. Ash sięgnęła po skrzącego się robaka, zaciskając zęby w kolejnym spazmie bólu. Krzyknęła ogłuszająco i rzuciła się na przeciwniczkę w samobójczym ataku.
    Przez ułamki sekund widziała jej pełną niedowierzania minę i duże, zastygłe w zdziwieniu w oczy. W zwolnionym tempie zobaczyła jak opuszcza lekko strzelbę, próbuje zasłonić się dłonią, postawić biotyczną barierę.
    Potem był jedynie oślepiający błysk wybuchający bólem w skroniach, skwierczenie i smród topionego pancerza i gwałtowny, odrzucający wybuch kończący wszystko płomieniem i ciszą.
    I bezdenna, ciepła i miękka ciemność.
   

   Ledwie zniknęli w gąszczu aerowozów gdy na parkingu przed apartamentem T'Soni zgromadziły się wozy policyjne pełne uzbrojonych asari. Seksowne kosmitki wyskakiwały z małych transporterów w ciemnych pancerzach i najczęściej z karabinem albo strzelbą.
Piękne i zabójcze, pomyślał Gabriel wlatując pomiędzy dwie ciężarówki.
- Interesują cię asari? - Visas obejrzała się na co patrzy po czym spojrzała na niego, mrużąc lekko oczy. Jej srebrne włosy błyszczały złotym odcieniem w świetle Ilium, smugi światła przesuwały się po nich tworząc nierówne, wąskie pasy. Przesunął wzrok i zatrzymał się na horyzont tonący w promieniach słońca. Błękit i złoto odgradzały się od siebie rozmazanymi, umownymi granicami srebra choć jednocześnie komponowały się, dopełniały całości obrazu. Znajoma asari napomknęła kiedyś Kane'owi, że Thessia, jej ojczysta planeta, jest planetą mórz i oceanów.
    To miasto, pełne morskiego błękitu, złotych refleksów światła na falach i srebrzystej piany między nimi wyglądało jakby wyciągnięto je z dna oceanu.
- Nie – odpowiedział szczerze nadal podziwiając krajobraz. Visas zdawała się w ogóle tego nie zauważać.
- Za pięćset metrów skręć w lewo – WI odezwała się kobiecym, lekkim głosem. Gabriel zsunął lekko pojazd na lewo, przygotowując się do zakrętu.
- Byłeś z kimś kiedyś? - spytała, rozsiadając się wygodnie w fotelu i masując dwoma palcami ranę jaką jej sprawiła agentka N7. Medi-żel sprawił, że zostało po niej tylko niewielkie zadrapanie. Kane poczuł dziwne swędzenie na policzku, w miejscu gdzie nabój rozciął mu skórę. Zmógł w sobie chęć podrapania się, zakręcił kierownicą włączając się do innego tunelu ruchu i przyśpieszył.
- Nie – powtórzył sucho, nie przejmując się zbytnio jej ciekawością i nie pozostając też dłużny:
– A ty?
- Nie – odparła.
    Na kilka minut zapadła cisza przerywana tylko brzęczeniem silnika i wyciem mijanych pojazdów. Kreia podniosła się nagle, wytrzeszczyła oczy:
- Spójrz! - wskazała coś po prawej. Gabriel powędrował wzrokiem za jej palcem i poczuł jak żołądek osuwa się gwałtownie w dół, zostawiając za sobą ssącą, mdlącą pustkę.
    Na wielkim holoboardzie widział swoją własną twarz, zaraz obok twarzy Visas. Z rozcięciem na policzku i w zakrwawionym płaszczu.
- Musieli nas uchwycić po walce, kiedy szliśmy do mieszkania T'Soni – stwierdził, odzyskując mowę.
- Nie widziałam tam żadnych kamer...
- Kamer, które są używane w miastach nigdy nie widać – przerwał jej - Są wbudowywane we wszystko co powstaje – pomniki, ściany budynków, schody. Mogą się wysuwać na każde żądanie służb ochrony. Założę się, że zostawili sobie to miejsce na obserwacje kiedy odjechali. I zobaczyli nas.
- Więc myślą, że to my próbowaliśmy zabić przyjaciółeczkę Sheparda?
- Prawdopodobnie – mruknął i dodał szybko: - Gonimy za celem. Spróbujemy go dorwać a potem pomyślimy jak się wydostać z tej planety taszcząc na plecach najsławniejszego człowieka w galaktyce.
- Informacja może jeszcze nie trafiła do obiegu, moglibyśmy spróbować się wymknąć i przejąć jakiś frachtowiec...
- Nie! - warknął patrząc na nią ze złością: - Na Ilium? Zestrzeliliby nas i pasażerów albo jeszcze lepiej – złapali już w samym wejściu. Masz pojęcie ile tutaj pracuje gliniarzy w cywilu? Jesteśmy spaleni. Nie wydostaniemy się stąd normalnym sposobem. Będziemy musieli skontaktować się ze Szmuglerami.
- Całkiem cię popieprzyło! Jak zobaczą Sheparda...
- Nie zobaczą – wycedził przez zęby, ucinając rozmowę.
    Nie chciał jej mówić, że Szmuglerzy to jedyna opcja. Najlepsza... lub najgorsza.

    Wylądowali na dachu, Kreia od razu otworzyła kabinę pozwalając by dym i popiół wleciał do środka. Gabriel kichnął mocno, kiedy implanty w przegrodach nosowych zaczęły wariacko szczypać filtrując nieczystości.
- Musiało być tutaj ostro – Visas wyciągnęła pistolet automatyczny, upewniła się, że magazynek jest pełny. Kane również dobył swojego Kata, wysiadając. Zmrużył oczy i przejrzał przez dym. Płomienie i zniszczenia ogarnęły dwa piętra, najniższe wyglądało na nieuszkodzone. Jego towarzyszka tylko zasłoniła się ręką, chroniąc przed dymem.
- Idziemy – wykrztusiła, dusząc się – ja nie mam implantów! - dorzuciła z pretensją.
Ruszyli w stronę wejścia, na wszelki wypadek trzymając broń gotową do strzału.
- To żołnierze Handlarza – stwierdziła, kiedy byli już w środku. Wszędzie walały się ciała, widać było ślady walk i odkształceń biotycznych. W kilku miejscach widać było miejsca po eksplozjach. Pęknięta ściana, czarne kręgi w miejscach gdzie umieszczono ładunek, odłamki powbijane w najróżniejsze miejsca. Gdzieniegdzie podłogę zdobiły pourywane członki martwych, głównie salarian.
- Skąd wiesz?
- Miałam kiedyś z nimi do czynienia – ruszyli dalej, omijając w biegu ciała. Minęli jakiś zniszczony korytarz pełen wody i podrygujących szaleńczo, skrzących od wyładowań przewodów elektrycznych, niemalże przeskoczyli kilkunastometrowe schody pędząc na złamanie karku, wybiegli zza węgła. Visas stanęła gwałtownie w rozkroku, Kane nie wyhamował i spróbował odskoczyć. Zahaczył o coś nogą i wyrżnął w ziemię, gryząc własne usta w przekleństwach. Pomogła mu wstać.
- Spójrz – obrócił się i uniósł brwi zdziwiony.
    Po podłodze walały się, osmalone i drobne, szczątki pancerza N7. Wyglądały jak kawałki filiżanki, którą ktoś rozbił ciskając nią o podłogę. Wszystko dookoła pokryte było czarną sadzą i dziwnymi, idealnie prostymi wypaleniami. Gabriel bezskutecznie próbował znaleźć okrągłe, czyste miejsce w którym wybuchła bomba.
- To pancerz tej suki, która nas zaatakowała – Kreia podniosła kawałek i obracała w dłoniach, oglądając.
- Wygląda na to, że nieźle się jej dostało – mruknął, wchodząc w okrąg sadzy i wypaleń. Gruzowisko zaraz obok wskazywało na jakiś rodzaj eksplozji, nigdy jednak nie widział żadnego materiału, który pozostawiałby takie ślady.
Wzruszył ramionami i skinął na Visas:
- Idziemy. Nie marnujmy więcej czasu.
    Im dalej penetrowali budynek tym więcej trupów znaleźli. Towarzyszyły im głównie trzaskanie płomieni, skwierczenie pourywanych przewodów i chlupot ich własnym stóp o cienką warstewkę wody, która zdawała się być wszędzie, na każdym piętrze i korytarzu.
    Dotarli do niewielkiego pomieszczenia na półpiętrze. Oszklona ściana była w strzępach a co najdziwniejsze – odłamki szyby były wbite w ścianę naprzeciw, wciśnięte w nią z ogromną siłą. A tuż pod nimi...
- Czy to nie ten salarianin od którego T'Soni miała dostać informacje? - Gabriel spojrzał na trupa. Twarz obcego – przez odłamki - bardziej przypominała źle pocięte sushi, ale pewne cechy ektomorficzne wyraźnie wskazywały na tego samego człowieka, którego szukała asari.
- Wygląda na to, że nie miał szczęścia – przez budynek przedarło się echo sygnału oddziałów strażackich i policyjnych. Spojrzeli na siebie i skinęli głowami. Gabriel podszedł do krawędzi.
- Ja skoczę pierwszy. Ty skaczesz na mnie, złapię cię – odbił się lekko od ziemi i zamortyzował lądowanie dzięki mechanicznym splotom mięśniowym w nogach. Odsunął się i złapał zręcznie Kreię, przez przypadek wsadzając nos w jej dekolt. Odepchnęła go nieśpiesznie:
- Przepraszam – mruknął i rozejrzał się. Znów pełno trupów, pomyślał. Ile Handlarz ma ludzi? Armię? Nie kwapił się z zadaniem tego pytania głośno, skinął tylko na towarzyszkę i pomknęli dalej.

    Mieli szczęście. Niedobitki armii Handlarza zauważyli ich pierwsi, jednak przypadkowy strzał jednego z nich ostrzegł Gabriela i Visas o nadciągającym ataku. Dopadli do kwadratowych, sporych klombów z jakimiś drzewkami w ostatniej chwili – w następnej sekundzie nad ich głowami zaroiło się od pocisków prujących powietrze niczym rój rozjuszonych os. Kreia postawiła barierę, jej skóra pokryła się purpurową, ostrą poświatą.           Wyjrzała ostrożnie i od razu została przywitana salwą naboi. Schowała głowę:
- Pięciu – stwierdziła i spojrzała na niego wyczekująco. Kane myślał przez chwilę. Obrócił się powoli, obejrzał otoczenie. Schody, balustrada, kilka niewielkich rumowisk, platforma z fontanną. Zdjął Modliszkę z pleców, przez chwilę grzebał w mechanizmach i otworzył zbiornik z amunicją. Skrzywił się wymownie:
- Słuchaj, mam tylko mini-granaty tutaj – zamknął zbiornik, zamocował i odwiesił snajperkę na jej najwygodniejsze miejsce:
- Odciągnij ich trochę. Wezmę ich od tyłu. Jeśli będą blisko siebie, dam radę. Zrozumiałaś?
- Co zamierzasz... - spojrzał na nią gniewnie, syknął ostrzegawczo:
- Zrozumiałaś? - powtórzył chłodno, wpatrując się w jej lazurowe oczy. Przez chwilę widział w nich wyzwanie, chęć sprzeciwu, bunt. Ale potem skinęła głową:
- Dobrze – odwróciła się i wyskoczyła zza klombu. W piruecie oddała kilka strzałów, padła szybko za zniszczoną fasetę i przemknęła pod niewielkim wyłomem w ścianie.
- Za nią! – ryknął któryś z najemników. Brzmiał jak batarianin.
- A co z tym drugim?
- Siggur, Tai! Zajmijcie się tamtym! Reszta za mną! - najemnicy w żółtych pancerzach z czerwonymi oznaczeniami pojawili się na kilka sekund w polu widzenia by zniknąć za złamaną izbicą podtrzymującą niewielki most między piętrami. Kane nie czekał. Odpiął granat błyskowy i rzucił na oślep – nie musiał celować, zapamiętał, że dookoła nich nie ma żadnych kryjówek.
    Narastający pisk, niewielki wybuch, urywany, zaskoczony krzyk oślepionych. Kane skoczył, zanurkował i wyjął nóż, wojskowy turiański pazur. Wbił go pierwszemu najemnikowi w twarz z trzaskiem pękającego pancerza i wilgotnym, mdłym chrzęstem ustępującej ostrzu kości. Podtrzymał go i odrzucił lekko, krew spłynęła z dziury w hełmie, ochlapała jego palce. Drugi z przeciwników zdołał wyrwać się z efektów oślepienia tylko po to by ujrzeć jak zabójca szerokim, karmazynowym łukiem znaczy cios w miękkie spoiwa między hełmem a główną częścią pancerza i przecina jego gardło, rozrywa krtań. Z wnętrza hełmu dobyło się dzikie gulgotanie, odgłos przypominające ten, kiedy ktoś wyciągnie zatyczkę z wanny z wodą. Najemnik upuścił broń, padł na kolana chwytając się za gardło w szaleńczej walce o życie. Gabriel pchnął szybko, po samą rękojeść w kręgi szyjne.
    Wyciągnął nóż. Krew była czerwona.

    Kreia dopadła do jakiegoś wklęsłego narożnika, przylepiła się do ściany i zamarła, czekając. Wiedziała już, że Kane nawalił – najemnicy nie byli na tacy głupi jak się zdawało, nie pobiegli za nią wszyscy. Odetchnęła głęboko, skoncentrowała się. Kroki zbliżały się szybko, tupot ciężkich, zakutych w pancerz stóp wzmagał się echem coraz bardziej, tłumiąc jej własne myśli.
    Są.
    Wyskoczyła nagle, biotycznym ciosem roztrzaskała hełm pierwszego z nich. Nim odłamki pancerza zdołały opaść już wirowała w piruecie unikając pierwszego, przypadkowego wystrzału. Skoczyła na następną ofiarę, lądując na ułamek sekundy na jej barkach, błyskawicznym ruchem przyłożyła lufę do spodu żuchwy, nacisnęła spust. Stłumiony strzał, zielony obłok krwi pokrył jej rękaw i dłoń, pocisk z chrzęstem utkwił w czaszce zabitego. Odbiła się od ciężko opadającego na ziemię trupa, wylądowała miękko, spojrzała. Trzeci był najdalej, cofał się niepewnie, ogarnięty przerażeniem. Cisnęła w niego energią, gwałtownie wyrzucając rękę przed siebie i zaszarżowała z pięścią wzniesioną do ciosu. Poderwany przez pocisk najemnik wyleciał z powietrze wypuszczając karabin i machając dziko członkami niczym kukiełka. Visas miękko przeskoczyła z ziemi na niewielką kupkę neostalowych belek, wyskoczyła w powietrze jak pantera. Ryknęła ogłuszająco, wbiła pięść prosto w klatkę piersiową, pancerz prysnął we wszystkie strony drapiąc jej twarz i rękę. Niebieska krew ochlapała jej twarz i dekolt, zbroczyła całą rękę, kapała obficie kiedy zbliżała się powoli, z wdziękiem do ogłuszonego żołnierza z trzaskanym hełmem. Był nieprzytomny.
    Podniosła broń i bez wahania, lekko nacisnęła spust.
    Zabity drgnął lekko, uniesiony siłą pocisku.

Editado por Holloweang, 29 julio 2011 - 10:03 .


#3
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
    Część 6

    Obraz z sekundy na sekundę tracił na ostrości, zlewał się w jedno. Kontury rozmazywały się, kształty stawały się po prostu bryłami, wyraźny płomień podrygujący przy wylocie wentylacyjnym po chwili stawał się niewyraźną plamą na płótnie świata.
    Czuła już na twarzy chłodne, lekko metaliczne w smaku powietrze Ilium. Od parkingu dzieliło ją zaledwie kilka kroków. Kilka koszmarnie długich, bolesnych metrów, które musi pokonać. W porównaniu do długiego czołgania się wylotem ewakuacyjnym i upadku na jakiś taras z dwunastu metrów te kilka głupich kroków wydawało się pestką.
    Lecz nie potrafiła się przemóc.
    Kaszlnęła, wypluwając trochę krwi. Zaaplikowała sobie w ranę resztkę miesięcznego zapasu medi-żelu.
    Pierwszy krok. Zgięła się w pół, usta rozwarły się w niemym krzyku bólu, kropla potu gwałtownie spłynęła na sam koniec nosa i spadła. Zacisnęła zęby aż zatrzeszczały, wsparła się o ścianę.
    Drugi krok. Wyprężyła się kiedy zalała ją fala mdłości, łzy napłynęły do oczu, świat znów rozmył się, zlał się w jedno. Długimi, spokojnymi oddechami uspokoiła się, pozwoliła sobie nabrać sił przed ostatnim krokiem dzielącym ją od węgła. Na parkingu będzie mogła wezwać pomoc, komunikację w budynku utrudniały zagłuszacze. Cholerni salarianie, pomyślała z rezygnacją.
    Trzeci krok.
Poleciała w dół, z powrotem w miękką, cichą ciemność.

    Otworzyła oczy i natychmiast je zamknęła kiedy oślepiająca biel ugodziła znienacka w czuły narząd wzroku. Obróciła głowę, czując jak jej luźne, rozpuszczone teraz włosy przesuwają się po czym wygodnym i miękkim. Podniosła lekko powieki i ujrzała aparaturę medyczną. To na czym leżała było po prostu łóżkiem.
- Hej, młoda! - usłyszała gruby, tubalny głos obok siebie.
- Ventalis? - spytała i skrzywiła się. Jej głos z trudem przechodził przez gardło, zniekształcony i chrypki, przypominający drapanie papierem ściernym.
- We własnej osobie, młoda – czarnoskóry mężczyzna z wielkimi wąsami i w mundurze wojskowym pojawił się w polu widzenia. Jak zawsze jego fioletowe oczy błyszczały wściekle, kompletnie nie pasując do jego karnacji.
- Vasir...Uciekła mi...
- O nią się nie martw, młoda. Meduza wącha sobie glony od spodu – Ash poderwała się i syknęła z bólu, kiedy ledwie zasklepiona rana odezwała się mocnym szarpnięciem. James Ventalis przydusił się ją do łóżka:
- Leż na plerach, młoda, bo cię przywiążę – mruknął ostrzegawczo spod wielkich, przyprószonych siwizną wąsisk - Spokojnie. Ona cię tak załatwiła?
- Ona – przyznała niechętnie Williams – Ona i moja głupota. Była z Shepardem, myślałam, że...
- Że co? - wpadł jej w słowo - Że zapoluje na komandora? Ona cały czas ganiała za T'Soni. Nagrania z jej pancerza tego dowodzą. A Shepardowi podziękujesz później. On załatwił sukę – spojrzała na niego uważniej. Przez chwilę wydawało jej się, że słyszy w jego głosie nutkę zazdrości. Ventalis jednak wyglądał spokojnie z tym swoim wesołym uśmieszkiem, który prawie nigdy nie opuszczał jego twarzy.
- Shepard? Jak?
- Gadają, że utłukł ją nogą od stołu w jakimś tam barze. Całe Illium od tego huczy. Jak dla mnie? To plota. Shepard zwyczajnie ją zastrzelił. Znaczy się, to że w barze to nie plota, tam znaleźliśmy Vasir – dodał szybko, widząc zdziwienie na jej twarzy.
- Na pewno jest martwa? Sprawdziliście to? - spytała z powątpiewaniem. Ventalis nadął się, urażony:
- To, że zostałaś Widmem, mała, nie znaczy, że wszyscy dookoła to nagle amatorszczyzna. Wyluzuj, dobra? Sprawdziliśmy. Martwa. Jak mój ojciec, po tym jak próbował cmoknąć krogankę i...
- Dobrze, dobrze! Przepraszam! - ucięła dyplomatycznie - I nie wnikam w sprawę kroganki.
- Szkoda. To dobra historia.
- Później jej posłucham – stwierdziła i rozejrzała się. Za szybą widziała pielęgniarki, w większości asari lecz wyłowiła okiem kilka ludzkich kobiet, i lekarzy wśród których dominowali salarianie.
- Gdzie dokładnie jestem? - spytała, krytycznym okiem oglądając nieskazitelnie biały, hermetyczny pokój w którym leżała. Można by dostać klaustrofobii, stwierdziła w duchu. Po lewej stał spory stół z jej wyposażeniem. A raczej jego resztkami. Pancerz miał sporą dziurę w boku, w kilku miejscach zewnętrzna, ceramiczna powłoka odpadła pozostawiając tylko elastyczną, durastalową podszywkę. Karabin szturmowy wyglądał jakby ktoś próbował go rąbać krzywą siekierą – większa część lufy była wykrzywiona, przy samej końcówce trochę ucięta. Jedynym ocalałym był miotacz antymaterii.
    Ash dopiero teraz zobaczyła, że ma na sobie zwykły fartuch kliniczny. Zaczerwieniła się.
- W klinice Dentex. Była najbliżej i ma dobrą opinię. Oczywiście Przymierze opłaci zabiegi i leczenie.
- Zabiegi? - spojrzała pytająco na Jamesa unosząc brwi. Ventalis pokręcił głową:
- No, trochę cię potargało, młoda. Musieli zrekonstruować kawałek twojego ciałka. Niewiele. Organy nie ucierpiały tak mocno, musieli to po prostu posklejać. Ja się nie znam – powtarzam tylko co mówili lekarze.
- Ile tu leżę?
- Wyłączyło cię na parę dni – wzruszył ramionami. Ash poczuła jak powietrze ulatuje z niej bezwiednie jak z przebitej dętki. Opadła na poduszki.
- Parę dni? I...
- Wyluzuj. Vasir nie żyje. T'Soni gdzieś zniknęła z Shepardem, nie mogliśmy ich namierzyć. Misja wykonana, wyluzuj młoda... - urwał. Rozsuwane drzwi otworzyły się. Obcy wyglądający jak połączenie gada i ptaka bez dzioba wszedł do środka pewnym krokiem i ukłonił się lekko.
- Ashley Williams? - Ash skinęła głową z wyraźną niechęcią – Dante Quin, Wywiad i Działania Militarno-Obronne. Chciałbym zadać pani kilka pytań.
- Hej, hej, spokojnie Widmo! - zaoponował Ventalis – Ona dużo przeszła, nie możesz odpuścić?
- Nie sądzę – rzekł sucho turianin i spojrzał na koleżankę po fachu. Westchnęła.
- W porządku, James. Dam sobie radę. Wyjdź, napij się kawy – wąsaty żołnierz przez chwilę się wahał. W końcu jednak skinął głową:
- No dobra, młoda. Wrócę za kwadrans – wyszedł. Dante nie czekając wyciągnąć datapad i wyświetlił na nim zdjęcie, podsuwając Ash pod nos.
Zdjęcie ukazywało mężczyznę z szmaragdowymi, cybernetycznymi implantami.
- Zna pani tego gościa?
- Widziałam go – przyznała. Agent przysunął sobie krzesło i usiadł okrakiem opierając ręce na oparciu.
- To Gabriel Kane. Zabójca, złodziej, najemnik. Ścigam go od paru miesięcy.
- Co to ma wspólnego ze mną?
- Mam podstawy twierdzić, że poluje na komandora Sheparda.

***Kilka dni wcześniej***

    Cios nadleciał niespodziewanie. Dłoń śmignęła w powietrzu i rąbnęła go prosto w policzek.
- ZA CO?! - jęknął rozmasowując zbity polik. Kreia dźgnęła go palcem w ramię:
- TY i TE TWOJE PLANY! - syknęła niczym najprawdziwsza żmija – Najpierw dostajemy łomot od jakiejś agentki Przymierza! Teraz prawie nas zabili agenci Handlarza! Co następne?! Widmo? Może jakiś watażka?! - dźgnęła go znowu i próbowała uderzyć. Uchylił się, unikając kolejnego plaskacza.
- Dobra! Przepraszam! Nie doceniłem ich – przyznał i rozłożył ręce bezradnie - Myślałem, że pobiegną za Tobą! - chwyciła go za kołnierz:
- Jeszcze raz taki numer – chwyciła go za rozporek – Wykastruję! - pchnęła go aż poleciał na ścianę, zatoczył się i wyrżnął o nią plecami. Zamrugał, lekko skołowany. Kreia odwróciła się wściekle, ruszyła szybkim krokiem przed siebie:
- A teraz za mną, zanim Shepard znów nam ucieknie.
    Posłusznie potruchtał za nią. Zastanawiał się czy zapytać o jej kondycję – miała kilkanaście zadrapań na twarzy, szyi i dekolcie – ale zrezygnował, bojąc się o przyszłość swojego naturalnego narzędzia. Spojrzał ze zdumieniem na zmasakrowanych najemników, którzy mieli nieszczęście walczyć z jego towarzyszką. Przysiągł sobie w duchu, że postara się jej nie denerwować. Przebiegli kilka korytarzy, obojętnie mijając trupy rozszarpane biotyką lub nabojami. Towarzyszącą im od dłuższego czasu ciszę rozdarły nagle odgłosy strzałów. Kane nigdy by nie pomyślał, że ucieszy się na dźwięk strzelaniny.
- Biegiem! - zakomenderowała Visas i wystrzeliła jak torpeda. W szaleńczym pędzie mijali skrzące się przewody, pozostałości po bombach i obcych, wdychając kurz i pył.
    Zimne powietrze owiało ich twarze kiedy zatrzymali się w wyjściu.
    Dotarli w samą porę by zobaczyć jak Shepard niknie razem z T'Soni w jednym z aerowozów i startuje w przestrzeń Ilium z jękiem silnika, niknąc po kilku sekundach w gąszczu samochodów.
- Tam! - Visas wskazała palcem stojący nieopodal pojazd. Dopadli do niego. Kane wybił szybę i wyłamał elektroniczny zamek, przeklinając w duchu ludzkie aerowozy produkowane na podobieństwo samochodów ery pre-kosmicznej. Wpakowali się do środka, Kreia zhakowała system pojazdu klikając wściekle na omni-kluczu podłączonym pokładowej WI. Silnik ryknął, poczuli lekkie drgania kiedy wóz sygnalizował swoją gotowość do lotu. Gabriel szarpnął za kierownicę i nacisnął przyśpieszenie, mając cały czas na swym cybernetycznym oku samochód komandora. Świst powietrza dzwoniło im w uszach wlatując przez rozbitą szybę, wycie samochodów zagłuszał ich własne myśli. Zabójca krzywił się co chwilę, kiedy mijał z zawrotną prędkością inne pojazdy.
- Szybki wózek – stwierdził, przekrzykując hałas, Kane - Jaki to model? - spytał, nie mając czasu samemu spojrzeć na wygrawerowany napis znajdujący się na tablicach systemowych.
- Lamborghini Galacticos – odpowiedziała towarzyszka, zerkając za niego. Skinął głową, zapamiętując.
- Zbliżamy się – stwierdziła oczywistość Kreia, wskazując wóz w którym siedział Shepard.
Usłyszeli wybuch, drażniący uszy pisk rozrywanego statku. Kabiną zatrzęsło, Visas podskoczyła gwałtownie i uderzyła głową w sufit z bolesnym jękiem.
- Ciężarówka! - ryknęła nagle, patrząc przez przednią szybę z rosnącym w oczach przerażeniem.
- Widzę! - Gabriel wywinął kierownicą, lamborghini odbiło w lewo, unikając odłamków transportera rozdartego przez wybuch.
- Ciężarówka! - krzyknęła jeszcze głośniej, widząc kokpit i część luku pędzące w ich stronę, siejące zniszczenie wśród innych uczestników ruchu.
- WIDZĘ! - odkrzyknął, machając sterem na prawo i lewo, o centymetry unikając zagrożenia, wdychając smród spalenizny i dymu wydobywający się ze spadającego wraku.
- WÓZ!
- GDZIE?!
    Coś czerwonego rąbnęło z lewej, wyrzuciło ich w przeciwną stronę i przycisnęło do ściany tunelu. Rozległ się jęk rozdzieranego metalu, szaleńczy pisk kiedy ich wóz sunął do przodu wbijając się w stalową ścianę. Prawa strona pokryła się kaskadą iskier i niewielkich odłamków, szyba przy Visas pękła z trzaskiem i zasypała ich ostrymi kryształkami, zabójczyni krzyknęła w panice zasypana iskrami i odłamkami. Kane zacisnął zęby, czując jak ostre kawałki odpadającego metalu wlatują przez rozbitą szybę i tną jego policzek. Szarpnął kierownicą. Samochód zatelepał się, lecz nie oderwał od ściany. Pociągnął raz jeszcze, aż zatrzeszczało. Lamborghini odepchnęło wóz, który w nich uderzył, wypchnął go pomiędzy inne. Zabójca zakręcił w drugą stronę, wyleciał z tunelu i zatrzymał się w powietrzu wciskając hamulec. Oddychając głęboko przeczesał wzrokiem okolicę, starając się znaleźć pojazd Sheparda.
- Jest! - pisnęła Visas, wciąż skulona w swoim siedzeniu i oszołomiona. Wyglądało na to, że nic jej nie jest. Gabriel podążył wzrokiem za jej palcem, nacisnął pedał przyśpieszenia. Samochód szarpnął i wystrzelił przed siebie mimo wielu uszkodzeń nadal dzielnie rozwijając prędkość.
- Ciężarówka! - wrzasnęła Kreia, kryjąc głowę w ramionach przed kolejnym uderzeniem.
- ZNOWU?! - Kane tym razem zapikował ostro w dół, popychając gwałtownie ster do przodu. Wleciał między inne samochody ocierając się o nie, odbił w prawo i zniknął między wieżowcami. Przez chwilę kluczył ciasnymi uliczkami po czym znów wrócił do głównych tuneli powietrznych. Warknął wściekle, nie widząc nigdzie Sheparda, uderzył w kierownicę pięścią.
    Spojrzał na Visas i natychmiast się opanował.
- Już w porządku – powiedział, starając się by jego ton zabrzmiał uspokajająco. Zabójczyni podniosła głowę, rozejrzała się gdzie wlecieli. Po lewej, nad ramieniem Kane'a, mignął jej wielki, różowy holoboard z napisem „Azure”. Odwróciła wzrok, spojrzała przez przednią szybę i zamarła, czując jak serce podjeżdża jej do gardła.
W zwolnionym tempie widziała jak asari w niebieskim pancerzu zasłania się rękami. Kątem oka ujrzała w sąsiednim wozie T'Soni i Sheparda. Z ust Visas wyrwał się krzyk, nie zrozumiała jednak co krzyknęła. Spojrzała na Kane'a, który bezskutecznie próbował uniknąć kolizji. Przez ułamek sekundy cały jazgot, wycie silników i świst powietrza zmienił się w ciche, odległe buczenie.
    A potem wszystko brutalnie przyśpieszyło i uderzyli w wóz Teli Vasir. Kreia poderwała się jak lalka rzucona siłą zderzenia i wyrżnęła głową w tablicę systemową, tracąc przytomność i zostawiając na niej smugę jasnej, lepkiej krwi. Gabriel wrzeszcząc opętańczo zaparł się o co tylko mógł, żeby nie wylecieć przez szybę kiedy samochód wirował w powietrzu spadając w dół. Coś trzasnęło metalicznie, coś wbiło się koło jego dłoni z brzękiem. Potem poczuł tylko gwałtowne uderzenie w czoło i runął do tyłu.
    Nie czuł już nic.

#4
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 7

    Jego umysł wypełniał delikatny, przyjemny szum.
    W pierwszej chwili myślał, że wrócił na Ziemię, do Vancouver gdzie wyjeżdżał często na wakacje z matką, kiedy jeszcze żyła. Siadał z nią zawsze na tarasie ich domku i wpatrywali się w zachodzące nad zatoką słońce, wsłuchując w rozbijające o brzeg fale.
    Szum przeszedł jednak w dzikie, chaotyczne brzęczenie. A potem w niewyraźne, niskie buczenie jakie czasem wydaje stare, zepsute radio.
    Otworzył oczy a świadomość runęła na niego z siłą rozjuszonego nosorożca. Fale bólu zalewały jego umysł, promieniowały z pociętych ramion i dłoni, pulsowały gorącem ze zbitej nogi, wylewały się krwią z nosa i ust. Czuł, napływające razem z bólem, mdłości, czoło tętniło wściekle. Chciał krzyknąć, lecz jego ust wydobył się tylko chrapliwy, zduszony jęk. Otworzył je, wciągając głęboko powietrze. Też pomagało.
    Rozejrzał się, szukając wzrokiem Visas. W zniszczonym wozie pełno było krwi i odłamków najróżniejszej maści, jej jednak nie dostrzegł. Interkom WI buczał co chwilę, dogorywając, z tablic systemowych leciały iskry niknąc przy zetknięciu z wgniecionymi buforami. Na zewnątrz Lamborghini było za ciemno, nawet dla jego implantów.
- Kreia? - wychrypiał cicho, czując jakby przez gardło przebiegał mu drut kolczasty. Odpowiedziała mu cisza. Lekkim pchnięciem zdołał wyważyć powykrzywiane drzwi, uwolnił nogi spomiędzy powyginanych części karoserii i silnika i spróbował wydostać się z wraku. Stanął na wilgotnej, zimnej ziemi, oparł się o zniszczoną karoserię czując zawroty głowy. Tylko implanty oczne sprawiały, że mógł się rozejrzeć nie nękany przez kolorowe plamy lub wirujący świat.
- Kreia? - powtórzył, garbiąc się z wysiłku. Dopiero teraz poczuł jak sucho ma w gardle. Nasłuchiwał przez chwilę lecz znów odpowiedziała mu tylko cisza. Zimna i wilgotna jak podłoże.
- Visas, odezwij się! - zwinął się nagle i wyprężył w spazmatycznym odruchu, zarzęził chrapliwie i zwymiotował, długo i boleśnie. Usiadł z powrotem w wozie, blady i spocony, zaaplikował sobie dawkę medi-żelu wbijając w udo niewielką strzykawkę i naciskając tłoczek. Poczuł jak miliony nanorobotów wnikają w jego ciało i przesuwają się w układzie krwionośnym razem z krwinkami, jak zatrzymują się w epicentrum bólu i neutralizują go od wewnątrz, szybko i skutecznie pracując przy ranach. Kątem oka dostrzegł swoją Modliszkę, która jakimś cudem leżała nietknięta pod tylnym siedzeniem. Sięgnął po nią i wyciągnął za skórzany pas. Odetchnął z ulgą, opierając ukochaną broń o nogę. Przymknął oczy, czekając aż medi-żel skończy naprawiać szkody, jakie wyrządził jego ciału wypadek.
    Nie wiedział ile siedział. Nie potrafił zliczyć upływu czasu, siedząc i wpatrując się w ciemną pustkę. Prócz buczenia interfejsu WI i syczenia iskier nie słyszał nic. Tylko świdrująca uszy, chłodna i wilgotna cisza. Spróbował wstać, tym razem z lepszym efektem. Zachwiał się, stanął niezgrabnie na dwóch nogach. Przewiesił snajperkę przez plecy i zapiął drżącymi, obolałymi palcami pas. Galaretowaty, śliski żel pulsował w ranach zatrzymując krwawienie i łagodząc ból. Kilka z nich zdołał już skleić, kilka ciągle krwawiło. Uratowały mnie implanty, gruba karoseria i kupa szczęścia, przemknęło mu przez myśl. Rozejrzał się w ciemnościach, spróbował uruchomić latarkę z omni-klucza. Interfejs mignął kilka razy, rozmazał się i zgasł bezpowrotnie. I tyle z zaawansowanej techniki, pomyślał czując jak narasta w nim bezsilność.
- Kreia? - jego głos potoczył się echem i wrócił po chwili, zagłuszając sam siebie. Postąpił kilka kroków opierając się o lufę Modliszki.
- Wiedziałem, że schwytanie, kurwa go mać, Sheparda nie będzie łatwą robotą – sapnął do siebie, kuśtykając w ciemność – Ale to... To jest misja samobójcza – krok – Jak nie schwytam Sheparda to załatwi mnie wściekły, trójgłowy piesek – kolejny krok, sapnięcie:
- Na karku mam jakąś pani komandos, fankę jaśnie pana komandora – narzekał dalej – a na dodatek teraz jeszcze jestem ścigany! – gdyby jego snajperka nie służyła mu jako kula, cisnąłby nią jak najdalej. Nie ze złości. Z rozpaczy.
    Nigdy nie chciałem być zabójcą.
- Ależ ty pieprzysz – jęknął ktoś słabo tuż koło jego nogi. Spojrzał w dół. Dopiero teraz, z bliska, mógł dostrzec jak srebrne włosy błyszczą w mroku.

    Zawsze się zastanawiał czemu jego implanty potrafią wyśledzić tor pocisku, zrobić zbliżenie, wyśledzić promieniowanie ładunków wybuchowych i – w połączeniu z implantami nosowymi – wskazać obecność trucizny a nie posiadają trybu noktowizji albo chociaż infrawizji.
    Zwłaszcza teraz, z trudem taszcząc poobijaną i ranną towarzyszkę do jedynego źródła światła w ich marnym zasięgu wzroku jakim był rozbity samochód, ta myśl dręczyła go wyjątkowo złośliwie. Po niezbyt specjalistycznym badaniu lekarskim, czyli obmacaniu i naciskaniu fragmentów ciała Visas czekając na syknięcia i jęki, okazało się, że srebrnowłosa zabójczyni ma rozcięte czoło, kilka zadrapań na ramieniu, wybity bark i prawdopodobnie pęknięte żebro. Zaaplikował jej dwie dawki medi-żelu, po których dała się w końcu podnieść bez koncertu przekleństw wywrzaskiwanych do jego ucha. Wrócił jej nawet humorek.
- Wiesz, śniłeś mi się kiedy byłam nieprzytomna – powiedziała cicho, przysuwając się bliżej do jego szyi. Poczuł przyjemnie mrowienie spływające w dół jego ciała i mimo beznadziejnej sytuacji w jakiej się znaleźli – lekko się uśmiechnął.
- Ta? Przyjemnie było? - spytał, siląc się na spokojny głos. Visas nie była ciężka, lecz rany jakie odniósł sprawiały, że nawet utrzymanie reklamówki z zakupami sprawiłoby mu trudność.
- Pożerał mnie zezowaty potwór morski – zaśmiała się lekko i prawie natychmiast syknęła z bólu.
- Miło. A teraz przymknij się. Tylne siedzenia są całe, położę cię tam. I spróbuję ustalić gdzie jesteśmy.
- To muszą być najniższe partie Illium. Te najbliższe naturalnej warstwy planety. Czujesz tę wilgoć? Ten chłód? Czuć tutaj ziemię – wciągnął mocniej powietrze i zakrztusił się kiedy suche, obolałe gardło przypomniało o sobie. Rzeczywiście, czuć było lekki zapach wilgotnej ziemi, podobny do tego w szklarniach. Pod stopami czuł jednak równe, twarde podłoże.
- Ten wypadek był aż nadto widoczny – stwierdził – uderzyliśmy w kilka wozów. Pewnie będą nas szukać.
- To może potrwać – prychnęła - Powinniśmy być martwi. Jakim cudem żyjemy?
- Narzekasz? Nie wierzę – położył ją na tylnym siedzeniu i obejrzał. Jej strój był porwany w kilku miejscach, prawy rękaw praktycznie urwało, ramię pokryte było siateczką zadrapań i pręg. Rana na czole była mniejsza niż sądził, choć obficie krwawiła. Posmarował ją medi-żelem, delikatnie przykładając palce. Chwycił ostrożnie jej rękę i ułożył ją tak, żeby wybity bark nie dokuczał zbytnio.
- Znasz się na tym? - zapytała, przeszywając go spojrzeniem błękitnych oczu.
- Chodziło się na kilka kursów pierwszej pomocy – odpowiedział zdawkowo i wzruszył ramionami. Większość rzeczy i tak sprowadzała się do; „wstrzyknij medi-żel tutaj i tam”. Ponowił swoje oględziny, tym razem z pomocą światła. Nie stwierdził niczego nowego, poza tym, że była koszmarnie brudna. Ja pewnie też, pomyślał.
- I tak będziemy musieli odwiedzić jakąś klinikę. Przekupię lekarza, żeby nas połatał i... O! - wygrzebał ze stosu złomu panel optyczny Kuwashii i spróbował go uruchomić. Piknęło i po chwili wzdłuż panelu zaczęły przesuwać się zbierane przez urządzenie informacje. Założył go na głowę, poprawił. Visas spojrzała na niego podejrzliwie:
- Nie zauważyłam, żebyś go wcześniej używał – odwrócił się do niej i uśmiechnął szeroko, przestawiając na tryb termiczny:
- Wcześniej nie był potrzebny. A teraz znalazłem wyjście.

    Czuła się bezpieczna.
    Wcześniej, w ciemnościach, moment po przebudzeniu była przerażona. Mrok uderzył ją po oczach, cisza wpiła się w umysł mackami strachu, wibrowała w powietrzu niosąc ze sobą wybryki bujnej wyobraźni. Lecz była to tylko krótka chwila przerażenia nim usłyszała jego głos tuż koło siebie.
    Czuła się bezpiecznie. Czuła ciepło jego ciała kiedy ją niósł i spokój, słysząc jego szorstki głos. W ciemności widziała tylko szmaragdowy blask jego implantów. Zastanawiała się jakie naprawdę miał oczy. Uśmiechnęła się, kiedy zdała sobie sprawę, że tutaj, w ciemnościach poczuła do niego zaufanie. I natychmiast spoważniała kiedy przypomniała sobie jaką nieufnością i niechęcią darzyła go wcześniej.
    Polubiła go, owszem. Ale kompletnie mu nie ufała. Denerwował ją brak logiki w postępowaniu Człowieka Iluzji, denerwowało ją, że zamiast uczyć się u boku któregoś z doświadczonych i wyszkolonych zabójców Cerberusa będzie współpracować z początkującym zabójcą. Który, na dodatek, nie nadawał się na zabójcę, jak sam mówił.   Miał talent, ale brakowało mu doświadczenia i wyszkolenia. Lecz nie brakowało mu serca.
    Profesjonalista pozwoliłby mi spaść, pomyślała, wracając wspomnieniami do wydarzeń na szczycie Optic Project Red, kiedy zaatakowała ich komandoska N7. Zabójca pokierowałby się logiką w tych ciemnościach i skreśliłby mnie natychmiast, próbując ratować siebie i wykonać misję.
    Przypomniała sobie słowa Człowieka-Iluzji kiedy spytała go, czemu akurat Kane.

    - Kane? Przecież to żółtodziób! - stwierdziła srebrnowłosa zabójczyni, stojąc przed przywódcą Cerberusa, którego widziała tylko dzięki komunikatorowi stanu splątanego.
- Jest utalentowany. I pomysłowy. I nie ma takiej sławy jak Zoras albo Altaban – wyjaśnił spokojnie starszy mężczyzna, między dwoma łykami czerwonego wina.
- Jeśli chcemy schwytać Sheparda niepostrzeżenie potrzebujemy kogoś na ich poziomie! - oświadczyła, wyraźnie siląc się na spokój. Człowiek-Iluzja przyglądał się jej wyraźnie rozbawiony. Ciekawiła go, jak każda wychowanka Cerberusa. To miała być jej pierwsza misja.
- Jeśli poślemy kogoś, jak to stwierdziłaś, na ich poziomie zaczną krążyć plotki. Plotki, które z pewnością dotrą do komandora. Wątpię również, żeby któryś z nich zgodził się na takie zadanie. Z pewnością nie cierpią na brak zleceń...ani kredytów – dokończył po chwili, zaciągając się papierosem. Kreia pokręciła głową:
- To się nie uda. Ani ja, ani ten cały Kane nie mamy doświadczenia...
- Ale macie umiejętności – przerwał jej, zaczynając się niecierpliwić - Ta misja pozwoli ci zdobyć niezbędne doświadczenie. Powiedziałbym nawet, że niewielu dostało taką okazję jak ty, Visas.
- Niewielu taką „okazję” by przeżyło – odpaliła jadowicie. Przez chwilę wydawało jej się, że go rozzłościła. Zmarszczył brwi i patrzył na nią, jakby taksując ją wzrokiem i upewniając się, że nie pomylił się przy ocenie.
- Profesjonaliści są przewidywalni. Strzeż się amatorów – rzekł tylko nim się rozłączył.

    Czuła się bezpieczna.
    Promienie słońca dotknęły jej twarzy, oślepiły na moment. Zmrużyła powieki, spojrzała na Gabriela. Ten uśmiechał się szeroko, szmaragdowymi oczami chłonąc blask słońca, rozkoszując się razem z nią ciepłem i dalekim, ale dobrze słyszalnym gwarem miasta. Jego poobijana, pokryta brudem i zadrapaniami twarz wyrażała bezgraniczne szczęście. Poczuła jak jej wargi wyginają się lekko, opornie w smutnym uśmiechu. Przylgnęła policzkiem do jego ramienia, nurtowana przez pewne pytanie.
     Nie nadawał się na zabójcę. Więc czemu nim, do cholery, jest?!

Editado por Holloweang, 10 agosto 2011 - 01:24 .


#5
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
    Część 8

    Z trudem dotarli do jednego z zapomnianych, zniszczonych tarasów, które niegdyś służyły za małe ogrody, odcięte murem zieleni od fioletowo-niebieskiego, technologicznego świata Ilium. Gabriel położył Visas na jednej z porośniętych bluszczem i cienkimi, kruchymi pnączami ławek. Implanty w przegrodach nosowych nie reagowały więc Kane uznał, że w powietrzu nie ma żadnych szkodliwych zarodników. Westchnął i spojrzał w górę, chcąc znaleźć jakiś punkt zaczepienia co do ich lokalizacji. Na tle nieba migotały aerowozy, jak stado pszczół prując przez przestrzeń powietrzną. Nie potrafił jednak dostrzec żadnych charakterystycznych znaków – holoboardów, neonowych liter z nazwami hoteli – które pozwoliłyby mu zorientować się w położeniu. Nic. Jakby trafili w jakiś ślepy zaułek.
    Visas syknęła i podkurczyła lekko nogi, walcząc z narastającym bólem. Medi-żel przestawał działać.
- Powinni nas szukać! - stęknęła ze złością, zaciskając pięści. Gabriel pokręcił tylko głową, chodząc między niskimi, barwnymi drzewami i rozglądając się po okolicznych budynkach.
- Nie. Jesteśmy poszukiwani. Trafilibyśmy do ******, a ja nie mam ochoty na egzekucję. Możliwe, że już nas szukają. Po prostu nie zdąrzyli nas jeszcze namierzyć.
- Więc? Co zrobimy? - zapytała, dysząc ciężko. Odwrócił się i przyjrzał jej krytycznym spojrzeniem:
- Musimy cie połatać. Jakaś klinika postawi cię na nogi w kilka godzin.
- Nie zgrywaj bohatera – warknęła – sam wyglądasz jak ofiara.
- Mam implanty. Nie jestem ze mną tak źle – odparł sucho i stanął nagle w miejscu, mrużąc oczy. Sekundę później uśmiechnął się lekko.
    Podszedł do niej i bezceremonialnie wziął na ręce, mimo jej gorących protestów, że może iść sama. Przez kilka sekund błądził po tarasie szukając wyjścia. Znalazł je – zarośnięte i prawie niewidocznie, gdyby nie słabo świecąca tablica z napisem „wyjście” pokryta w połowie mchem. Przedarł się przez chaszcze i jakąś odmianę ziemskiej róży po czym stanął, wyraźnie zadowolony wskazując na budynek wznoszący się dobre dwieście metrów nad nimi.
     Visas uniosła głowę, mrużąc oczy wobec ogromnych, lśniących liter.
    „Dentex”

    Dwanaście pięter wspinaczki po schodach nie było lekkim zajęciem nawet jeśli miało się cybernetyczne implanty wszczepione w ciało. Wszystkie windy po drodze albo zostały przeniesione na wyższe poziomy, albo zwyczajnie dezaktywowane ze względu na „brak używalności”. Gabriel ledwie doczłapał do rozsuwanych, szklanych drzwi z symbolami kliniki. Visas w tym czasie zdążyła już kilka razy zbladnąć, zzielenieć i zszarzeć, od czasu do czasu wypluwając trochę krwi lub sycząc z bólu. Kiedy wszedł do środka praktycznie zwisała mu w rękach, patrząc półprzytomnie,obojętnie na otoczenie i oddychając chrapliwie.
    Reakcja sztabu medycznego Dentex była jednak błyskawiczna.
    Najpierw usłyszał krzyki. Niewyraźne i chaotyczne, narastające i zbliżające się do niego wraz z ogłuszającym tupotem, niosącym się echem po hermetycznym korytarzu. Szara, błyszczące podłoga i białe, płytkowe ściany przypominały Gabrielowi bardziej wejście do psychiatryka niż kliniki. Ledwie poczuł jak ktoś ostrożnie wyciąga Visas z jego rąk, widział jak jej srebrne włosy znikają w kłębowisku nieskazitelnie białych kitli i fartuchów. Oparł się o kolumnę i osuwał się po niej, czując jak jego wola przetrwania, która dotychczas pozwalała mu stać na nogach powoli z niego ulatuje, odpływa wraz ze złudnym poczuciem bezpieczeństwa, które dał mu widok lekarzy. Resztkami świadomości zdołał tylko wybełkotać:
- Żadnej policji... Bez policji...

    ***Dzień później***

    Valia Yen zdjęła okulary noktowizyjne i przetarła oczy, zmęczone ciemnościami wymarłej części Illium, zwanej nieoficjalnie Śmieciowiskiem. Ona sama czuła się zmęczona. Najpierw afera z zabitym Widmem i prawie zabitym Widmem w centrum handlowym, potem ten czarny koleś z Przymierza, który – jak to malowniczo określił - „w dupie ma protokoły” i praktycznie siłą wyciągnął ludzkie Widmo z kliniki policyjnej gdzie ranni mieli czekać na przesłuchanie. Następnie seria wypadków ciągnąca się od dzielnicy ekonomicznej po dzielnicę rekreacyjną, która, według zeznań świadków, spowodowana była przez jeden i ten sam wóz, do którego właśnie teraz podchodziła. Jakby tego było mało na Illium przebywała na wolności dwójka zabójców, którzy prawdopodobnie współpracowali z Telą Vasir przy próbie zabójstwa T'Soni i Sheparda, a ona miała na karku trzecie Widmo. Które właśnie sapało zawzięcie w ów kark.
    Kurewsko fajny początek tygodnia, podsumowała w duchu.
- Mógłbyś przestać tak sapać? Zaraz się spocę przez to – warknęła do turianina. Spojrzał na nią, lekko zdziwiony i odsunął się dwa kroki:
- Ta wilgoć w powietrzu jest wkurzająca – stwierdził takim tonem, jakby mówił, że dwa i dwa to cztery: - Turianie...
- Tak, wiem – weszła mu w słowo - Nie lubicie wielu rzeczy.
- Asari lubimy – odparował, zerkając na nią wymownie.
- Spokojnie, chłoptasiu. Nie ze mną – ucięła, posyłając mu równie wymowne spojrzenie o treści „odwal się”. Wzruszył ramionami, wcale niespeszony.
     Obejrzeli dokładnie zniszczony wóz. Przód był całkowicie zmasakrowany. Silnik został zmiażdżony i wbity do środka, karoseria przypominała dużej wielkości sito. Wewnątrz sypały się z okablowań iskry, WI buczało raz ciszej, raz głośniej. Valia wpisała kod rejestracyjny pojazdu w bazie danych na swoim omni-kluczu i po chwili wyświetlił się jej wynik. Nie była zadowolona.
- Skradziony. Wczoraj. Zgadnij skąd...
- Centrum handlowe Dracon? - mruknął kpiąco turianin, rozglądając się ciekawie po wnętrzu. Wskazał ślady krwi na masce rozdzielczej i zapytał:
- Dałoby się to zidentyfikować? - asari rzuciła okiem na zakrzepłą, sczerniałą plamę i wzruszyła ramionami:
- Nie wiem. Pobierz próbkę to spróbujemy – obeszła samochód dookoła, zaglądając do środka ciekawie:
- A więc samochód został skradziony, ktoś robi nim burdel w mieście, rozbija się akurat w okolicy Azure gdzie Shepard i T'Soni utłukli Widmo... Świetnie. Kurwa, co za bezsens... - spojrzała na towarzysza, ten jednak nie skomentował. Pobrał próbkę i zaczął grzebać w samochodzie, rozszarpując wgniecioną karoserię wielkim nożem. Zmrużyła oczy. Od początku wiedziała, że ten gad wie coś o tej sprawie. Czego on, do cholery, szukał? Skrzywiła się, słysząc jęk rozdzieranej i zgrzytającej stali. W pewnym momencie podniósł nagle głowę i spojrzał na nią przez okulary noktowizyjne:
- Nic więcej tutaj nie ma – mruknął, ukradkiem chowając coś do kieszeni pancerza. Nie uszło to uwadze Valii.
- Ależ oczywiście – syknęła jadowicie i zajęła wpisywanie protokołów do bazy danych. Tylko podstawowe rzeczy, resztę uzupełni w swoim biurze.
- Więc? Jaka jest możliwość, że ta dwójka zabójców była w tym wozie? - zapytał jej, ostatni raz wciskając swoje łuskowate pazury w każdą szczelinę w aerowozie.
- Nie wiem – stwierdziła uczciwie – wydaje mi się, że to mogli być oni. Jednak nie możemy wykluczyć zwykłego przypadku. Przerażony uciekinier, złodziej wykorzystujący okazję...
- Rozumiem – odpowiedział krótko, niespecjalnie przekonany. Yen dałaby sobie dłoń uciąć za to, że te Widmo ma już jakąś własna teorię. Nigdy nie lubiła Widm. Zawsze wiedzieli coś więcej i nigdy nikomu tego nie mówili. A ta, jak on to nazwał, „współpraca przy śledztwie” to było zwykłe wciskanie kitu, żeby biurokracja Illium nie robiła problemów.
- Co z tą ludzką kobietą? Tą Widmo z Przymierza?
- Leży w Dentexie. Powinno być gdzieś niedaleko stąd.
- Dobrze – stwierdził – najpierw jednak chcę coś sprawdzić. Wiesz, obowiązki agenta.
- Jasne – sarknęła, po czym dodała szybko: – i tak pewnie nie pozwolą nam się do niej dobrać wcześniej, niż za dwa dni. Wiesz, prawo opieki medycznej...
- Wiem – uciął: - Muszę iść. Do zobaczenia – zniknął po kilku chwilach w ciemnościach, zostawiając ją samą. Nałożyła okulary noktowizyjne i uśmiechnęła się krzywo, oglądając jego oddalającą się sylwetkę:
- Sukinsyn.

     ***Dzień później***

    Ashley patrzyła się na turiańskie Widmo z niedowierzaniem:
- Skąd wiesz, że poluje na Sheparda? - Dante wzruszył ramionami, aż zaskrzypiały naramienniki. Poluzował je lekko:
- Po prostu wiem. Poluję na tego zabójcę od dawna.
- Cóż, kiepsko ci idzie – skomentowała zimno. Turianin nie wyglądał jednak urażonego – w jego twarzy trudno było doczytać się czegokolwiek:
- Zawsze to było przy okazji. Miałem, hm... Ważniejsze rzeczy do roboty i nigdy nie mogłem porządnie się za to zabrać. Teraz jednak mam wolną rękę.
- Akurat teraz? Jak poluje na Sheparda? - Ash rzuciła mu kolejne pełne nieufności spojrzenie. Poruszył się niespokojnie w krześle:
- Zadajesz strasznie dużo pytań, Williams. Mam gdzieś czy mnie lubisz czy nie. Ja tylko potrzebuję pomocy. Jeśli nie chcesz ratować swojego komandora – zrobił krótką pauzę, z mściwą satysfakcją przyjmując jej wściekłe spojrzenie i grymas na twarzy: - To po prostu poszukam pomocy gdzie indziej. Może u T'Soni... - machnęła gwałtownie ręką, jakby chciała go podrapać:
- Dość! - warknęła. Przez moment patrzyła na niego, tocząc sama ze sobą walkę. Kompletnie nie ufała temu obcemu. Nie podobała jej się jego postawa, jego ruchy i pełne fałszu spojrzenie. Ale co jeśli miał rację? Jeśli Shepard był w niebezpieczeństwie? Przypomniała sobie wydarzenia, które rozegrały się na Virmirze. Bolesne wyrzuty sumienia powróciły, gorycz porażki znów wypełniła usta. Wstyd. I dług. Pochyliła lekko głowę, zmagając się z decyzją.
- Pomogę ci – odpowiedziała i dodała hardo: - Ale mam cię na oku, Quin. Jeden fałszywy ruch, jedną tajemnicę za dużo... I przewietrzę ci czaszkę. Zrozumiałeś?
- Och, z pewnością. Uroczo – uśmiechnął się kpiąco, Ash nie potrafiła jednak tego dostrzec. Turianin wstał szybko. Dopiero teraz zauważyła, że cały czas obracał w dłoni kawałek jakiegoś ostrza. Bardzo starego ostrza. Podrzucił je, widząc jej spojrzenie i złapał:
- To pamiątka. A raczej jej mały fragment, który znalazłem wczoraj.
- Za co ścigasz, Kane'a? - turianin rozłożył ręce i roześmiał się głośno:
- Za to, za co wszyscy go ścigają! To zabójca! - stanął przy wyjściu i oparł dłoń o niewielki zielony przycisk do otwierania drzwi:
- Jutro przyjdę do ciebie z pewną oficer. O to co musisz wiedzieć: nie widziałaś mnie. Nie znasz mnie, ani Kane'a. Jesteś tak niedoinformowana jak niemowlę. Skontaktuję się z tobą jak tylko wyjdziesz z kliniki. Zrozumiałaś? - skinęła z trudem głową, zmuszając się do tego gestu całą siłą woli. Miała ochotę obić komuś twarz. Quin ukłonił się lekko i wyszedł szybkim, prężnym krokiem. Pozostawił za sobą tylko niepewność i kłamstwo.
Sekundę później w drzwiach pojawił się Ventalis z nietęgą miną:
- Eee...Nie mają tutaj kawy...
    Ash zaśmiała się w głos.

#6
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
 Część 9

    Gabriel ocknął się. Oczy zapiekły lekko, kiedy implanty drastycznie dopasowały się do braku oświetlenia, zmieniając tryb na nocny. Odwrócił wzrok i rozejrzał się. Było ciemno. Zaskakująco ciemno jak na placówkę medyczną o tak wysokim standardzie jak Dentex. Słabe, zielonkawe światło rzucane przez neonówkę nad lustrem odbijało się złowieszczo w rurkach i strzykawkach wypełnionych płynem. Poczuł nieprzyjemne ssanie w żołądku, złe przeczucia ścisnęły mocno i nękały umysł nieprzyjemnymi wizjami.
- Visas? - wychrypiał i spróbował wstać. Czuł jak świeżo posklejane mięśnie i ścięgna naciągają się i kurczą, jak wszystko pracuje zgodnie by utrzymać równowagę i balans. Zauważył swoje ubranie na niewielkiej półce obok pustego, wyraźnie używanego łóżka. Tutaj musiała leżeć Visas. Tylko gdzie jest teraz? Naciągnął szybko ciemne spodnie, włożył niedbale niewielki, odrobinę podarty przez wypadek kaftan z durastalową podszywką, narzucił krótki, czarny płaszcz, dziurawy w kilku miejscach i śmierdzący krwią. Odruchowo sięgnął po broń, nie znalazł jej jednak. Zmrużył oczy rozglądając się za metalowym błyskiem snajperki i zamarł, wypuszczając głośno powietrze z płuc. 
     W ciemności, na metalowych regałach stały organy najróżniejszego koloru i maści. Wiele z nich było poupychanych byle jak i jeszcze krwawiło na niebiesko lub … czerwono. Gabriel podwinął gwałtownie ubranie i obejrzał tors, poza siniakami nie znalazł jednak żadnych śladów nacięć. Rzucił się do lustra, przyciągnął zwisającą neonówkę tak blisko jak tylko się dało. Odetchnął z ulgą. Obejrzał jeszcze nogi i ręce, te również nie nosiły śladów skalpela. Spojrzał jeszcze raz z obrzydzeniem na pływające organy. Nie miał wątpliwości, że wyleczono ich tylko po to, żeby wyhodować w nich organy.
   
    Zza drzwi dobiegł go odgłos odpalanej piły. Zerwał się, w sekundzie znalazł się przy drzwiach i kopniakiem wyrwał je z magnetycznych zawiasów, przy okazji sprawdzając czy jego implanty są w pełni sprawne. Są. Drzwi rąbnęły o ścianę, rozległ się trzask pękającego szkła i mdły, głuchy mlask upadających wnętrzności na ziemię. W chwilę później do dźwięku dołączył smród. Kane ujrzał przed sobą scenę żywcem wyjętą z horrorów gore.
Wirująca w zawrotnym tempie piła zbliżała się szybko do przywiązanej do stołu chirurgicznego Visas, rozebranej do pasa. Widząc go wybałuszyła tylko oczy i krzyknęła coś przez zakneblowane usta, szamocząc się z więzami. Nad nią, za maszynerią stał salarianin z niewielkimi płatem wątroby w ręku. Jego twarz wyrażała bezgraniczne zdziwienie, widząc zabójcę w wyważonych drzwiach.
    Kane zareagował szybko. Doskoczył do ramienia utrzymującego piłę i pchnął je z całą siła na doktora. Salarianin uskoczył. Ostrze zawyło rozdzierająco, ramię zaczęło wirować po pokoju, tnąc wszystko w zasięgu ostrza. Retory i probówki pękały, krew i flaki bryzgały na wszystko i wszystkich. Doktor krzyczał coś niezrozumiale w swoim języku, ślizgając się na mokrej podłodze próbował dopaść do Visas. Gabriel zahaczył nogą o jelita o wyrżnął twarzą w podłogę, cudem unikając warczącego brzeszczota. Ramię podtrzymujące tarczę piły trzeszczało i jęczało metalicznie, wyginając i łamiąc się coraz bardziej. Visas jakimś cudem zdołała wyzwolić jedną rękę i słabym, biotycznym pchnięciem rzucić doktora wprost na piłę. Rozległ się trzask i nieprzyjemny bulgot, po czym do kolekcji flaków i krwi dołączyły jeszcze resztki doktora. Kane leżąc na ziemi odwiązał nogi i rękę partnerki, kątem oka obserwując coraz bardziej zaniżające szaleńczy taniec ostrze. Kreia upadła na ziemię dokładnie w tym samym momencie kiedy piła przeorała stół. Wspólnie przetoczyli się pod ścianę.
- Wywróć stół! - ryknął do niej, przekrzykując warkot i trzask pękających alembików. Przed oczami śmignął mu kawałek mózgu, sekundę później w ślad za mózgiem ścigały się kawałki jelit i coś, co wyglądało jak serce kroganina. Visas rąbnęła odkształceniem w stół. Podskoczył i przechylił się, piła zafurkotała wywijając w powietrzu jak wściekły bąk. Uderzyła jeszcze raz. Metalowe nogi pękły, stół zapadł się i zaczął przechylać w ich stronę. Gabriel odbił się, wyprężył jak struna i uderzył z całej siły czołem w spód. Stół chirurgiczny podskoczył i runął na ścianę, ramię zablokowało się, piła utknęła w stalowej framudze. Syknęło, dym buchnął ze spalonych złączy rozpylając dookoła smród spalenizny. Gabriel leżał wśród flaków i soków organicznych trzymając się za czoło, na którym pulsował i rósł sporych rozmiarów guz. Visas zniknęła i wróciła po chwili, już w swojej wydekoltowanej kamizelce. Podniosła partnera, starając się nie patrzeć na to co pokrywało i pływało po całym gabinecie.
- Miłośnik starych zwyczajów – stwierdziła i zerknęła na piłę po czym na to, co zostało z fartucha doktora.
- Masz szczęście. Jakie ty masz, kurwa, szczęście – sapnął, rozmasowując sobie czoło, drgnęła lekko chcąc coś zrobić i zawahała się. Nie zauważył tego, minął ją i otworzył pocięte i upaćkane drzwi.
- Chodź – powiedział – widzę, że ma tutaj pralkę. Skurwysyn miał gabinet we własnym domu.

     Po przebraniu się w niewygodne, sztywne ciuchy martwego już handlarza organami, znaleźli za jego szafką niewielki arsenał. Dobra broń choć daleko jej do tego co mieli przed wizytą w szpitalu, gdzie im ją pewnie odebrano.
- Kuwashii, moja Modliszka, granaty... Cały sprzęt poszedł się pieprzyć zanim nawet zdążyłem się nim pobawić. Ech, zawsze byłem oszczędny przy takich zabawkach – mruknął, sprawdzając czy karabin Motyka dobrze leży mu w dłoniach. Skinął zadowolony głową po czym odłożył go obok dwóch pistoletów. Visas siedząc na kanapie ostrzyła jeden z kilku noży, które znalazła w szafce z bronią. Na dodatek wzięła sobie ręczne działko Kat. Gabriel zerknął na holograficzny zegar znajdujący się nad lodówką.
- Trzy dni – powiedział. Kreia podniosła głowę:
- Co „trzy dni”?
- Trzy dni minęły odkąd ścigamy Sheparda. Najpierw zaatakowała nas agentka Przymierza, potem mieszkanie T'Soni... A następne?
- Dracon – rzekła po chwili namysłu zabójczyni – mała walka z agentami Handlarza. A potem wypadek i... - zająknęła się, nie mogąc sobie przypomnieć wydarzeń.
- Dentex i to – dokończył za nią. Westchnął, starając się ogarnąć rozumem ostatnie wydarzenia, które były niczym więcej jak strzępkiem obrazów w chwilach kiedy był przytomny.   
- Jakieś podsumowanie? - zapytał, nie za bardzo wiedząc co robić. Przyszpiliła go jadowitym spojrzeniem:
- Ależ jasne! - warknęła – Do tej pory idzie nam jak kurwa mać. Co i rusz pakujemy się w kłopoty, co i rusz chce ktoś nas zabić! Prędzej małpa dorwałaby Sheparda niż nasza dwójka! Człowiek-Iluzja nie będzie zachwycony. Co teraz? - rozłożyła ręce, śmiejąc się histerycznie:
- Nie wiem! Od dwóch dni nie wiemy gdzie jest Shepard, a on teraz może sobie pieprzy T'Soni na własnym statku na jakimś zadupiu galaktyki! Poszukuje nas całe Illium za, uwaga! Próbę zabójstwa T'Soni! Wysadzenie Draconu też pewnie zwalą na nasze łby. Więc tak, podsumowując, mamy zdrowo przejebane i nie mam zielonego pojęcia co teraz zrobimy! - odwróciła wzrok i zajęła się ostrzeniem noża, wściekle szarpiąc metal. Już na sam widok bolały zęby.
- Ludzie mogą jeść jedzenie salarian? - zapytał. Skinęła głową, nadal zła. Westchnął i nalał sobie do szklanki jakiegoś błękitnego płynu wyglądającego na alkohol. Stanął przy oknie, spoglądając na zachodzące słońce między wieżowcami Illium. Nie potrafił rozpoznać okolicy – doktor musiał mieszkać daleko od Dentexu. Jakim cudem w ogóle ich wywiózł?
Pił powoli błękitny płyn, smakujący jak połączenie soku jagodowego i wódki, zastanawiając się nad ich sytuacją. Ciszę rytmicznie przerywało ostrzenie noża przez Vasir. Pralka terkotała cicho piorąc ich ubrania.
- Póki co, odpoczniemy – powiedział w końcu, dopijając – Nie ma co szukać Sheparda na ślepo, poza tym ty ciągle nie jesteś w pełni formy – potwierdziła skinieniem głowy:
- Jutro odnajdę pewnych znajomych na Ilium. Wiem gdzie ich szukać, załatwią mi transport – spojrzał znów na horyzont, wracając do nieprzyjemnych wspomnień. Kreia wyczuła to i spojrzała na niego:
- Rozumiem, że może być nieprzyjemnie? - bardziej oznajmiła, niż zapytała. Nie czuł nawet potrzeby by jej odpowiadać.
- Transport... Będziemy musieli przejąć, oni nie mają w zwyczaju pożyczać... - urwał w pół zdania. Nic mu nie przychodziło do głowy. Żadnego planu B, tylko ta ostatnia deska ratunku. Oparł czoło o chłodną szybę, guz przestał boleć na kilka sekund by znów zawzięcie pulsować, rozdrażniając Gabriela. Poczuł się nagle zmęczony, jak jeszcze nigdy przedtem. Zamknął oczy, szukając w pamięci jakichś przyjemnych wspomnień. Te jednak były zbyt odległe, by mógł do nich sięgnąć.
- Ej – usłyszał szept przy uchu – poradzimy sobie – poczuł ciepło jej oddechu na karku. Nie odwracając się, otworzył oczy i spojrzał na jej odbicie w szybie:
- Wiem. Jednak cały czas mam wrażenie, że to piekło to dopiero początek tej roboty.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko przez ich oddechy i aerowozy lecące blisko wieżowca. Nagle Visas przybrała tę swoją hardą, wyzywającą pozę uśmiechając się przy tym zawadiacko. Zupełnie jak na początku, kiedy szykowali się do polowania:
- A teraz mi po wiesz jak zostałeś zabójcą – uśmiechnął się, choć przez sekundę czując lekkość i spokój.

#7
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 10

Przesłuchanie przez Valię Yen nie należało do najprzyjemniejszych doznań w życiu Ashley. Asari była bezpośrednia, ostra i strasznie dociekliwa. I również nie ufała Quinowi, co i rusz uciszając go gdy ten komentował jej pytania. Turianin wydawał się wtedy bardzo zadowolony i chichotał cicho, mrucząc jednocześnie coś pod gadzim „nosem”. 
- Więc nie wiesz nic o Gabrielu Kane, jego towarzyszce i jego domniemanej próbie zabicia T'Soni by dopaść komandora Sheparda? 
- Gdybym o tym wiedziała sama spróbowałabym ich znaleźć. Mam w końcu status Widma.
- Widmo, które leży w szpitalu postrzelone przez … no właśnie. Telę Vasir? - Yen uśmiechnęła się kpiąco, patrząc pogardliwie na komandoskę Przymierza. 
- Bywa – sparowała spokojnie Ashley, powstrzymując się w duchu od rąbnięcia mackowatą pokrakę w twarz. Przez kilka sekund sztyletowały się spojrzenia, jedna próbując odczytać drugą. 
- No dobrze – powiedziała w końcu oficer zrezygnowanym tonem – No dobrze. Dziękuję za współpracę. Quin, idziesz? - turianin, który od kilku chwil gapił się z otwartą szczęką na złoty aerowóz stojący w korku przed szpitalem, odpowiedział niemrawo:
- Ta, za moment – oficer wzruszyła tylko ramionami, rzucając mu pełne wrogości spojrzenie po czym skinęła głową na pożegnanie i wyszła, wyraźnie niezadowolona. Ash odetchnęła z ulgą, opadając z powrotem na poduszki. 
- Oczekuję, że ludzie z którymi pracuję będą lepiej kłamać – powiedział niespodziewanie turianin, wychylając się mocno by dojrzeć tablice odjeżdżającego złotego wozu. 
- Na ogół nie kryję co myślę – odpowiedziała chłodno. Widmo spojrzał na nią z politowaniem i usiadł obok na krześle, wyjmując kawałek czegoś, co wyglądało na syntetyczny baton i wkładając naraz do buzi:
- To zacznij – wykrztusił z pełnymi ustami. Ash nie skomentowała, więc spokojnie dokończył swój podwieczorek i zapytał:
- Jutro będziesz wolna? 
- Tak. 
- Dobrze. Zgarnę trochę ekwipunku dla ciebie, przyda się. Twój kumpel nie będzie robił problemów, jeśli to ja Cię odbiorę? Wylatujemy od razu po wyjściu. 
- Ventalis? Nie. Nie będzie. Przekażę mu co muszę. Jakieś namiary na system? 
- Wiemy, ze Shepard obecnie przebywa niedaleko Hagalaz. 
- Shepard? Mieliśmy ścigać twojego znajomka, nie uganiać się za komandorem...
- Mój znajomek będzie tam, gdzie twój komandor – turianin uśmiechnął się bezczelnie i rozbawiony patrzył jak na twarzy Ashley odbija się wściekłość. Uspokoił ją dość szybko, kiedy zaczęła robić się czerwona:
- Nie mam zamiaru dopuścić do śmierci komandora, nie musisz się o to martwić – zapewnił ją, gestykulując jakby chciał ją powstrzymać od rzucenia się na niego. Ash skinęła głową i warknęła ostrzegawczo:
- Mam, kurwa, nadzieję – Quin skinął głową, że rozumie. Odstawił krzesło i zebrał się do wyjścia, cały czas trzeszcząc swoim ciężkim pancerzem. Williams po raz skrytykowała spojrzeniem jego manierę chodzenia w pancerzu. Osobiście wolała zdejmować swój przy każdej okazji. No, prawie każdej. 
- Uprzedź swojego kumpla. I odpraw swoje rytuały przed misją, jeśli jakieś masz – powiedział turianin na odchodnym i wyszedł szybkim, energicznym krokiem. Odgłosy zakutych w pancerz nóg odbijały się jeszcze chwile po sterylnym korytarzu kliniki. 
Na tle białych ścian nagle pojawił się czarnoskóry Ventalis. Wielkie, poprzecinane siwizną wąsiska poruszały się lekko razem z oddechem kiedy patrzył na nią podejrzliwie. 
- Coś się kroi, młoda. Widzę to po tobie – burknął niechętnie i usiadł obok jej łóżka, garbiąc się i czekając na wyjaśnienia. Ash znała go na tyle, żeby wiedzieć kiedy jest zaniepokojony. Ale teraz był jeszcze ciekawy. Istniał tylko dwie rzeczy, które mogły wytrącić tego człowieka z równowagi. Polityka i niespodziewany widok dna chłodzonego kufla. Spojrzała na niego i wzruszyła ramionami:
- Dorze widzisz. Będę musiała współpracować z nim – rzuciła hardo, patrząc prosto w fioletowe oczy żołnierza. Ventalis nastroszył się:
- Mam rozkazy, Williams. Muszę cię dostarczyć do bazy Przymierza – odpowiedział chłodno, marszcząc groźnie brwi. Z jego wąsiskami wyglądał teraz jak dwudziestowieczny kowboj mający zaraz posłać kulkę między oczy przeciwnika. 
- Jestem Widmem.  – syknęła Ash, również mrużąc oczy. Przewaga efektu została zdecydowanie po stronie czarnoskórego żołnierza. 
- To nie znaczy, że nie odpowiadasz przed Przymierzem. Nie odwracaj się plecami od nas tylko dlatego, że dostałaś nową gwiazdkę i tytulik na uniformie – zripostował. Ash parsknęła niczym rozzłoszczona tygrysica i uderzyła otwartą dłonią w pościel:
- Ventalis, nie jestem dzieckiem. Wiem jakie masz rozkazy. Ja również mam, swoje własne. Jak widzisz, właśnie ze sobą kolidują. Nie będę wybierać między Shepardem a Przymierzem – przestała nagle krzyczeć  i skrzywiła się jeszcze mocniej, zdając sobie sprawę, że puściła farbę.  Żołnierz poruszył wąsiskami z namysłem. Słysząc nazwisko słynnego komandora zaczął myśleć. 
Na kilka chwil zapadła cisza, przerwana w końcu przez Ventalisa:
- Dobra – burknął niechętnie i dodał z namysłem – masz trzy doby, Ash. Więcej czasu ci nie mogę dać – Williams odetchnęła z ulgą, zmęczona kłótnią:
- Dzięki, stary druhu – powiedziała z wdzięcznością.
- Uważaj na siebie, młoda – rzucił na odchodne i wyszedł niezadowolony. 
Ashley nie miała jednak wyrzutów sumienia. 




Gabriel Kane wydawał się teraz całkiem innym człowiekiem. Wyrzuciwszy z siebie przez noc historię swojego życia, śmierć matki i zemstę, która uczyniła ze niego zabójcę, wydawał się jej spokojniejszy i pewniejszy siebie. Ciężko jej było uwierzyć, że ze zniechęconego, zagubionego najemnika stał się nagle zabójcą. Postanowiła nie ufać wrażeniu, choć sama czuła się o wiele lepiej wiedząc, że jej towarzysz odzyskał chęć do pracy i profesjonalizm. 
Nawet teraz, kiedy stali przed wściekłym Człowiekiem-Iluzją wydawał się być opanowany. 
- Zdajesz sobie sprawę jak ważne zadanie dostałeś do wykonania? - mimo że głos przywódcy i wizjonera był spokojny i chłodny, dało się w nim wyczuć złość. Visas poczuła gęsią skórkę. 
- Owszem – przytaknął Gabriel beznamiętnie – Schwytanie Sheparda to nie jest prosta sprawa. Dziwi mnie, że to ja i Kreia pracujemy przy tym zleceniu a nie ktoś o lepszych rekomendacjach. 
Człowiek Iluzja potarł lekko czoło i zaciągnął się, myśląc nad odpowiedzią:
- To nie jest twoje zmartwienie – powiedział w końcu – wiedz jednak, że nie mogę sobie pozwolić na kogoś z większą reputacją. Jestem za to gotowy udzielić wam wsparcia. Raz jeszcze. I tym razem porażka nie będzie traktowana łagodnie – mówiąc ostatnie zdanie spojrzał prosto na Visas. Nie uciekła wzrokiem, choć czuła jak w środku skręcają się jej jelita. 
- Rozumiem – Gabriel sprowadził uwagę na siebie – Jestem gotów podjąć się raz jeszcze tego zadania. 
Szef Cerberusa przez kilka chwil przypatrywał się mu z uwagą:
- Cieszę się, że dojrzałeś do tego zadania w tak krótkim czasie – stwierdził w końcu – najpierw jednak musisz wydostać się z Ilium. Mogę jedynie wam oferować moje kredyty, jeśli zajdzie taka potrzeba. Masz jakiś plan ucieczki? 
- Tak – odpowiedział natychmiast Kane z lekkim uśmiechem na ustach – Mam. 
Visas wyłączyła szyfrowane połączenie holograficzne łączące ich z siedzibą Iluzji. 




Siedziba Szmuglerów mieściła się w dolnej części miasta, opanowanej w głównej mierze przez volusów, turian i ludzi. Mieściła się blisko niewielkiego portu, gdzie najczęściej dokowały statki lokalnych bossów gangów. W powietrzu dało się wyczuć atmosferę kruchego, niestabilnego pokoju przestępczego półświatka. 
Zatrzymali się przed jakimś kasynem. Sądząc po obecnej dekoracji w postaci batariańskiej głowy nad powyginanym i popalonym szyldem i obecności turian, wczoraj zmienił właściciela. To oznaczało, że gang, którego szukał Gabriel, musiał się przenieść gdzie indziej. 
- Chodź – klepnął Visas po ramieniu i ruszył między coraz ciemniejsze i brudniejsze uliczki wypełnione martwymi albo rannymi. Ich ilość mówiła zabójcy, że to nie była wojna gangów lecz lokalna potyczka, osobiste porachunki. Uciekł przed wzrokiem jakiegoś kroganina, wyraźnie szukającego zaczepki i z ulgą stwierdził, że znalazł to czego szukał.
Terytorium turiańskiego gangu Valów. Część ekipy stanowili ludzie, których znał. Wszedł do najbliższego baru. Z jego werandy dobrze było widać przejęty przez mafię port kosmiczny. Zastanawiało go, czemu władze Ilium nigdy nie potrafiły go odzyskać. Odwrócił wzrok i rozejrzał się po publice w barze. Było zaskakująco cicho. Gabriel podszedł powoli do ludzkiego barmana i szepnął, kładąc na blacie dwa pliki kredytów po sto:
- Szukam agenta Cienia – barman zgarnął szybkim ruchem kredyty po czym odpowiedział:
- Jest na zapleczu – Kane przeszedł między stolikami i odczekał, aż barman otworzy im drzwi niewielkim guzikiem. Robił to już kilka razy, pamiętał procedury. Mimo to odczuł lekki dyskomfort. Kreia zwracała uwagę swoją urodą, a to tylko przeszkadzało. Odnotował to w pamięci, obiecując sobie, że coś z tym zrobi. 
Kliknęło, zamek magnetyczny ustąpił i drzwi otworzyły się lekko. Weszli szybko do przyciemnionego, wypełnionego zapachem potu i alkoholu pokoju. Drzwi natychmiast szczęknęły za nimi, magnesy złączyły się uniemożliwiając im wyjście. Był to subtelny znak, że w tym pokoju to nie klient stawia warunki. Zabójca spojrzał na krzesło w którym siedział łysawy mężczyzna. Jego twarz wyrażała zmęczenie, cienie pod oczami kontrastowały z bladą twarzą. Zapadłe policzki i mętne, niewyraźne spojrzenie sprawiały, że wyglądał jakby był nałogowym piaskowcem. Kane zauważył na stole rozsypane drobiny czerwonego piasku i kilka pustych kieliszków. 
- Harkin? - bardziej stwierdził niż zapytał. Schorowany mężczyzna podniósł głowę i przyjrzał się klientom.
Niegdyś był agentem Służby Ochrony Cytadeli. Kiepskim. Alkoholizm, korupcja i niechlujstwo doprowadziło do wywalenia go z SOC. Zajął się więc ukrywaniem i zmienianiem tożsamości w zamian za sporą liczbę kredytów. Stał się „Cieniem”, pewnego rodzaju specjalistą – pamiętał wszystkie procedury SOC co dawało mu sporą przewagę nad rywalami. Gabriel nie miał pojęcia czemu opuścił Cytadelę; kiedy ostatni raz go widział wydawał się niemalże nietykalny. 
Harkin spojrzał na nich zaskoczony:
- Kane. No proszę – odsunął dwa krzesełka i ruchem głowy polecił im usiąść. Para zabójców  wykorzystała chwilę by zrobić szybki przegląd pomieszczenia. Nie było tutaj kamer, nie dostrzegli również czujników. Zauważyli jednak, że lewa ręka Cienia cały czas w bezruchu spoczywa tuż przy krawędzi stołu, nawet kiedy pił lub odsuwał im krzesła. Visas spojrzała znacząco na Gabriela, ten jednak udawał, że tego nie widzi. Harkin zawsze był czuły na takie sygnały a kiedy je widział, robił się nieufny. Zajęli miejsca w krzesłach, były gliniarz rzucił okiem na młodą zabójczynię:
- Widzę, że masz jeszcze czas na rozrywki, zabójco. Brawo, brawo – skinął głową z lubieżnym uśmiechem. 
- Kiepsko wyglądasz, Harkin. Co ty tutaj w ogóle robisz? Czemu nie jesteś na Cytadeli? - były agent SOC prychnął i skrzywił się, przywołując nieprzyjemne wspomnienia. 
- Shepard i Vakarian – warknął rozdrażniony i pociągnął zdrowo z butelki. Lewa ręka była nieruchoma.
- Nie mam czego szukać na Cytadeli. Znaleźli mnie i rozwalili wszystko. Ledwie zwiałem dupkom z SOC. 
- Moment... Shepard cię załatwił? Kiedy? - Gabriel pochylił się lekko, zainteresowany. Harkin zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć dokładną datę. 
- Coś koło dwóch miesiaków... Może dwóch i pół. Od tamtego czasu dużo się wydarzyło. Jak widzisz – machnął ręką dookoła – staram się urządzić na Ilium. Nie idzie za dobrze. 
Znów zdrowo pociągnął z butelki. 
- Zakładam, że nie przyszedłeś w odwiedziny? - Cień rzucił zabójcy pytające spojrzenie. Przez chwilę panowało milczenie w którym Kane starał się ubrać w słowa swoją ofertę. 
- Potrzebuję natychmiastowego transportu z Illium. Po cichu, bez świadków. 
- Ciężkie zadanie – usłyszał w odpowiedzi – Ale wykonalne. I drogie. Mogę ci to załatwić za mniej więcej – były gliniarz przez chwilę liczył – sto pięćdziesiąt tysięcy, jeśli transportu potrzebujesz dzisiaj. Sto dwadzieścia, jeśli za tydzień. 
Gabriel udał, że się namyśla. Nie chciał wypaść na zdesperowanego – Harkin bezlitośnie podbiłby cenę widząc, że jest jego jedynym wyjściem. 
- Dobra – powiedział w końcu, udając niechętnego – niech będzie. Dzisiaj. 
- Świetnie. A więc mamy umowę – stary alkoholik uśmiechnął się z zadowoleniem i zaczął grzebać w swoim omni-kluczu, szukając odpowiedniego konta bankowego. 
- Wypłatę dostaniesz jak już wejdziemy na statek. Od Cerberusa – uprzedził go Kane. 
- Cerberus? - Cień skrzywił się i pokręcił głową, wyłączając narzędzie. Pomarańczowy blask interfejsu zniknął z pokoju. 
- Nie robie umów z Ceberusem, Kane. Wiesz o tym. 
- Harkin, muszę wydostać się dzisiaj. Nie jestem mile widziany na Ilium. 
- Co ty właściwie robisz dla tych fanatyków, zabójco? - Gabriel spojrzał mu prosto w oczy, modląc się w duchu, że stary pijaczyna ceni sobie zemstę:
- Poluję na Sheparda. 
Były agent SOC nawet nie próbował ukryć zdziwienia. Podrapał się po niechlujnym zaroście, rozważając wszystkie za i przeciw. 
- Nieźle. Naprawdę nieźle – mruknął, rozmyślając. Jego lewa ręka odstąpiła od krawędzi stołu, Kreia westchnęła cicho, spokojniejsza. Cały czas była gotowa do ataku w razie gdyby Harkin postanowił gwałtownie zerwać negocjacje. 
- Dobra – powiedział w końcu – ale potrzebuję zaliczki. Pięćdziesiąt tysięcy. Pozostałe sto po robocie. 




Trzy godziny później Cień wrócił do nich. Kane zauważył, że mężczyzna utyka mocno na prawą nogę. 
- Jest problem – mruknął na powitanie i nalał sobie kieliszek. Wypił zawartość jednym haustem:
- Nie uprzedzaliście, że jesteście poszukiwani – rzucił zabójcom pełne wyrzutu spojrzenie. Kane wzruszył tylko ramionami. 
- Turianie nie chcą was przepuścić do statku. Właściwie to jest nawet gorzej. Właśnie tutaj idą. 
Gabriel poderwał się gwałtownie i chwycił Harkina za kołnierz:
- Miałeś iść załatwić transport a wracasz tutaj z bandą turian!? 
- Ej, spokojnie! - Cień próbował się wyzwolić z uścisku – Zaprowadzę was do innego transportowca. Po cichu. 
- Ile? - warknął zabójca. 
- Trzysta tysięcy. To mój statek. Fakt, że go ukradłem... Ale wartość to wartość, co nie? - alkoholik pozwolił sobie na kpiący uśmieszek. Kane pchnął go na ścianę i wskazał Krei drzwi. Skinęła porozumiewawczo głową. 
- Jeden fałszywy ruch a skręcę ci kark – usłyszeli syczenie i ostry jęk metalu. Visas właśnie spaliła zamek magnetyczny, kupując im trochę czasu. 
- Spokojnie, dotrzymam słowa. Dostarczę was na statek – były agent SOC odzyskał równowagę i poprawił ubranie. 
- Widziałem tutaj jakieś przejście kiedy poszedłeś „negocjować” - warknął zabójca – zakładam, że prowadzi do doków? 
- Tak. Blisko mojego statku. Nie powinni nas zauważyć – Harkin przesunął niewielki stolik, niedokładnie zakrywający klapę w podłodze. Otworzył ją, wklepując kod. Ich oczom ukazał się szyb wentylacyjny – wystarczający by pomieścić kroganina. 
- Ty przodem – syknął Kane, celując z pistoletu w Cienia. Ten posłał mu nieprzyjazne spojrzenie, ale wszedł do przejścia bez zbędnych protestów. Gabriel nie miał ochoty go tłuc, ale zrobiłby to, jeśliby musiał. Był gotowy na taką sytuację. 
- Śmierdzi mi to pułapką – stwierdziła Visas, poprawiając pas z nożami. 
- Bądź gotowa. Harkin jest lojalny tylko forsie.
- Zauważyłam – srebrnowłosa zabójczyni wskoczyła do szybu. Kane usłyszał ciężkie, szybkie kroki napastników. Metaliczny stukot zdradził mu, że przeciwnik jest opancerzony i pewnie dobrze uzbrojony. Turianie nigdy nie przychodzili na walkę nieprzygotowani. Gabriel odpiął jeden ze znalezionych w mieszkaniu martwego salarianina granatów. Sygnatury na nich wskazywały na pochodzenie z STG, prototypowe uzbrojenie. To wiele wyjaśnia, pomyślał zabójca, przypominając sobie niewielką zbrojownię, którą znaleźli w mieszkaniu szalonego naukowca. Przyczepił granat tuż koło włazu i zniknął w samą porę by uniknąć wybuchu, kiedy turiański oddział wysadził drzwi granatnikiem. Klapa zatrzasnęła się za nim. 

PS. CZY KTOŚ WIE JAK MOGĘ PRZENIEŚC AKAPITY?!

Editado por Holloweang, 26 enero 2012 - 07:43 .


#8
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 11

Było lodowato. Przeciskając się ciasnym, ciemnym tunelikiem do wylotu wentylacyjnego, który wychodził niedaleko portu kosmicznego, Gabriel marzł na kość. Harkin czołgał się pierwszy, cały czas czując na pośladkach przytknięty pistolet Visas i mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Kane nasłuchiwał odgłosów z tyłu – ciężkie kroki i krótkie, szybkie krzyki ucichły, nie miał jednak pewności, że nie znaleźli tunelu.
- To tutaj – wychrypiał Harkin, szczękając zębami. Pchnął niewielką klapę, lecz Kreia przycisnęła go do neostalowych rur szybkim biotycznym rzutem:
- Ja pierwsza. Kane?
- Jasne – mruknął zabójca i wycelował w byłego agenta SOC, którzy spojrzał z wyrzutem na starego znajomego.
Protegowana Cerberusa pchnęła klapę i wyjrzała ostrożnie. Po chwili wyczołgała się na zewnątrz – ich uszu dobiegł jęk silników, uderzenia kontenerów i charakterystyczne dźwięki dźwigów wyładowczych.
- Teraz ty – Gabriel wskazał alkoholikowi klapę i cofnął się trochę. Po chwili sam wyszedł i odkrył, że znajdują się między ogromnymi kontenerami z uzbrojeniem. Rozejrzał się i upewnił, że nikt ich nie widzi.
- Nikt tu nie chodzi – mruknął Harkin, widząc co robi jego porywacz.
- Kamery? Wieżyczki? Roboty monitorujące?
- Nic.
- Lepiej byś nie kłamał – syknął Kane. Korzystając z okazji otworzyłem kolbą jedną ze skrzyń i wyciągnął sobie swoją ulubioną broń – karabin snajperski. Nie była to wprawdzie jego zmodyfikowana Modliszka lecz ten, który znalazł nie ustępował jej zbyt wiele. Odszukał jeszcze kolbę i zapas pochłaniaczy ciepła i po chwili broń wisiała na jego plecach zaraz obok karabinu szturmowego. Poruszał ramionami czując dyskomfort wywołany ciężarem.
- Potrzebujemy generatorów tarczy. I jakiegoś lekkiego pancerza. Wspomaganego, nie dam rady biegać z całym tym balastem na plecach.
- Nie potrzebuję. Potrafię stawiać Barierę. Poza tym walczę głównie nożami i biotyką – stwierdziła Kreia, cały czas celując w tył głowy porwanego.
- Kretynizm – mruknął tylko Gabriel i spojrzał pytająco na Cienia.
- Karabin możesz oddać mi. Umiem z niego korzystać.
- Po moim trupie. Gdzie są pancerze? - Harkin rzucił mu spojrzenie dobitnie świadczące, co sądzi o trupie Kane'a. Splunął:
- W tym kontenerze – wskazał na duży, biały kontener z przetartymi i zniszczonymi napisami „ArmTech Technology”. Kane przyklęknął przy zamku cyfrowym i po kilku chwilach zhakowany właz otworzył się. Zabójca nie tracąc czasu wmaszerował do środka i wybrał najodpowiedniejszy pancerz – lekkiego Kolosa od Kassa Fabrication. Kreia skinęła z uznaniem głową, patrząc jak jej kolega przymocowuje broń do magnetycznych nośników na plecach. Uśmiechnął się, czując lekkość ograniczaną tylko przez płyty pancerza:
- Znacznie lepiej. Teraz możemy ruszać.
- Mój statek jest po lewej. Kilkaset metrów od nas. Ludzki transportowiec z drugiej ręki – wyjaśnił Harkin, kiwając lekko głową by nie dotykać lufy pistoletu. Skierowali swe kroki ku niewielkiej przerwie w ustawionych kontenerach – zapewne dla strażników i robotników. Widok stamtąd na port był zadowalający.
Gabriel jednak nie był zadowolony.
- Świetnie, kurwa, świetnie – skomentował, patrząc na tuzin turian kręcących się po porcie. Większość z nich była dość ciężko uzbrojona, nie licząc dokerów. Wśród nich zauważył kilku ludzi. Kwestią czasu było aż grupa, która przyszła po nich do baru dotrze tutaj. Musieli więc działać szybko.
- I ty chciałeś nas przedostać na statek? - skierował pełne niedowierzania spojrzenie na Harkina. Ten wzruszył ramionami i burknął:
- Coś bym wymyślił.
- Trzeba będzie jakoś odwrócić ich uwagę – Kane rozglądał się po porcie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia.
- Awaria dźwigu wywołałaby spore zamieszanie. Jeśli by tak upuścić kontener z granatami – powiedział nagle Harkin.
- Teraz pomagasz? - prychnęła Visas, szturchając go lufą pistoletu.
- Liczę na zapłatę – odparował szczerze Cień krzywiąc się gdy poczuł chłód broni na potylicy. Gabriel spojrzał na ramię nośnika i prześledził trajektorię jego ruchu. Musiałby dobrze wymierzyć by kontener spadł pomiędzy strażników i pracowników. Granaty zrobiły by resztę.
- Są jakoś zabezpieczone?
- Granaty? Nie. Były, ale turianie stwierdzili, że w razie „nagłego” wypadku straciliby zbyt wiele czasu na rozpakowywanie ich.
- Świetnie – Gabriel przyjrzał się raz jeszcze budowie portu. Był to niewielki półokrąg, jedynie dla kilku uprzywilejowanych statków. W większości były to transportowce. Większość placu zajmowały najróżniejszej wielkości kontenery i części zapasowe, największe stały jednak po drugiej stronie – najbliżej okrętu Harkina. Kane myślał przez chwilę.
- W porządku – powiedział w końcu i spojrzał na Visas – mam plan.

Drobna, srebrnowłosa kobieta przeskoczyła nad rampą i wskoczyła zwinnie na platformę. Upewniwszy się, że kamera jej nie uchwyci, wślizgnęła się do pomieszczenia z windą przy podstawie dźwigu. Turianin wpatrywał się w monitory i co kilka sekund sprawdzał stan patroli. Przykucnęła za biurkiem i odczekała na moment, w którym obcy o gadziej twarzy zarządzi chwilę w przerwie komunikacyjnej by zniwelować szum i zsynchronizować połączenie, który powstawał przy częstych połączeniach na dużych, zasiedlonych planetach. Z wojskowym pazurem w ręku pokonała ostatnie kilka metrów dzielących ją od turianina i zabiła go szybkim pchnięciem w podstawę czaszki. Wytarła butem kilka kropel krwi, które spadły na podłogę i schowała ciało za automatem z batonami. Od tego momentu miała tylko kilka minut zanim przyjdzie kolejny raport oczekujący na instrukcje. Wyłączyła komunikację razem z kamerami i przebiegła puste korytarze śmierdzące smarem i palonym metalem. Wjechała windą na najwyższe piętro dźwigu. Za szybą migały jej widoki na złotawo-niebieskie Illium.
Wyskoczyła z windy i skierowała się swoje kroki – wedle wskazówek Harkina – do strefy technicznej, oznaczonej niewielką tabliczką. Zabiła w biegu kolejnego turianina. Zauważył ją, lecz nie zdążył sięgnąć po bron a już nóż tkwił w jego czaszce. Wpadła do pomieszczenia kontrolnego, gdzie siedział salarianin w kombinezonie roboczym. Podniósł ręce w geście poddania lecz Kreia nie chciała ryzykować – szybkim rzutem noża między oczy zabiła obcego.
Wyjrzała przez szybę i ujrzała na balkonie konsoli sterowania żurawiem. Była szkolona w kwestiach techniki i szyfrowania przez specjalistów Cerberusa, nigdy jednak nie uczono jej sterować ramieniem dźwigu. Po kilku długich minutach grzebania w interfejsie przesunęła krążek w prawo i obserwowała jak ramię przesuwa zgodnie z jej wolą. Nasterowała je i chwyciła wielki kontener na którym stał Harkin z Kanem. Dwie sylwetki zeskoczyły natychmiast gdy kleszcze zacisnęły się i wytworzyły stabilizujące pole magnetyczne. Odetchnęła z ulgą i podniosła ramię, przesuwając je na środek placu portowego.
Teraz czekała na Kane'a.

Gabriel kątem oka obserwował Harkina. Musiał oddać mu Motykę – dodatkowa siła ognia zawsze się przyda na wypadek gdyby zrobiło się za gorąco. Ale nie miał zamiaru dać się zaskoczyć. Stary alkoholik był lojalny tylko forsie a Kane obawiał się, że cena za schwytanie jego i Visas przewyższała jego ofertę.
Cień póki co stosował się do planu. Oboje biegli pędem na swoje pozycje. Kane'a na dach kontenera, osłonięty przez zezłomowane części i – jeśli się nie mylił – kilka pudeł z turiańskimi zabawkami erotycznymi. Harkin trochę niżej – za metalowe podwozia do aerowozów. Obaj mieli wystarczająco dobre kryjówki by przetrwać minutę. Wystarczająco dużo, jeśli plan się powiedzie.
Kane spojrzał na Harkina, który machnął krótko ręką. Przykucnął i oparł snajperkę o krawędź neostalowego pudła.
- No to zaczynamy – mruknął i namierzył pierwszego turianina. Wstrzymał oddech i odczekał kilka sekund. Wypuścił powoli powietrze i nacisnął spust. Huk strzału wypełnił mu uszy, kolba uderzyła lekko w opancerzone ramię. W niedoświadczonych rękach miotacz antynamaterii był bardziej zabójczy dla użytkownika niż ofiary. Kane jednak sprawnie zgasił siłę odrzutu pochylając lufę lekko do przodu. Turianin odgiął się nagle nienaturalnie i poleciał w tył, niesiony siłą pocisku. Z dziury na głowie wyprysnęła fontanna fioletowej krwi i pokryła powierzchnię portu fantazyjnym wzorkiem.
Dźwig zwolnił kontener.

Kreia zauważyła nagłe ożywienie wśród strażników, kątem oka wychwyciła grupę żołnierzy spieszącą do portu tuż przed strzałem Kane'a. Domyśliła się, że byli to łowcy nagród z baru. Zwolniła przycisk odpowiedzialny za stabilizację dźwigu i obserwowała jak uwolniony kontener ląduje z trzaskiem na środku.
Wybuch wstrząsnął portem, kiedy setki granatów uwolniły swoją niszczycielską siłę. Ostre, rozerwane fragmenty kontenera posiekały najbliższych dokerów i strażników, siła wybuchu wyrzuciła kilku innych za platformę i posłała w pustkę Illium. Gigantyczne kontenery przewróciły się przygniatając kolejnych, kolejne wybuchy wstrząsnęły okolicznym terenem. Kreia poczuła drżenie ziemi nawet tutaj. Nie miała jednak czasu obserwować tego chaosu. Wystrzeliła niczym torpeda w stronę windy, wyciągając pistolet i przygotowując swe moce. Była pewna, że kilku strażników przyjdzie sprawdzić dźwig.
Więc biegła, słysząc narastającą w porcie strzelaninę.

Kane padł na ziemię i przeturlał się wśród odłamków metalu. Wybuch był większy niż przypuszczał i zrzucił go z jego kryjówki. Razem z Harkinem wymieniali się teraz seriami strzałów, modląc się by nie zostać trafionym. Tarcze kinetyczne pancerza nie miały nawet czasu na regenerację. Zastrzelił w biegu kolejnych dwóch dokerów. Stary agent SOC zdjął tarcze opancerzonemu turianinowi, Kane posłał go do grobu celnym strzałem w czoło. Od statku dzieliło ich sto metrów. Kątem oka zobaczył jak na platformę wbiegają ciężko uzbrojone jednostki, kilka strzałów z zabójczą prędkością śmignęło mu przed oczami. Usłyszał jak pozostałe odbijają się od tarczy. Pociągnął Cienia za rękaw i wbiegł w dym. Padł na ziemię i zaczął czołgać się między szczątkami ciał i metali. Kolejny wybuch poderwał ich w górę i odepchnął – zabójca ujrzał tylko w locie otoczone niebieskim blaskiem rakiety. Zakrył głowę i szczęknął zębami, kiedy kolejna z nich uderzyła prosto w wyrwaną ścianę kontenera tuż koło niego. Wymierzył szybko z Miotacza i strzelił – pocisk bez przeszkód przedarł się przez tarcze i rozpołowił głowę wroga na pół. Ujrzał jak Cień zabija szybkim strzałem biegnącego w ich stronę turianina i biegnie dalej w kierunku statku. Gabriel zerwał się i pobiegł za nim – nie miał zamiaru by Harkin ich wykiwał i odleciał bez nich. Zbyt duże ryzyko. Obejrzał się, szukając wzrokiem wroga lecz tamci próbowali przedostać się przez ogień trawiący całą platformę. Zabójca dopiero teraz dostrzegł, że w jej środku ziała ogromna dziura w miejscu, gdzie uderzył kontener.
Kane poczuł radość. Teraz mieli realną szansę na ucieczkę. Dopadł do statku tuż po Harkinie i nie czekając aż rampa opadnie do końca wskoczył do środka. Wyrwał alkoholikowi Motykę z rąk:
- Odpalaj silniki, ja ich tutaj zatrzymam – były gliniarz skinął tylko głową i zniknął w kokpicie. Zabójca wychylił się lekko nad rampą i otworzył ogień do walczących z ogniem strażników, siejąc popłoch i śmierć.
Jednocześnie próbował znaleźć w tym chaosie błysk srebrnych włosów.

Kreia posłała kolejnego wroga w powietrze biotyką, dobiła strzałem z pistoletu. Czuła zmęczenie – wiedziała, że mocy nie starczy jej na więcej niż dwa ataki. Chwyciła za nóż mając nadzieję, że nie napotka już na więcej przeciwników.
Jej życzenie się spełniło – cała w obcej krwi i umorusana dobiegła spokojnie do labiryntu gigantycznych pojemników. Niewidoczna, zastrzeliła człowieka który szykował się do strzału z wyrzutni rakiet, wyraźnie celując w statek Harkina. Wskoczyła na przewrócone kontenery i przebiegła kilkanaście ostatnich metrów, skacząc tuż za linią ognia. Syknęła z bólu kiedy wylądowała na ostrych odłamkach metalu. Przetoczyła się po ziemi i sprintem dobiegła do statku. W wejściu czekał na nią Kane – cały i zdrowy.
- Gdzie Harkin? - spytała, wskakując do środka. Pod nogami czuła znajome drżenie silnika.
- Pilotuje – odparł Gabriel, zamykając pośpiesznie właz i chowając rampę. Usłyszeli jęk i zgrzytanie wyrywanych chwytaków, kiedy Harkin próbował wydostać się z mocowań trzymających statek. Po kilku chwilach poczuli jak pojazd unosi się w powietrze i odlatuje.
- Udało się – odetchnął z ulgą zabójca, siadając na podłodze wyczerpany. Wyłączył tarcze i odrzucił broń, jakby stała się nagle dla niego zbyt wielkim ciężarem. Kreia uśmiechnęła się zadowolona z sukcesu, równie wyczerpana, i usiadła obok niego.
Od strony drzwi dobiegł ich jednak paskudny, zachrypnięty głos:
- Nie wydaje mi się – Harkin wymierzył do nich z pistoletu z paskudnym, chciwym uśmieszkiem na twarzy.

Editado por Holloweang, 31 enero 2012 - 06:42 .


#9
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 12

Cień wycelował między cybernetyczne, szmaragdowe oczy Gabriela. Oboje zdawali sobie sprawę, że strzał z tej odległości byłby śmiertelny – tarcze nie odbiją pocisku.
- Nawet nie próbuj – warknął były gliniarz widząc jak Kreia szykuje się do biotycznego ataku. Srebrnowłosa zabójczyni spojrzała to na szantażystę to na swojego partnera i pozwoliła by energia zebrana w dłoni rozproszyła się. Spojrzała przy tym przepraszająco na Kane'a.
- Jesteście dużo warci – wybełkotał niewyraźnie Harkin – Więcej niż ta twoja oferta. Zabieram was do Strażnicy. Zamierzam zgarnąć tę nagrodę.
- Wiedziałem, że tak będzie – porwany spojrzał na wylot lufy, na jego wiecznie skrzywionej twarzy pojawił się grymas odrazy.
- Znasz mnie, Kane. Nie mów mi, że jesteś zdziwiony – zakpił Cień, starając się utrzymać broń nieruchomo. Z kabiny pilota dochodziły ich dźwięk autopilota, który właśnie próbował wlecieć w odpowiedni tunel powietrzny.
- Cerberus cię znajdzie – syknęła Kreia. W jej oczach płonęła pogarda gdy patrzyła na brudną, pooraną zmarszczkami twarz byłego gliniarza. Nie pozostał jej dłużny i odwzajemnił spojrzenie:
- Nie sądzę.
Syntetyczny głos z kabiny oznajmił, że do celu zostały mniej niż dwie minuty lotu. Gabriel myślał gorączkowo, rozpaczliwie szukając wyjścia z sytuacji. Jego blizna na policzku zniekształciła się kiedy usta wygięły się w uśmiechu zadowolenia:
- Cztery miliony – powiedział, spoglądając na Harkina. Ten odwdzięczył się nieufnym spojrzeniem:
- A jaką mam gwarancję na te cztery miliony? Znam cię, Kane. Rzadko dotrzymujesz umów.
- Tej dotrzymam – zapewnił spokojnie – Dostaniesz większość kredytów za wykonanie naszego zlecenia.
Cień parsknął cichym śmiechem.
- Oj, głupi zabójco. Te twoje zlecenie to samobójstwo. Schwytać Sheparda? Wiesz kogo on ma w załodze? Vakariana. Pamiętasz go, prawda? - zabójca skinął lekko głową, przypominając sobie nieprzyjemną historię z turianinem w roli głównej. Nie spuścił jednak wzroku ze swego porywacza, obserwując go w skupieniu.
- Wybacz, Kane. Nie zamierzam przyjąć oferty. To nieopłacalne – dokończył były agent SOC, wzruszając ramionami. Gabriel miał nadzieję na ten moment nieuwagi. Gdy tylko lufa odskoczyła lekko w bok rzucił się na przeciwnika. Kreia była jednak znacznie szybsza. Uderzyła niespodziewanie i brutalnie, ciskając w Harkina wiązkę biotycznej energii. Gliniarz poleciał w tył lecz zdołał wystrzelić raz z pistoletu nim z impetem wyrżnął głową w ścianę. Pocisk minął Visas o włos. W następnej sekundzie to ona stała nad zdrajcą, mierząc do niego z jego broni. Zabójca zdążył podnieść się z podłogi i wpadł do kokpitu, dopadając do konsoli transportowca. Autopilot właśnie podchodził do lądowania, budynek Strażnicy rósł szybko w jego oczach. Komunikaty wyświetlane na ekranie interfejsu ukazały nowe informacje - statek został zatwierdzony i dopuszczony do lądowania jeszcze przed ich ucieczką w porcie gangu. Cień od początku zamierzał ich sprzedać.
- Sukinsyn – prychnął pogardliwie i przejął stery. Kontrolka autopilota zgasła.
- Dasz radę? - Kreia stanęła koło niego, oceniając sytuację. Nie odpowiedział jej. Szarpnął z całej siły stery, statek zachybotał lekko jakby zaskoczony zmianą kursu. Na panelu przed nimi pojawiły się ostrzeżenia, sekundę później dołączyła do nich próba połączenia. Gabriel zaklął szpetnie, odciął szybko linię komunikacji.
- Będzie gorąco – stwierdziła jego partnerka wiążąc ich niedoszłego porywacza stalową linką, znalezioną chwilę wcześniej pod siedzeniem.
- Otwieram właz. Wyrzuć tego sukinkota i znajdź jakąś broń – rozkazał jej Kane.
- To ich spowolni – dodał, widząc pytające spojrzenie. Skierował swój wzrok z powrotem na lądowisko gdzie zbierali się ochroniarze. Zauważył wśród nich ciężko uzbrojonych strażników. Żołądek skurczył mu się gwałtownie na samą myśl o ostrzale. Zwolnił dźwignię odpowiedzialną za klapę śluzy. Szczęk metalu zagłuszył świst wydobywającego się z kokpitu tlenu. W napięciu obserwował jak członkowie Strażnicy, głównie asari, uskakują przed spadającym ciałem Harkina. Nie mógł słyszeć jak Cień z impetem uderzył o lądowisko ale był pewien, że towarzyszył temu trzask łamanych kości.
Szarpnął stery, pojazd uniósł się i zaczął przyśpieszać. Zacisnął zęby czekając na wystrzelone w jego stronę pociski, nic takiego jednak nie nastąpiło. Widocznie strażnicy obawiali się strat w cywilach – statek, który pilotował Gabriel znajdował się przecież tuż obok tunelu. Zamknął śluzę. Visas pojawiła się w kokpicie i usiadła obok niego z westchnieniem ulgi.
- Jeśli się obudzi, wyda nas – powiedziała, czesząc palcami potargane przez wiatr srebrne włosy.
- Może – Kane nie wydawał się tym przejęty. Kreia obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem.
- Na Ilium nie przepadają za takimi jak Harkin. Poza tym myślę, że jest kilka osób, które go pamiętają tutaj – wyjaśnił z tajemniczym uśmieszkiem mrużąc szmaragdowe oczy. Prawie zapomniała, że jej partner był już kiedyś na Ilium.
- Brzmi jak ciekawa historia...
- ...którą opowiem ci, jeśli przeżyjemy te zlecenie – wpadł jej w słowo, poważniejąc. Atmosferę planety opuścili w niczym niezmąconym hałasie pracującego silnika. Kiedy już mieli przed sobą ciemne niebo wypełnione gwiazdami, Kane włączył autopilota.
- Musimy skontaktować się z Iluzją – rzekł, wstając z fotela powoli. Dopiero teraz, gdy już opadła adrenalina i chwilowo był bezpieczny poczuł ból przeszywający jego ciało. Z trudem ściągnął z siebie pancerz, mieląc w zębach wiązanki przekleństw za każdym razem gdy jego mięśnie protestowały ruchom. Srebrnowłosa zabójczyni tymczasem zaczęła myszkować po transportowcu, szukając czegoś przydatnego. Wróciła ze świeżym ubraniem i kilkoma porcjami medi-żelu w momencie gdy Kane próbował rozprostować swój prochowiec:
- Spójrz! - ryknął gwałtownie, pokazując Visas pogięty i wygnieciony płaszcz. W jego oczach płonęła wściekłość:
- Spójrz! - powtórzył w złości – Jaki pomięty! Dlatego nie noszę pancerzy! - przyglądał się w rozpaczy wszelkim zgnieceniom na materiale.
Kreia buchnęła śmiechem.

Musiała przyznać, że Quin załatwił jej kawał dobrego sprzętu. Nowy pancerz leżał tak dobrze, że wydawał się być robiony specjalnie dla niej a broń była pierwszorzędnej jakości. Wolała jednak nie wiedzieć skąd turianin wziął to wszystko a on sam nie kwapił się by jej to powiedzieć.
Teraz siedziała w jego transportowcu, czekając aż skończy gadać z mechanikami. Salarianie mieli za zadanie ulepszyć pojazd. Sądząc po tonie i gestykulacji Dantego, spieprzyli sprawę. Translator Ashley co chwilę pikał, nie mogąc przetłumaczyć przekleństw wydobywających się z ust obcego.
- Cholerne płazy – z takimi słowami zjawił się w kabinie pilota i zasiadł za sterami. Chwilę zajęło mu uspokojenie się.
- Jaki jest plan? - zapytała Williams. Jej towarzysz przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią:
- Już ci mówiłem, człowieku. Będziemy trzymać się Sheparda. Twój pobratymiec, Kane, chce go dopaść. I tak, dopilnuję by twojemu komandorowi nie spadł włos z głowy – wyprzedził jej pytanie, dodając:
- Nie chcę jego śmierci.
- Kto by pomyślał – zakpiła.
Quin wystartował, przełączając natychmiast na autopilota. Gdy tylko komputer pokładowy przejął kontrolę nad pojazdem rozłożył się wygodnie w siedzeniu i zamknął oczy. Jego pancerz trzeszczał niemiłosiernie za każdym razem gdy się poruszył.
- Więc lecimy na Hagalaz? - Ash również zajęła wygodniejszą pozycję, specjalnie starając się hałasować swoim.
- Nie. Sheparda już tam nie ma. Kierujemy się na batariański system, mgławicę Żmija – kobieta nie kryła swojego zdziwienia, unosząc wysoko wąskie brwi:
- Co komandor miałby robić w batariańskim systemie? Skąd masz te informacje?
- Moje źródło to moja sprawa – prychnął turianin – Twój komandor ostatnio lata w dziwne miejsca i nikt dokładnie nie wie co robi. Słyszałem, że pracuje dla tej waszej organizacji. Cerberus – agent przesadnie zaakcentował ostatnie słowo jakby czekając na potwierdzenie ze jej strony.
Ashley zamilkła, przypominając sobie wydarzenia z kolonii Horyzont. Ich kłótnię. Żałowała tego jak wtedy postąpiła, oddałaby wiele by cofnąć czas. Ale nie mogła. Odrzuciła te myśli, zła na siebie, że znów rozpamiętuje jej spotkanie z Shepardem. Oboje poszli w inne strony, oboje ruszyli dalej. On teraz mógł ratować galaktykę przed Żniwiarzami a ona siedziała obok tego wkurzającego turianina, niepewna przyszłości.
Wbiła wzrok w ciemną pustkę między gwiazdami, wyobrażając sobie co teraz robi jej ukochany. Nie mogła wiedzieć, że niedługo stanie u jego boku walcząc o przetrwanie.
Z sąsiedniego fotela dobiegło ją głośne chrapanie.

Editado por Holloweang, 21 febrero 2012 - 02:04 .


#10
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 13

System Bahak, należący do Hegemonii Batarian, zgotował im nieprzyjemne powitanie. Najpierw wpadli na statek piratów, ledwie uchodząc z życiem. Mieli przy tym dużo szczęścia – działa wrogiej fregaty były tak rozkalibrowane, że strzelały dobre trzy jednostki od ich transportowca. Kiedy już zostawili w tyle fregatę korsarzy, wpadli prosto w pas asteroid otaczający gazowego giganta. Szaleńczy taniec pomiędzy gigantycznymi skałami zakończył się guzem na głowie Krei i skruszeniem zęba u Gabriela.
Człowiek Iluzja przesłał im szyfrowanym kanałem lokację Sheparda i kilka wskazówek dotyczących tego, czym komandor się obecnie zajmuje. Srebrnowłosa zabójczyni chciała bardziej szczegółowych informacji, jednak Kane powstrzymał ją.
- Wiemy wszystko co trzeba – stwierdził, odłączając węzeł komunikacyjny. Nawet jeśli Visas chciała zaprotestować to szybko się rozmyśliła widząc jego minę. Jej partner zdecydowanie nie był w najlepszym humorze odkąd wlecieli do przestrzeni batarian. Co kilka minut sprawdzał sensory i radary krótkiego zasięgu. Denerwowało ją to, lecz dzięki temu odkryli, że transportowiec Harkina posiada system maskujący. Pobór energii okazał się jednak za wysoki dla pojazdu więc w ukryciu mogli zostać najwyżej przez kilka minut.
Im bardziej poznawali funkcje i narzędzia, które posiadał skradziony statek tym pewniejsi byli, że służył on niegdyś do przemytu. Kreia przypadkiem odkryła ukrytą w podłodze szafkę wypełnioną starannie spakowaną bronią oraz torbą pełną kredytów. W szafkach spoczywały zmodernizowane omni-klucze, kapsuły hibernacyjne wypełnione były po brzegi kontrabandą. Grzebiąc w panelu odpowiedzialnym za system maskowania Kane odkrył, że transportowiec potrafi również przechwytywać sygnały nadawcze a nawet wykrywać dzięki nim niewielkie bazy lub osiedla, nie wspominając już o większych placówkach.
- To idealny statek do ścigania Sheparda – stwierdziła Kreia. Gabriel przytaknął bez słowa, podzielając jej opinię.
- Harkin musiał ukraść go komuś naprawdę ważnemu. Mam nadzieję, że nie będziemy mieli ogona – zauważył. Twarz miał nieruchomą jednak niepokój w jego głosie był wyraźny. Cybernetyczne, szmaragdowe oczy śledziły z uwagą odczyty radaru. Zastanawiało ją, czemu jest tak spięty. Jego twarz była bladsza niż zazwyczaj, nawet przecinająca policzek i skroń blizna wydawała się jaśniejsza.
Zamierzała go zapytać czemu zachowuje się jak paranoik. Nie chciała również by odkrył, że to ją martwi.
- Nie zauważyłam byś korzystał często ze swoich implantów – zaczęła powoli. Obrócił się w jej stronę, jego twarz wyrażała zdziwienie:
- No? - zapytał lapidarnie. Jego wiecznie skrzywiona twarz wykrzywiła się jeszcze bardziej, kiedy węszył podstęp.
- Czemu? - postanowiła pójść okrężną drogą i nie przechodzić od razu do tematu. Przez chwilę myślał nad odpowiedzią.
- Ty od jakiegoś czasu nie jesteś już pyskata. Nie zachowujesz się jak rozwydrzony bachor – stwierdził chłodno. Zabójczyni zmrużyła lekko oczy, urażona tą uwagą.
- Trzeba było powiedzieć wcześniej – żachnęła się.
- Ja sam nie zachowywałem się profesjonalnie. To zadanie jest... prawie niewykonalne. Dalej nie wiem, czemu Iluzja zatrudnił właśnie mnie. Nas – poprawił się szybko, czując jak Kreia wbija wzrokiem szpilę w jego kark.
- Dalej nie wiem czemu przestałeś używać implantów – przypomniała mu srebrnowłosa.
- Nie było takiej potrzeby. Zresztą niektórych używam cały czas. Wyżej skaczę, szybciej biegam. Dodatkowych funkcji zwyczajnie nie potrzebowałem – nie umknęło jej, że stara się panować nad twarzą i odruchami.
- Podczas walki na Ilium mogły się przydać.
- Za dużo akcji – pokręcił głową – zbyt szybko wszystko się działo. Kreia, o co tak naprawdę chodzi? Moje implanty mają się w porządku, zwyczajnie nie było potrzeby ich używać. Większość roboty odwalają same – wstał i stanął naprzeciw niej, patrząc prosto w jej lazurowe oczy. Wydawał się analizować wyraz jej twarzy, mimikę. Nie była pewna czy to umie – zdała sobie sprawę, że niewiele wie o prawdziwych zdolnościach jej partnera.
- O co chodzi? - powtórzył. Visas cofnęła się lekko, złożyła ręce na piersiach:
- Odkąd wlecieliśmy do tego systemu zachowujesz się jak paranoik. Co chwila patrzysz na radary, sprawdzasz stan systemów, monitorujesz sygnały cieplne z planet, które nie są naszymi celami! - wyrzuciła z siebie jednym tchem. Kane zmarszczył brwi, nerwowo przygładził kasztanowe włosy.
- Pomyśl – zaczął takim tonem, jakby stwierdzał coś oczywistego – wszyscy wiedzą, że Shepard próbuje powstrzymać Żniwiarzy. Sama to mówiłaś w naszym apartamencie na Ilium. Ja też w to wierzę, eliminowałem za dużo brudów polityków by im teraz ufać. A teraz? Jesteśmy w systemie batarian. Shepard nie wleciałby tutaj bez powodu, a ja obawiam się, że powodem są Żniwiarze. Dość słyszałem o zdolnościach tych cholernych maszyn! - pod koniec wywodu Kane niemal szeptał. Na jego twarzy malowały się niepewność, gniew. Opadł z powrotem na fotel pilota i wbił spojrzenie w przestrzeń przed sobą. Wydawał się zmęczony.
- Muszę schwytać Sheparda, inaczej Cerberus sam mnie sprzątnie. Jednak... Boję się, że jeśli mi się uda... to w gruncie rzeczy spierdolę sprawę – mimo że nie musiał tego robić to przetarł oczy starym odruchem. Naciągnięta skóra ujawniła na ułamek sekundy siateczkę blizn otaczających mikroskopijnych rozmiarów nanoprzewody. Kreia zmogła w sobie chęć do dalszego bombardowania go pytaniami:
- Prześpij się – powiedziała z troską. Zabójca skinął tylko głową i oparł głowę o fotel. Chwilę później spał. Usiadła obok niego kątem oka sprawdzając radary. Po jej głowie krążyły różne myśli.

Quin miotał się po całym transportowcu, rzucając narzędziami i klnąc na wszystkie duchy.
- Jak to nie jest już koło Hagalaz? To gdzie, kurwa, jest? Żmija? Skąd masz te informacje? Dobra, zrozumiałem. Na kolejny raz radzę byś sprawdził dokładniej – turianin rozłączył się dramatycznie ciskając komunikatorem w szyb filtrowania powietrza. Rozległ się chrzęst sugerujący, że wiatraczki nie obeszły się łagodnie z urządzeniem. Ashley spojrzała na to z dezaprobatą – nie widziała w życiu wielu turian, ale miała wrażenie, że nie kontrolujący emocji Dante stanowi wyjątek wśród swoich pobratymców.
- Mam takich kilka – burknął wyjaśniająco widząc jej spojrzenie.
- Ta, jasne – rzekła obojętnie wracając do czyszczenia naramienników. Quin podszedł do konsoli pilota i przez chwilę wpisywał współrzędne:
- Twój komandor skończył interesy na Hagalazie – warknął niezadowolony – jest teraz w przestrzeni batarian. Musimy zmienić kurs.
- W życiu bym się nie domyśliła – sarknęła ze złośliwym uśmiechem, ukrywając swój niepokój. Jej towarzysz zerknął na nią z ukosa powstrzymując się od komentarza.
- Zastanawia mnie co Shepard robi na terenie Hegemonii. Chce wywołać wojnę? Nie, to przecież Shepard – rozważał głośno, drapiąc swoje pokryte łuskami policzki. Ash dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie widzi na jego twarzy żadnych tatuaży. Garrus wspominał niegdyś, że stanowią one znak przynależności do klanu. Lub hierarchię klasową, nie mogła spamiętać. Wiedziała jednak, że były ważne. Wróciła do naramienników nie chcąc, by Quin zauważył jak się mu przygląda. On jednak był zajęty swoim myślami:
- Hmm... Ta. To chyba jedyne wyjaśnienie. „Żniwiarze”... - westchnął.
- Co „Żniwiarze”? - Ash odłożyła naramienniki z myślą, że nigdy nie doczekają się porządnego wyczyszczenia. Za każdym razem coś jej przerywało. Wbiła drapieżnie zmrużone oczy w twarz turianina, powtarzając pytanie:
- Co „Żniwiarze”?
- Wiadomym jest o... obsesji twojego komandora. WIDMA są podzielone przez niego. Jedni twierdzą, że naprawdę jakaś banda superinteligentnych maszyn zmasakrowała galaktykę kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Zamiast wziąć się do roboty latają od Thesii po systemu batarian w poszukiwaniu „artefaktów” i „dowodów”. Drudzy myślą, że Shepard oszalał prze ten nadajnik na... tej waszej super ważnej koloni, jakkolwiek się nazywała – wyrzucił z siebie, przerywając parę razy by odpowiednio dobrać słowa.
- Żniwiarze istnieją – stwierdziła stanowczo, niemal agresywnie była pani sierżant, przypominając sobie wydarzenia sprzed dwóch lat. Quin machnął dłonią jakby odganiał muchę, prychając przy tym pogardliwie:
- Jasne. To gdzie są? Czemu nic o nich nie wiemy?
- A gdzie byłeś podczas ataku na Cytadelę? Nie widziałeś tego pieprzonego statku...
- ...Gethów? - wpadł jej w słowo agent – Ta, jasne. Widziałem. Gethy mogły go stworzyć.
- Pieprzysz Quin. Jesteś tak samo ślepy jak Rada. Szukasz wymówek dla swojego strachu – zamarła gdy jej towarzysz gwałtownie się obrócił i wycelował w nią palcem tuż przed jej nosem. Nigdy nie widziała by ktoś poruszał się tak szybko, nawet Shepard.
- Nie nazywaj mnie tchórzem, ludzka samico – wycedził. Przez chwilę mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, każde gotowe do bijatyki. Dante cofnął dłoń i usiadł za sterami, skrzypiąc przeraźliwie pancerzem ku złości Ashley.
- Skoro wierzysz w to co mówisz to czemu nie jesteś ze swoim komandorem, na jego statku? - zapytał bez cienia złośliwości, jakby samemu rozważając nad tym co powiedział. Nie doczekawszy się odpowiedzi, dodał cicho:
- To pewnie długa historia. A teraz się sprężmy. Jeśli Shepard ma rację, wolę żeby nie wpadł w łapy Kane'a.

- SSV Normandia – Kane przyjrzał się fregacie należącej do jego celu. Robiła wrażenie. Na chwilę odezwała się w nim żyłka technicznego maniaka, kiedy obliczał prawdopodobną moc silnika generującego efekt masy i sposób w jaki ukrywała się na radarach. Szybko sobie przypomniał, że mogą zostać zauważeni – mimo że uruchomili swój własny, efektywny choć krótkotrwały, system maskowania. Gabriel wątpił jednak, że zdołają się ukryć przed technologią zaszytą w kadłubie SSV Normandii.
- Piękny okręt – stwierdziła Kreia, przyglądając się fregacie razem z nim.
- Owszem. I lepiej zejść mu z pola widzenia – przyśpieszył, starając się iść po jak najszerszym łuku i mając nadzieję, że nikt na statku Cerberusa nie wyjrzy przez okno w ciągu najbliższych kilku minut. Jednocześnie cały czas starał się trzymać kurs na sygnatury wyświetlone kwadrans temu przez radar.
- To musi być jakaś baza – powtórzyła kolejny raz Visas, chodząc w kółko z podniecenia. Była już uzbrojona i przebrana – znalazła dość dobry, lekki strój z kilkoma wzmacniającymi podszewkami. Przydatne przy walce kontaktowej. Przed kulami miał obronić ją pas generujący tarcze. Srebrnowłosa zabójczyni okazała się mistrzynią myszkowania, znajdując schowki w miejscach na które Kane by nawet nie spojrzał. I tylko dzięki temu znaleźli kilka naprawdę przydatnych rzeczy. Mimo że większość z nich była dostosowana do potrzeb turiańskich użytkowników to zdołali je przerobić. W kąt poszły tylko pancerze i spora część garderoby. Gabriel sam zrezygnował ze zbroi, którą ukradł przemytnikom na Ilium na rzecz swojego płaszcza i lekkich ochraniaczy. W gruncie rzeczy cieszył się, że wpadł na Harkina – stary glina zawsze potrafił znaleźć coś wartościowego do skradnięcia. A ten turiański frachtowiec był jego strzałem w dziesiątkę.
Przebił się przez atmosferę i zniżył lot, podchodząc do lądowania obok bazy. Ich oczom ukazała się powierzchnia planety, w szybę uderzył deszcz.
- Tam! - Kreia wskazała na niebieski prom na obrzeżu zabudowań. Szybki rzut oka wystarczył by wiedzieć, że była to baza wojskowa – świadczyły o tym stanowiska z wieżyczkami i uzbrojone pojazdy po przeciwnej stronie ośrodka. System wykrywania zamigotał nagle na czerwono, na ekranie pojawiło się kilka komunikatów.
- Kurwa – zabójca przyśpieszył gwałtownie, jego szmaragdowe oczy śledziły szybko rzędy cyferek i informacji. Wiecznie skrzywiona twarz wykrzywiła się jeszcze bardziej.
- Co? Wykryli nas? - Visas rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu pocisków albo wrogich oddziałów. Jej spory biust zaczął podskakiwać kiedy statek chybotał mocno podczas hamowania na autopilocie.
- Nie – Kane wyskoczył z siedzenia, odrzucając dłonią włosy zalatujące mu na oczy. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy mechaniczne dźwięki jego implantów, kiedy w pośpiechu zakładał uzbrojenie. Widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, spojrzała na ekran. Coś w jej żołądku przekręciło się nieprzyjemnie. Za nimi leciał kolejny prom.
- Musi być z Normandii!
- Serio?! - usłyszała kpiący krzyk z pomieszczenia gdzie znajdowała się zgromadzona kontrabanda. Zabójca wcisnął jej w ręce niewielką torbę:
- Bierz co się da – amunicję, granaty, emitery, wzmacniacze. Ja przeprogramuję statek – skinęła głową i zaczęła wrzucać do środka wszystko w zasięgu ręki, on sam wbiegł z powrotem do kokpitu. Dopadł do konsoli.
- Trzydzieści sekund do lądowania – oznajmił beznamiętny, syntetyczny głos. Gabriel uruchomił swój omni-klucz, zsynchronizował go z systemami na statku. Przez kilkanaście sekund wpisywał kolejne komendy i łamał szyfry, w końcu jednak zdołał przeprogramować systemu frachtowca tak, żeby reagował na jego polecenia omni-kluczem. Teraz będzie mógł go wezwać, o ile będzie w zasięgu.
- Mam! - w drzwiach pojawiła się Visas, torba wypełniona sprzętem wisiała na jej plecach.
- Ja też – odpowiedział. Razem stanęli przy wrotach. Statek wylądował twardo, rampa uniosła się lekko a drzwi zaczęły otwierać. Nie czekając, przecisnęli się przez szczelinę w rozsuwanych ramionach śluzy. Kane rzucił okiem na niebo. Prom leciał prosto na nich, podchodząc do lądowania. W otwartych drzwiach stał strzelec.
- Uważaj! - krzyknął i rzucił się na Kreię, spychając ich z linii strzału. Pocisk śmignął obok nich, utkwił w warstwie błota ochlapując im twarze. Przeturlali się po rozmokłej ziemi za górkę śmieci. Korzystając z osłony stanęli na nogi.
- Tam! - cyborg wskazał na jedyne widoczne wejście. Pędem dopadli do niego i rzucili się do środka – niecelny strzał snajpera musnął włosy zabójcy. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi Visas biotycznym uderzeniem uszkodziła instalację zasilającą.
- To da nam trochę czasu – stwierdziła, dysząc ciężko. Kontrolka przy wejściu zmieniła swój kolor na pomarańczowy. Pomogła Gabrielowi wstać; dopiero teraz zauważyli, że są umorusani i mokrzy. Nie zwracając na to uwagi, Kane wyciągnął z jej plecaka dwie miny a następnie rozmieścił po obu stronach drzwi.
- Mieliśmy cholernie dużo szczęścia, że nie trafili w torbę – rzekła Kreia kiedy już kierowali się w głąb ośrodka zrujnowanymi korytarzami. Na podłodze leżał varren – świeżo zabity.
- Niezła ruina – stwierdził zabójca, rozglądając się po zniszczonych ścianach i uszkodzonych okablowaniu. Iskry sypały się na podłogę, niektóre wystające przewody błyskały, sycząc przy tym nieprzyjemnie. Większość korytarza pokryta była dziwnym, pulsującym mchem który obrastał szczeliny ociekające wodą. To miejsce było mocno zaniedbane.
Za zakrętem natknęli się na cele.
- To więzienie? - spytała Visas, próbując pozbyć się z twarzy resztek błota.
- Wygląda na to, że Shepard próbuje kogoś uwolnić. Nie słyszę jednak alarmu. Chyba nas nie zauważyli. Ani jego – wydedukował sobie Kane, przyglądając się w biegu celom. Były nieużywane od długiego czasu, poza tym nie zauważył niczego interesującego. Wspięli się na wyższe piętro kiedy usłyszeli za sobą wybuch: znak, że ich ogon poradził sobie z drzwiami a potem natrafił na miny.
Gabriel rozłożył kolejne dwie na rampie prowadzącej na wyższe poziomy licząc, że chociaż zrani tym oddział pościgowy. Następnie oboje dobyli broni, szykując się do walki.
- Dorwijmy go – rzuciła z uśmieszkiem Visas, biegnąc przodem. Zabójca ruszył za nią po chwili wahania. Miał złe przeczucia.

#11
Holloweang

Holloweang
  • Members
  • 897 mensajes
Część 14 (ostatnia)

Wybuch wstrząsnął podłogą. Zatrzymali się gwałtownie i odczekali aż pył razem z niewielkimi fragmentami gruzu opadną a podłoga przestanie drżeć. Usłyszeli krzyk – Gabriel przysiągłby, że usłyszał charakterystyczny dla turian chrapliwy, głęboki głos – i szybkie, ciężkie uderzenia stóp o twardą ziemię.
- Pojedyncze? Przecież było ich dwóch – szepnęła Visas, słysząc zbliżających się przeciwników. Rzucili się biegiem w stronę najbliższych drzwi mijając martwych strażników, batarian. Bez wątpienia była to robota Sheparda.
- Jakim cudem miny ich nie zabiły? - warknął cicho zabójca, skręcając w nowy korytarz, znacznie nowocześniejszy i zadbany niż poprzednie. Pociągnął za sobą Kreię, ratując ją tym samym przed zderzeniem ze stertą metalowych pudeł. Wpadli do słabo oświetlanego pokoju przypominającego pokoje kontrolne, weryfikujące statki i promy. Kroki ich przeciwników były coraz głośniejsze – Kane rozpoznawał już pojedyncze plaśnięcia lekkich, szybkich stóp wcześniej zagłuszane przez uderzenia pancerza o ziemię. Zatrzasnął drzwi, przez chwilę majstrował przy magnetycznym zamku by go uszkodzić. Wiedział, że tylko odwleka pościg lecz nic innego nie mógł zrobić. Odbezpieczył broń, kontrolki zmieniły kolor z niebieskiego na czerwony. Obrócił się i ze zdziwieniem ujrzał Visas grzebiącą w komputerach. Minę miała niewesołą.
- Shepard odleciał – powiedziała sucho - Prawdopodobnie. Jakiś prom odleciał chwilę temu z... niejaką Kenson. Była więźniem, Shepard musiał ją odbić. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo kto inny mógł to być? - spojrzała na niego błękitnymi oczyma jakby z nadzieją, że coś powie. Wzruszył tylko ramionami.
- Na szczęście mam jego koordynaty – kontynuowała – Musimy tylko zgubić pościg.
- Nie wraca na Normandię? - jej towarzysz przyjrzał się plikom, gorączkowo przerzucając nazwy i liczby. Wrogowie się zbliżali. Srebrnowłosa zabójczyni pokręciła przecząco głową:
- Kieruje się na … tę asteroidę – wskazała palcem wielki głaz krążący po sztucznej orbicie, napędzanej przez efekt masy. Gabriel poczuł niezdrowe podniecenie, którego nie powinien odczuwać zabójca. Uspokoił się szybko, nie mógł jednak odepchnąć od siebie myśli, że są bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Przynajmniej od czasów Ilium, kiedy niemalże otarli się z Shepardem ramionami.
- Zgraj te dane, byle szybko – polecił jej. Coś uderzyło mocno w ich drzwi, rozległ się jęk wyginanego metalu. Usłyszeli głos drella, spokojny i wyważony, sekundę później doszedł do niego ostry ton turianina. Drzwi zaczęły syczeć i buczeć, hakowane z drugiej strony. Kreia ściągnęła potrzebne dane, oboje pobiegli w stronę jaśniejszej części korytarza. Po lewej mignął im pokój przesłuchań. Na podłodze leżał martwy strażnik, przy wejściu drugi z przestrzeloną głową. Zniknęli za zakrętem w tym samym momencie gdy za nimi rozsunęły się skrzydła magnetycznych drzwi. Ich pościg ruszył za nimi jeszcze szybciej, jakby przeczuwali, że para zabójców ma nowy plan.
- Batarianie! - krzyknęła Kreia. Wpadli na grupkę zaskoczonych żołnierzy, zajętych zbieraniem ciał. Dwóch z nich zginęło niemal natychmiast z ręki Kane'a, od noża i pistoletu. Kolejny nie dał się tak łatwo zaskoczyć – Visas uniknęła ciosu kolbą, jej ramię rozbłysło fioletowo kiedy cisnęła biotycznie przeciwnikiem o ścianę z chrzęstem łamanego kręgosłupa. Opadające ciało powaliło ostatniego wroga na ziemię. Zabójca dopadł do leżącego przeciwnika, kopniakiem skręcił mu kark. Wszystko to trwało nie dłużej niż kilka sekund. Wystarczająco dużo by ich pościg zbliżył się niebezpiecznie. Bez sekundy zwłoki skierowali się do widocznych niedaleko wind. Ku ich przerażeniu aktywna była tylko ta najdalsza i najgorzej ustawiona. Musieli okrążyć cały, gigantyczny szyb mieszczący sześć platform. Nie mieli czasu by wzywać kolejne, na dodatek konsola wydawała się niezdatna do użytku. Kane obejrzał się: ich przeciwnicy właśnie przeskakiwali nad świeżo zabitymi batarianami. Jego cybernetyczne oczy zmieniły kolor ze szmaragdowego na błękitny, kiedy zrobił zbliżenie na ich twarze. Poczuł jak serce zatrzymuje się na sekundę a potem przyśpiesza gwałtownie, bijąc o żebra. Żołądek zsunął się mocno zostawiając za sobą pełną strachu pustkę.
Krios i Vakarian. Każdego z nich spotkał tylko raz i miał nadzieję, że nie zobaczy już nigdy więcej. Obrócił głowę, oczy wróciły do normalnego koloru. Odetchnął głęboko w biegu, wyrównując oddech.
- Szybciej! - krzyknął, słysząc jak naboje śmigają koło jego głowy. Poły jego płaszcza wygięły się nienaturalnie do przodu, podziurawione, tarcze rozbłysły odbijając pociski.
- Padnij! - Visas pchnęła go za skrzynki, spychając z linii rażenia fali uderzeniowej rzuconej przez drella. Sama uskoczyła za podest ze schodami. Wszystko na jej drodze poderwało się do góry lub wystrzeliło, zasypując ich gradem śmieci i kurzu. Kane poczuł jak jego noże wyskakują z kieszonek wyrwane siłą uderzenia. Stracił je z oczu kiedy zniknęły w stercie żelastwa. Leżąc już na zimnej podłodze Kreia odwdzięczyła się biotycznym uderzeniem. Krios przyklęknął, sparował uderzenie barierami, Garrus nie miał jednak tyle szczęścia. Sapnął i runął na plecy z głośnym jękiem, jego pancerz zatrzeszczał nieprzyjemnie. Gabriel wtoczył się za kupkę pudeł jednocześnie ostrzeliwując przeciwników, zmusił ich do znalezienia osłony. Na chwilę zapadła cisza, przerywana przez toczące się po podłodze narzędzia i chrapliwy oddech gramolącego się za osłoną turianina. Visas przywarła do ziemi za schodkami, niczym kocica gotowa do ataku. Po jej ciele przesuwały się fioletowe obłoczki biotyki, przypominające postrzępioną mgłę. Nie atakowała jednak – patrzyła na Gabriela, czekając na jego polecenia. Mimo sytuacji poczuł perwersyjną satysfakcję z tego, że w akcji traktuje go jak dowódcę.
- Kane! - odezwał się niespodziewanie Vakarian – Spodziewałem się batarian. Co ty tu, do cholery, robisz? - zabójca przez chwilę myślał nad odpowiedzią, rozważając jak wymknąć z patowej sytuacji. Ubiegł go jednak Thane:
- Znam go. To zabójca. Walczył z batarianami więc nie jest z nimi. Nie jest też z nami. Wiedział, że Shepard tu jest więc musi polować na komandora. Mniemam, że z ręki Cerberusa – drell mówił tak jak Kane to zapamiętał: szybko, płynnie, z tą niezachwianą pewnością siebie.
- Wiedziałem, że Cerberus jest wkurzony na Shepa bo rozwaleniu tej bazy... Ale nie sądziłem, że Człowiek Iluzja jest tak zdesperowany zatrzymać naszego truposza – Garrus wychylił się lekko, próbując dojrzeć ich kryjówki. Gabriel poczęstował go kilkoma strzałami po których musiał wymienić magazynek.
- Co jest, Kane? Oko ci się popsuło? - zakpił turianin.
- Szkoda mi niszczyć takie blizny! - odszczeknął Kane.
- Och, Krogankom się spodoba! - Visas obserwowała wymianę zdań ze zdziwieniem. Jej usta poruszyły się bezgłośnie kiedy zadała pytanie. Jej towarzysz skinął głową.
- Poddaj się, Kane – drell próbował minąć ich z lewej. Kreia szybkimi strzałami posłała go z powrotem za stertę narzędzi, gdzie się ukrywał.
- Wiesz, że nie mogę, Krios. Cerberus mi nie popuści.
- Szkoda byłoby Cię zabić. Ciebie i twoją dziewczynę – Archanioł zerknął szybko na wystający kucyk Visas. Gabriel przez chwilę to rozważał – głównie ze względu na bezpieczeństwo Visas – jednak szybko sobie przypomniał jak znajomy turianin działał. Spojrzał na aktywną platformę windy. Była niedaleko. Przy odrobinie szczęścia jedno z nich mogło dobiec i polecieć za Shepardem. Ale tylko jedno. Odetchnął głęboko próbując ukoić nerwy. Zdał sobie nagle sprawę jak mocno nie chciał umierać. Spojrzał na Visas. Jej błękitne oczy śledziły ruchy przeciwnika w skupieniu. Błękitne oczy, które tak bardzo przypominały mu kolor morza w Vancouver. Dom. Zwykły dom.
Odetchnął po raz ostatni. Skinął na nią ręką, pokazał jej co zamierza zrobić. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, które szybko przerodziło się w oburzenie. Nie było jednak czasu. Przez chwilę wydawało się, że zaatakuje wrogów niczym rozszalała tygrysica. Kane poczuł ulgę kiedy skinęła z trudem głową. Wyszeptała coś, nie potrafił jednak odczytać jej słów.
- Kane? Ostatnim razem byłeś bardziej wygadany – turiański snajper wiercił się niecierpliwie za stalową balustradą schodów, prowadzących na podium z uszkodzoną konsolą.
Zabójca pokazał swej towarzyszce palce. Trzy. Dwa. Jeden.
Gdyby ktoś obserwował scenę z boku widziałby jak wszystko idealnie zgrało się w czasie, zupełnym przypadkiem. Dokładnie w tym samym momencie gdy Visas i Gabriel wyskoczyli ze swoich kryjówek, Vakarian i Krios zrobili to samo. Młoda, niedoświadczona zabójczyni była najszybsza. Z całych sił cisnęła biotyczną falą w stertę narzędzi i złomu walających się po podłodze. Śruby, mechaniczne klucze, części robotów, rusztowań i pordzewiałe części wind wystrzeliły w stronę towarzyszy Sheparda. Krios upadł na plecy, uderzony przez wielką rurę w brzuch, turianin zasłonił się rękoma przyjmując wszystko co leciało na twarde łuski. Visas spojrzała przelotnie na Gabriel, szepnęła ciche „wróć” i zerwała się do biegu. Kane wycelował, nacisnął spust jednocześnie ruszając w stronę starego znajomego z SOC. Pierwsze dwa strzały sparowały tarcze. Trzeci uderzył w pancerz sprawiając, że turianin musiał cofnąć się o krok. Czwartego już nie oddał.

Visas dopadła do windy, uruchomiła ją. Z rozpaczą ujrzała jak turianin staje szybko na nogi i uderza kolbą jej towarzysza, wytrącając z jego dłoni pistolet. Ułamek sekundy później obaj byli rozbrojeni, wymieniając kolejne ciosy. Kane był szybszy, implanty dawały mu również przewagę siły i wytrzymałości, jednak nie mógł przebić pancerza przeciwnika. Krios leżał nieprzytomny, przygnieciony żelastwem. Winda ruszyła w górę. Nim zniknęła w szybie zobaczyła jak Gabriel otrzymuje pierwszy cios.

Całymi siłami zmusił się by ustać na nogach. Zignorował szum w głowie i ból, skupił się na sparowaniu kolejnego, szybkiego ciosu. Vakarian miał przewagę zasięgu, Kane był zwinniejszy, szybszy. Odbił przedramieniem zakutą w pancerz pięść, przerzucił ciężar na prawą nogę, uderzył od dołu. Turianin zgarbił się lekko przyjmując uderzenie na brzuch i kolejne w kolano. Cofnął się, zaczęli się okrążać, jednocześnie szukając luki w obronie drugiego. Wpatrywali się w siebie z uwagą i skupieniem godnych kochanków. Kane spróbował zaatakować, zawahał się jednak i cofnął. Chwilę później to samo zrobił Archanioł. Gabriel miał nadzieję, że Visas dotrze do statku Harkina, dopadnie Sheparda. Inaczej Cerberus stwierdzi, że jest bezużyteczna. Słyszał wystarczająco by wiedzieć co strażnicy ludzkości robią z bezużytecznymi zasobami. Strąk włosów opadł na jego oczy, nie pozwolił sobie jednak go odtrącić. Implanty oczne Gabriela pracowały na pełnych obrotach szukając luk w pancerzu turianina lecz włosy przysłoniły im widok. Z boku usłyszeli cichy jęk drella – Krios się budził. To kiepska wiadomość dla Kane'a. Pozwolił sobie na chwilę nieuwagi co Garrus wykorzystał bez wahania. Skoczył do przodu i chwycił zabójcę w pasie, biegnąc w stronę szybu. Mężczyzna z przerażeniem zaczął się szarpać i tłuc turianina po głowie, ten jednak biegł jeszcze szybciej chcąc zrzucić go do szybu. Przypadkowo przesunął ręką po boku, twarde, na pół wysunięte z kieszonki ostrze noża połechtało jego palce. Dobył go w przypływie radości i dźgnął turianina w twardy kark. Ostrze weszło tylko na parę centymetrów, wystarczyło jednak by Vakarian krzyknął z bólu i zachwiał się. Kane przechylił się w lewo z całych sił ciągnąc ciało w dół. Upadli na posadzkę, pokrywając się kurzem, zabójca poczuł ostry ból i pieczenie w miejscach gdzie rozciął sobie skórę o ostre, metalowe odłamki. Vakarian rąbnął głową w coś metalowego, padł na ziemię oszołomiony. Gabriel uderzył go łokciem w środek czaszki, pozbawiając go przytomności, zamachnął się chcąc zadać śmiertelny cios nożem. Usłyszał ciche plaśnięcia za sobą, stopy uderzające szybko o ziemię. Obrócił się akurat w momencie gdy biotycznie wzmocnione cios uderzył w jego nos, łamiąc go. Uderzenie cisnęło go podłogę, odbił się od niej zostawiając za sobą czerwonawy ślad. Krew buchnęła z nozdrzy, zimna i ciepła jednocześnie, łzy zostały powstrzymane przez implanty. Poczuł metaliczny, ostry smak w ustach, w skroniach eksplodował ból kiedy Krios kopnął go mocno w głowę. Serce biło boleśnie, nieregularnie, zmęczone przyśpieszonym pompowaniem krwi na potrzeby implantów. Nanoroboty nie nadążały się replikować by zapewnić ich odpowiednie działanie. Stanął chwiejnie na nogach, półprzytomnym wzrokiem patrząc na o wiele lepszego i doświadczonego kolegę po fachu. Z którego ręki zaraz zginie.
Przez chwilę wymieniali się ciosami, miał jednak wrażenie, że Thane bardziej pozoruje walkę jakby z szacunku do Kane'a. Oczy drella nic nie wyrażały. Kolejne uderzenie złamało Gabrielowi dwa żebra. Cofnął się, wypluwając krwi, bezwiednie zasłonił się ręką przed kolejnym ciosem. Bezskutecznie. Grzmot spadł na jego głowę, mimo implantów ujrzał przed oczami światełka. Poczuł chłodne dłonie zaciskające się na podstawie szczęki, gotowe do gwałtownego wykręcenia jego głowy. Zacisnął zęby, ostatnim zrywem odepchnął się od ziemi uderzając mocno w klatkę Kriosa i ratując swój kark. Oparł się szybko o kolumnę, przesunął do niej plecami. Ból w klatce piersiowej odbierał mu oddech, implantom kończyła się energia. Krew zalewała jego nos i usta dodatkowo utrudniając oddychanie. Nie miał siły nic powiedzieć, więc uśmiechnął się tylko gorzko do drella. Przegrał. Wiedział, że przegrał. Kątem oka zobaczył jak Vakarian staje na nogi rozmasowując miejsce gdzie dźgnął go Kane.
Jestem beznadziejny, pomyślał Kane. Zostałem zabójcą bo to jedyne co potrafię. Zabijać. A i tak jestem w tym beznadziejny. Chciał pomyśleć o tylu rzeczach a jednocześnie nie potrafił się skupić na żadnej. Osunął się lekko w dół, prawie siedząc na podłodze. Drell przyklęknął przy nim. Wydawało się, że był smutny.
- Krios – wypluł trochę krwi, zakrztusił się. Musiał mieć przebite płuco – Pamiętasz... Te misję na Ilium? Zaćmienie?
- Tak, Kane. Pamiętam.
- Nigdy nie pytałem – wypluł jeszcze więcej krwi. To nie mogło być tylko płuco. Jego serce krwawiło, przeciążone pracą implantów.
- Nie pytałem – podjął znów – jak mnie oceniłeś?
- Dobrze się spisałeś. Jesteś utalentowany – Gabriel uśmiechnął się groteskowo przez zaciśnięte z bólu zęby. Zdziwił się jak wiele radości przyniosła mu ta wiadomość – mimo że wypowiedziana z ust jego zabójcy. Poczuł przypływ dumy.
- Zawsze myślałem, że jestem kiepski – przed oczami mignął mu Vakarian. Po chwili usłyszał jak majstruje przy panelu windy, próbując ściągnąć ją na dół. Mimo to drell nie śpieszył się, nawet jeśli wiedział, że Kane kupuje czas.
- Nie jesteś – odpowiedział. Mężczyzna skupił się, czując jak słabnie. Jeszcze jedna rzecz, pomyślał.
- Ratujcie ją – wycharkał przez krew – Shepard... To od początku było niemożliwe zadanie. Od początku. Misja... samobójcza – dokończył na wydechu. Rozkaszlał się i osunął na bok, zimną posadzkę pokryły krople krwi.
- Nie dajcie jej. Wiem, że Żniwiarze... Wierzę. Ja nie mogę... - urwał.
Przez chwilę widział fale przy jego domku w Vancouver. Przy brzegu stała samotna postać, machająca w jego stronę kiedy stał na werandzie rodzinnego domku. Zmrużył oczy by się jej przyjrzeć. Srebrne włosy oślepiały odbijając promienie słońca, błękitne oczy były łudząco podobne do rozciągającego się za nią morza. Pozwolił sobie przez chwilę pomarzyć.
A potem usłyszał ostatni strzał.

- Nie musiałeś tego robić – Thane spojrzał z odrazą na dziurę w głowie zakrwawionego trupa.
- Nie mamy czasu. Ja też go lubiłem, ale jego dziewczyna ciągle ściga Sheparda – Vakarian odłożył pistolet i wskoczył na platformę. Krios wykonał niewielki gest nad ciałem martwego zabójcy, jakby oddając mu hołd, po czym dołączył do turianina.
- Szkoda go – stwierdził tylko Garrus. Drell skinął głową w milczeniu.
- Zamierzałem go zastrzelić gdyby się poddał – przyznał się Archanioł, wstydliwie odwracając wzrok od ciała, dopóki nie zniknęło im z oczu.
- Ja też. Teraz jednak to nieważne.
- Jak go poznałeś?
- Pracował ze mną na Ilium podczas... mojego ostatniego zlecenia. A ty?
- Przez jakiś czas opiekowałem się nim w SOC. Ukradł jedzenie jakiemuś volusowi, więc go zgarnąłem. Zarzygał mi całe biuro – turianin uśmiechnął się do wspomnień.
- A potem? - Thane również się uśmiechnął.
- Okazał się całkiem sprawnym agentem. Chciałem go wcielić do SOC, ale zniknął. Jak kamień w wodę.
- Szkoda.
- Taa – burknął były gliniarz i zamilkł.
Platforma wyjechała w końcu do hangaru. W ich słuchawkach trzasnęło, po chwili usłyszeli znajomy głos Jokera:
- ...ios? Garrus? Zabierajcie dupy na statek, ale już! Nie mamy wiele czasu!
- Co się dzieje, Joker? - turianin przycisnął słuchawkę by wyraźniej słyszeć.
- Shepard nam odleciał razem z tą Kenson. Wezwijcie prom i wskakujcie na statek zanim nasz komandor ściągnie nam kolejne problemy na głowę.
- Się robi – potwierdził Vakarian i spojrzał pytająco na Thane'a. Ten jednak pokręcił głową przecząco:
- Wygląda na to, że zabójczyni jest zdana na siebie. Nie możemy opuścić komandora.
Archanioł przytaknął bez słowa.

Visas zabijała. Wściekle, z furią. Jakby chciała wyładować na każdym przeciwniku to, że zostawiła Gabriela. Z krzykiem zmiażdżyła głowę kolejnemu strażnikowi, gwałtownym szarpnięciem skręciła kark kolejnemu nim chociaż zdołał ją trafić. Rozejrzała się – lecz cały oddział leżał martwy, od biotyki lub pistoletu. Do statku dzieliło ją zaledwie kilkanaście metrów. Obok stał prom, który ich ścigał. Ten widok dodał jej trochę otuchy – oznaczało to, że Kane albo jeszcze walczy albo nawet wygrał. Wpadła do transportowca Harkina, zamknęła śluzę i odpaliła silniki. Przez chwilę wahała się jeszcze, chcąc zostać i poczekać.
- Nie. On by tego nie chciał – stwierdziła po kilku minutach wypatrywania swojego towarzysza. Wystartowała, wgrała do systemu pliki pobrane wcześniej z bazy batarian. Autopilot natychmiast skoordynował lot, kierując się na wskazane parametry.
Opadła na fotel. Jej oczy błądziły w pustce jakby oglądała coś, co tylko ona mogła zobaczyć. Na przemian uśmiechała się i smutniała, jej oczy koloru morskich fal niedaleko Vancouver błyszczały i gasły niczym gwiazdy. Oparła głowę na zakrwawionych dłoniach chcąc ukryć przed sobą drżenie podbródka. Niespodziewanie huknęła pięścią w poręcz fotela.
- Silna! Masz być zabójczynią! Silna! - powiedziała do siebie łamiącym się głosem. Uderzyła raz jeszcze. I jeszcze. I kolejny raz. Biła poręcz tak długo aż się złamała i zraniła ją w nadgarstek. Ujrzawszy to, skarciła siebie za brak opanowania. Na powrót zastygła w zamyślonej pozycji.
Trwała tak dopóki autopilot nie oznajmił, że zbliżają się do celu. Wyrwana z rozmyślań spojrzała na interfejs odczytując dane. Wstała i przygotowała się, odzyskując siły. Spróbowała zmazać trochę krwi z kombinezonu i twarzy, rozmazując plamy jeszcze bardziej. Transportowcem rzuciło mocno, zawisł z trudem koło lądowiska. Otworzyła śluzę i wyskoczyła. Z ulgą ujrzała, że nie czeka na nią komitet powitalny. Przechodząc przez drzwi zerknęła na zegar wyświetlony nad nimi. Wskazywał piętnaście minut. Nie chciała sprawdzać co zdarzy się za kwadrans, przyśpieszyła więc do biegu. Ze zdziwieniem zobaczyła kilka trupów z symbolami Przymierza na pancerzach. Przy rozwidleniu kierowała się ich ilością – zakładała, że im ich więcej tym bliżej Sheparda będzie. Biegnąc przez laboratoria i mijając kolejne korytarze pełne krwi i upuszczonych pochłaniaczy ciepła nie mogła się skupić. Dręczyło ją poczucie dziwnej pustki, kiedy nie biegła za łopoczącym płaszczem Gabriela. Odgoniła te myśli od siebie. Jeszcze go nie straciłam, pomyślała, choć nawet w jej głowie nie brzmiało to pewnie. Ze złością przyśpieszyła jeszcze bardziej, kiedy nagle syntetyczny głos obwieścił:
- Dziesięć minut do zderzenia – serce Kreii zabiło szybciej. Zegar. Zderzenie? Przed sobą ujrzała sporą salę.
- Gdzie jesteś, Shepard? - sapnęła w biegu, wpadając do sali. Po prawej ujrzała monitor z symulatorem eksplozji. W pierwszej chwili nie rozumiała kiedy ujrzała tam okrąg wydobywający się z przekaźnika masy. Chwilę potem jednak zrozumiała. Poczuła jak powietrze uchodzi z niej razem z całą nadzieją na powodzenie misji. Przez chwilę śledziła na komputerze zniszczenie całego systemu.
- Gabriel – szepnęła cicho. Zacisnęła zęby, potrząsnęła głową. Nie mogła się teraz poddać. Pobiegła dalej, korytarzem oznaczonym jako „Lądowisko”. Dopadła do magnetycznych drzwi, odcinających ją od próżni w przestrzeni.
Przed sobą ujrzała jeden z najpiękniejszych widoków w całej galaktyce. Przekaźnik masy był tak blisko, że wydawał się na wyciągnięcie ręki. Niebieskie światło drażniło jej oczy i oślepiało, nie odwróciła jednak wzroku. Przesuwające się z wielką prędkością ramiona więziły w środku efekt masy, gotowy by przenieść statek w dowolne miejsce w Galaktyce. Przesunęła wzrok i dopiero teraz zauważyła samotnego człowieka stojącego na lądowisku. Za nim ciągnęła się śmierć, tuzin trupów i powalony mech porywani przez próżnię. Wiedziała, że to Shepard. W jej głowie na chwilę rozbrzmiało nieprzyjemnie pytanie. Jak ona mogła się z kimś takim mierzyć? Coś złotego unosiło się obok komandora. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. Hologram przedstawiał gigantyczny statek, przypominający kałamarnicę. Wydawał się rozmawiać z Shepardem – ten drugi gestykulował rękami. To o tym mówił Gabriel? Żniwiarz?
Obserwowała w milczeniu jak hologram znika. Normandia pojawiła się nagle na tle gwiazd, komandor zniknął w jej wnętrzu. Sekundę później zniknęli w przekaźniku, chwilę przed uderzeniem.
- Nie – jęknęła Visas. Usiadła na podłodze, zrezygnowana.
Nie miała wielu rzeczy o których chciała pomyśleć. Żałowała kilku rzeczy, lecz zepchnęła je gdzieś na zakamarki umysłu. Skupiła się na ostatnich dniach. Uśmiechnęła się smutno do wspomnień, tak jak to zrobiła zaledwie godzinę temu w statku Harkina.
- Jesteśmy beznadziejni – stwierdziła, całkiem przytomnie.
A potem zniknęła w fali światła.

Koniec przygody Gabriela i Visas

*** Miesiąc później ***

- Kane nie żyje – powiedział Quin gorzko, siadając obok Ashley.
- A więc był w systemie – stwierdziła krótko, wstając.
- Owszem. Teraz... Muszę się znaleźć gdzie indziej. Dziękuję za współpracę, Williams – Ashley uścisnęła jego dłoń, uśmiechając się krzywo:
- Nic nie zrobiliśmy. Jak zwykle, Shepard i jego drużyna załatwili wszystkie problemy.
- Tak. Jak zawsze – zgodził się turianin. Rozejrzał się po barze, w którym siedzieli i dopił drinka, którego wcześniej zostawił, przed spotkaniem z informatorem.
- Na razie, Quin – pani porucznik również dopiła swój napój i wstała.
- Masz gdzieś przydział, Williams? - zapytał agent, spoglądając na nią. Wydawała się dziwnie szczęśliwa.
- Wzywają mnie do kwatery głównej Przymierza. Mój stary znajomy ma tam niedawno się znaleźć – odpowiedziała, zbierając sprzęt. Quin skinął tylko głową, nie zadając więcej pytań.
- Żegnaj, Williams. Powodzenia.
- Wzajemnie, Quin.
Turianin został sam. Przez chwilę obserwował tańczące asari. Ich niebieskie, gibkie ciała zawsze go podniecały, nie miał jednak dzisiaj ochoty na nic. Dręczył go poczucie winy i zawodu. Z niechęcią sięgnął do kieszeni pancerza po niewielkie pudełeczko. Otworzył je, jego oczom ukazała się niewielka fotografia przedstawiającego małego chłopca.
Z tyłu fotografii był podpis. „Gabriel Kane”. Obok podpisu, drobnym druczkiem, zapisane było kilkanaście słów listu, wyjaśniającego Kane'owi ostatnie słowa jego matki i ojca.
- Wybacz, przyjacielu. Nie zdołałem dostarczyć twemu synowi wiadomości – wyszeptał Quin do siebie. Schował pudełko z powrotem do kieszonki.
- Pan Quin? - wysoki, chudy salarianin o wyłupiastych oczach zaczepił go. Turianin skinął głową.
- Tak.
- Pana prom na Ziemię czeka.
- Bezpośrednio do Vancouver?
- Tak.
Dante Quin skinął potwierdzająco głową.
- Niech poczeka. Muszę się przebrać na pogrzeb.

Editado por Holloweang, 07 abril 2012 - 01:40 .