Opowiadanie
Bardzo dziękuję za pomoc użytkownikom Pinatu, Hakkaken, Michu351 i Grzelu!
Mass Effect Kontrakt - Część 1
Omega. Siedem koma dziewięć milionów żyć błąkających się po tej przeklętej stacji. Siedem koma dziewięć milionów istnień, które w tym brudzie i ciemnościach szukało nadziei, okazji, nowego życia.
Siedem milionów istot, które przetrwały... i się zawiodły.
Nienawidził Omegi.
Gabriel sączył powoli drinka upewniwszy się, że batariański barman nie dolał mu niczego do środka. Przyjrzał się mu uważnie cybernetycznym okiem, dostrzegł niewielkie plamy trucizny na pomarszczonych, oślizgłych dłoniach. Wiedział co to za trucizna. Była skierowana głównie przeciwko ludziom. Słyszał o jednym przypadku, który przeżył po jej zażyciu.
Nie oponował jednak. Nie jego sprawa. W końcu ktoś się nim zajmie, tak samo jak poprzednim trucicielem. Na Omedze nie brakuje mścicieli i zbirów, którzy myślą, że wymierzają sprawiedliwość.
Powąchał drinka jeszcze raz. Zaaplikowane w przegrodach nosowych mikroskopijne implanty nie ukłuły go jednak, nie ostrzegły. Wypił jeszcze łyk i skrzywił się. Nie lubił tłoków, nie lubił sensorycznej muzyki, która wywracała mu wnętrzności do góry nogami, nie lubił hałasu i migotania aerożelowych hologramów. Większość klubu zajmowali tańczący, różnej rasy i płci. Plątanina ciał, śmiech niknący w krzykach innych, uderzenia stóp lub pazurów o podłogę.
Nie lubił tracić nad sobą kontroli. Zniwelował efekty migania, dostosowując implanty optyczne do częstotliwości hologramów. Przez ułamek sekundy jego oczy błysnęły szmaragdowym blaskiem.
Nie pozostał niezauważony. Widział jak dłonie wędrują nieśpiesznie, jakby nieumyślnie do kabur, widział błysk w ich oczach. Nieprzyjemny błysk. Implanty były cenne a wyrwać je z oczu to nie problem.
Nienawidził Omegi.
- Gabriel Kane? - usłyszał kobiecy głos. Obrócił się z drinkiem i zmierzył wzrokiem niewysoką blondynkę. Niebieskie duże oczy patrzyły na niego pytająco, usta miała lekko otwarte, gotowe do natychmiastowego rozkazu. Nie używała makijażu, włosy miała spięte z tyłu w koński ogon. Szary uniform bardziej przypominał strój roboczy jakiegoś pracownika fabryki piezo niż agentki polowej.
- Tak – skinął głową i wypił alkohol jednym haustem – Cerberus?
- Mam doprowadzić Cię na spotkanie – rzekła tylko. Sucho, rzeczowo, natychmiast. Brzmiało to bardziej jak szczekanie wytresowanego psa niż odpowiedź.
- Nie prościej przesłać mi koordynaty? - spiął na piersi dwa skórzane pasy na których zawisła na plecach kabura, w której trzymał swoją ukochaną broń – zmodyfikowaną Modliszkę. W przeciwieństwie do wielu nie ufał pancerzom wspomaganym i magnetycznym stabilizatorom podtrzymującym broń. Opowieści o wadliwych produktach były częste. I cena zbyt wysoka. A pancerze i stabilizatory są dla wojska, nie zabójców. Zawsze wolał stary, dobry i mocny skórzany pas trzymający wszystko na swoim miejscu. Sprawdził jeszcze pistolet przy biodrze i skinął głową.
- Wysłali Cię tutaj samą? - zagadnął. Szła szybko, koński ogon podrygiwał we wszystkie strony.
- Nie.
- W takim razie gdzie jest ochrona?
- W pobliżu.
- Mówił Ci już ktoś, że jesteś wygadana? - spojrzała na niego ostro. Przywodziła na myśl rozeźlonego orła. Udał, że unika jej wzroku i rozejrzał się. Wśród oparów, dymu, kręcących się tu i ówdzie drobnych rzezimieszków dostrzegł czterech. Każdy uzbrojony. Uśmiechnął się krzywo, poczuł jak blizna przecinająca policzek zniekształca się lekko.
Błądzili wśród uliczek Omegi. Każda taka sama. Brudna, smrodliwa, pełna oparów. Jakby cała stacja miała dość i rzygała tym wszystkim. Uliczki były puste. Gabriel domyślał się, że to sprawka ludzi z Cerberusa. Albo Arii T'Loak. Oboje strzegą swych informacji i tajnych kryjówek zazdrośnie. I oboje sobie w tym pomagają. Nieoficjalnie. Aria nigdy nie przyzna, że ma powiązania z Cerberusem.
- Rozumiem, że zabierasz mnie do Człowieka-Iluzji? - spojrzał na nią, ciekawy czy odpowie. Odpowiedziała.
- Nie.
- Więc? Może trochę więcej szczegółów? Nie byliście zbyt wylewni w swej propozycji. Jedyne co się wylewało to kredyty. I tylko dlatego tu jestem. Ale teraz chcę informacji – warknął ostrzegawczo. Jego spokojny, chłodny głos zmienił się. Stał się chropowaty, metaliczny. Przywodził na myśl rysowanie czymś szorstkim po blasze. Gabriel potrafił straszyć, jeśli chciał.
Jej nie przestraszył.
- Spotkasz się z nim, ale nie bezpośrednio – spojrzała szybko w lewo, upewniając się, że ma obstawę. Działało mu to na nerwy.
- To z kim się spotkam? Z Człowiekiem-Lustrem?
- Słuchaj no – rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie – nie jestem tutaj by odpowiadać na twoje pytania. Zachowaj elokwencję na spotkania. Ja mam cię tam zaprowadzić, co właśnie robię. Więc zamknij się i idź za mną.
Nie odzywali się przez resztę drogi.
Kryjówka wyglądem przypominała jeden z punktów przerzutowych jakich często używali handlarze lub przemytnicy. Pordzewiałe, brudne ściany, zepsuty holoboardy i hologramy wiszące tu i ówdzie, odpadki i śmieci zdobiące front bramy i luki pomiędzy następnymi zabudowaniami.
Niepowtarzalny klimat, pomyślał Gabriel.
Agentka Cerberusa podeszła do prawej strony neostalowej bramy. Przez chwilę wpisywała zawzięcie coś w swym omni-kluczu po czym tuż przed nią wyrósł nagle holograficzny ekranik. Wpisała kod. Ku jego zdziwieniu brama otworzyła się bez najmniejszego szmeru. Wszedł do środka i rozejrzał się powoli. Braki w oświetleniu rekompensował sobie implantami. Nic imponującego. Ot, zwykły hangar ze śladami walk, żywego i martwego towaru i resztkami czerwonego piasku lub błękitnego lotosu walającymi się po ziemi. Implanty nosowe od czasu do czasu wibrowały lekko, filtrując z powietrza narkotyk i odpychając go. Agentka Cerberusa kichnęła i zaklęła pod nosem.
- Człowiek-Iluzja czeka – wskazała na miejsce gdzie skupiały się światła reflektorów. Spojrzał na lśniący pierścień wbudowany w podłogę wyróżniający się czystością i nieskazitelnością. Gwizdnął cicho, zgadując co to jest:
- Kwantowy Komunikator Stanu Splątanego – mruknął. Przyjrzał się urządzeniu i po chwili wahania stanął pośrodku pierścienia.
Pierwszym co zobaczył po otoczeniu go wiązką energii przez komunikator stanu splątanego była gwiazda. Wielka, niebieska i pulsująca swym życiem gwiazda jaśniejąca w niedalekiej odległości. Jakby tuż za szybą jakiejś stacji. Dopiero sekundę później zauważył człowieka siedzącego w niewielkim fotelu, którego zdradziło zwykłe zaciągnięcie się papierosem. Kiedy już czerwona kropka żarzącego się niedopałka zniknęła w popielniczce, usłyszał jego głos:
- Gabriel Kane.
- Człowiek-Iluzja – cmoknął Gabriel i złożył ramiona. Spojrzał na przywódcę Cerberusa oczekująco.
- Zakładam, że zapoznał się pan ze szczegółami kontraktu – miał przyjemny i spokojny, choć trochę szorstki głos przyzwyczajony do wydawania poleceń. Musiał dopiero teraz spojrzeć na zabójcę – błękitny błysk implantów rzucał się w oczy, Gabriel zauważyłby go wcześniej.
- Jeśli można tu mówić o jakichkolwiek szczegółach – powiedział Kane, wyraźnie niezadowolony – Dostałem tylko kontrakt pełny kredytów, zaliczkę i propozycję spotkania. Nawet nie miałem możliwości odmowy.
- Zawsze masz możliwość odmowy – w głosie Człowieka-Iluzji słychać było lekkie ostrzeżenie. Zabójca wzruszył ramionami:
- Ależ oczywiście. Tobie jednak się nie odmawia – wydawało mu się, że jego zleceniodawca uśmiechnął się lekko. Nie potrafił rozpoznać rodzaju uśmiechu.
- Sprawa, którą zamierzam panu polecić jest niezwykle delikatnej natury. Powiedziałbym nawet, że zależą od niej... losy ludzkości – Kane zjeżył się, jego twarz pociemniała gwałtownie. Od początku wiedział, że sprawa nie będzie łatwa i na pewno nie będzie to zwykłe zabójstwo. Za dużo kredytów, za duża zaliczka, za poważna organizacja. No i po co zatrudniają kogoś z zewnątrz skoro mają własnych zabójców? Teraz jednak zaczynał się poważnie wahać. Człowiek, który prowadzi taką organizację raczej nie zwykł przesadzać, a „losy ludzkości” to nie jest coś z czym Gabriel chce mieć do czynienia.
Lecz mimo wszystko wybór był prosty. Albo przyjmie robotę albo na drugi dzień będzie się walał po śmietnisku jako karma dla vorcha. Tak przynajmniej uważał.
- Słucham – rzekł powoli, starając się ukryć niechęć w jego głosie.
Przywódca Cerberusa zaciągnął się lekko nowym papierosem i odłożył go do popielniczki, strząsając popiół. Potarł lekko czoło, jakby się nad czymś zastanawiał:
- Przeraziłem pana, mówiąc o losach ludzkości, panie Kane? - zapytał. Zabójca przez chwilę doszukiwał się w tych słowach żartu, po czym odparł krótko:
- Owszem.
- Cóż... Mam szczerą nadzieję, że się panu uda. Obaj chcemy uniknąć porażki i płynących z niej... konsekwencji – mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze Apporettiego wstał szybko i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Błękitna gwiazda lśniła za jego plecami.
- Czego ode mnie chcesz? - zapytał w końcu Gabriel. Człowiek-Iluzja stanął, sięgnął po papierosa:
- Długo kazałeś mi czekać na te pytanie. Zwykle moi zabójcy zadają mi je w pierwszej kolejności – rzekł z wyrzutem w głosie, pomiędzy dwoma zaciągnięciami. Strzepnął popiół i nieco dramatycznym ruchem obrócił się w stronę najemnika:
- Chcę byś schwytał dla mnie komandora Sheparda.
W pierwszej chwili myślał, że nie zrozumiał. Że się przesłyszał albo, że nawaliły mu implanty. Zamarł na chwilę, wpatrując się w swego zleceniodawcę niepewnie.
- Komandora Sheparda? Tego, który wrócił zza grobu?
- Dzięki mnie, szczerze mówiąc.
- Jak mam to zrobić? - Gabriel rozłożył ręce w geście bezradności.
- To już twój problem. Komandor Shepard obecnie znajduje się na Ilium u swojej przyjaciółki Liary T'Soni.
- Oczekujesz, że złapię to Widmo?! Są lepsi ode mnie! Co z Kriosem? Z Altabanem! Z Keylanem Zorasem?
- Nie chcemy do tej sprawy mieszać obcych. A Shepard – lub ktoś z otoczenia Sheparda – może znać tych zabójców i ostrzec go. Potrzebny mi ktoś mało znany. Nie profesjonalista. Amator z talentem, panie Kane – Człowiek-Iluzja mówił spokojnie, dało się jednak wyczuć zniecierpliwienie i niechęć do kwestionowania jego zdania. Zabójca odetchnął kilka razy, uspokajając wzburzone myśli i staranniej dobierał słowa:
- Dlaczego ja?
- Jesteś pomysłowy, panie Kane. Wiemy jak pracujesz. Zabiłeś Barla Vona nie zostawiając nawet śladu swej obecności. Dowiódł pan, że potrzebujemy pana umiejętności – Gabriel westchnął. Przez chwilę zmagał się z samym sobą, różne cienie przemykały przez jego twarz kiedy co chwilę odrzucał i akceptował propozycję w duchu, rozważając wszystkie za i przeciw.
- Nie mam wyboru? - bardziej stwierdził niż spytał, wpatrując się w pustkę za plecami Człowieka-Iluzji.
- Dodatkowe dziesięć milionów – powiedział w końcu: - Dodatkowe dziesięć milionów i ktoś do pomocy. I potrzebuję dodatkowego uzbrojenia, wykonanego na zlecenie.
- Zgoda – przywódca Cerberusa nawet się nie wahał. Usiadł w swym fotelu i złożył palce:
- Nie przyjmę porażki, panie Kane.
- Wiem.
Część 2
Mężczyzna w lustrze wydawał się obcy.
Lekko zmrużone, lśniące cybernetycznym szmaragdem oczy i wiecznie skrzywione wargi sprawiały, że ciężko mu było zaufać. Wydawało się, że taką właśnie prawdę skrywa jego twarz – nie ufać nikomu. Krople wody ściekały powoli po policzku, nurkując w zagłębienie przecinające prawy policzek. Blizna była dobrze widoczna na jego gładkiej, bladej cerze. Pamiątka, która zawsze przypominała mu o największej porażce.
Westchnął. Znał mężczyznę z lustra od dwudziestu czterech lat.
Nadal wydawał się obcy.
Podsunął dłonie pod kran z którego spłynęła ni to zimna ni to ciepła woda. Przetarł twarz, przygładził zalatujące na twarz kasztanowe włosy.
- Skończyłeś już się mizdrzyć?
Odwrócił się i uśmiechnął krzywo.
- Już kończę poprawiać makijaż.
- Najwyższa pora – kobieta podeszła do lustra i poprawiła sobie nieznacznie dekolt, upięła wyżej białe, mimo młodego wieku, włosy. Błękitne, niemal lazurowe oczy cały czas przypatrywały się mu bez najmniejszego mrugnięcia.
- Sądziłam, że Człowiek-Iluzja zatrudni kogoś kto wygląda bardziej profesjonalnie – mruknęła pod nosem tak, żeby dosłyszał. Zrobił niewinną minę:
- Dobrze jest wyglądać niepozornie w tej robocie – powiedział wciskając się w spodnie.
- Humor ci się poprawił. Trema minęła? Polowanie na Sheparda czas zacząć? - przyłożyła coś do twarzy. Mała kulka zaczęła skakać dookoła jej oczu zostawiając cień, podkreślając to i owo.
- Za tyle kredytów? Nawet Zaeed Massani by nie pogardził – stwierdził – poza tym Shepard to też człowiek. Krwawi, męczy się, popełnia błędy...
- Zabija Żniwiarzy, ratuje Radę, pokonuje zbuntowane Widma – wpadła mu w słowo ze złośliwym uśmiechem.
- Zrozumiałem aluzję – warknął nieprzyjemnie – lecz mimo wszystko, nadal człowiek. Uda mi się. Jak Ci tam było na imię?
- Kreia. Kreia Visas – zdjęła kulkę odpowiedzialną za makijaż dookoła oczu i wyrzuciła do kosza. Kane spodziewał się raczej jakiś komandosów Cerberusa niż młodej, ambitnej zabójczyni. Jednak z jakiegoś powodu budziła jego sympatię. I nie chodziło o jej mile wyeksponowany dekolt, o który co chwila zahaczał wzrokiem.
Naciągnął na siebie niewielki kaftan z durastalową podszywką, narzucił krótki, czarny płaszcz z wysokim sztywnym kołnierzem. Visas spojrzała zdziwiona na wgłębienia na ramionach i barkach formujących się w kwieciste, podszyte złotą linią wzory. Przewiesił kaburę ze snajperką przez plecy, tą z pistoletem przyczepił do pasa z nożami i granatami.
- Gotowy – stwierdził, zadowolony przyglądając się w lustrze.
- I wolniejszy niż hanarskie widmo – mruknęła, wychodząc za nim z łazienki.
Spojrzał przez szybę, która tworzyła całą prawą ścianę salonu, urządzonego w odcieniach czerni i złota.
Stanął na chwilę podziwiając wieczny zachód słońca na Illium, skryty pomiędzy wysokimi wieżowcami. To naprawdę jest planeta asari, pomyślał, patrząc na wszechobecne odcienie fioletu i błękitu. Odwrócił się:
- Moje uzbrojenie? - zapytał. Zabójczyni podniosła coś ze stolika:
- Panel optyczny. Oparty na Kuwashii, ale lepszy. Przybliżenie pięćdziesiąt razy, poprawka na wiatr i siłę ciążenia, zintegrowany moduł namierzania. Łączy się z pancerzem – spojrzała na niego – o ile go masz. Nalicza ci ilość zabitych. Dodatkowo wykrywa pola biotyczne w odległości stu metrów od ciebie. Radar, LADAR, namierzanie elektromagnetyczne i termiczne. Nieźle to poskładałeś, swoją drogą. Sam to wymyśliłeś?
- Nie. Pewien znajomy turianin.
- Musi być łebski. Żyje? - Gabriel zasępił się:
- Nie. Zginął podczas obławy na Omedze. Mów dalej – Visas odłożyła panel optyczny i podniosła ze stolika coś, co przypominało uszczuploną z dwóch stron rękawicę bez palców i części dłoni.
- Zmodyfikowany omni-klucz. Automatycznie hakuje drzwi i panele, zaawansowany system kalibracji obwodowej, azotowy system chłodzenia broni... Po co ci azotowy system chłodzenia, skoro dzisiaj panują pochłaniacze ciepła? Co, nie umiesz ich wymienić? - skrzywił się, spojrzał na nią spode łba:
- Moja...Modliszka nie korzysta z pochłaniaczy. Ma stary system chłodzenia amunicji. Sprawdza się lepiej, kiedy trzeba oddać więcej strzałów. Reszta to nie twoja sprawa – uniosła brwi, wydęła wargi wyraźnie niezadowolona, że odmawia się jej informacji:
- Dobra, dobra. Poza tym mamy tutaj kilka granatów zakłócających i – dla Mnie – dożylny booster biotyczny.
- Legalny? - spytał z powątpiewaniem. Uśmiechnęła się tylko uroczo i nie odpowiedziała. Gabriel założył szybko panel optyczny, wsunął na rękę nowy omni-klucz. Rozejrzał się i skinął głową zadowolony.
- Ruszamy.
Boczne uliczki Ilium nie różniły się zbytnio od tych na Omedze, jeśli nie liczyć kolorystyki. Te same duszące, toksyczne opary, tak samo biedni ludzie i obcy.
Te same irytujące ukłucia w nosie.
- Shepard powinien być teraz w biurze Liary T'Soni, przekazywać jej informacje o Handlarzu Cieni.
- Handlarzu Cieni? Słyszałem, że T'Soni pracuje dla niego.
- To plotka. T'Soni poluje na niego. Człowiek-Iluzja przesłał Shepardowi dane o miejscu pobytu Handlarza. Nie mogliśmy mu pozwolić zaszyć się gdzieś, musieliśmy go wyciągnąć, wystawić. Specjalnie dla ciebie – dodała z przekąsem.
- Jak na srebrnej tacy – obcy patrzyli na nich i szybko schodzili z drogi, wracając do swoich spraw. Nikt nie chciał wchodzić w drogę dwójce uzbrojonych ludzi. Zwłaszcza, kiedy jeden błyszczy w półmroku implantami.
- Rozumiesz, że mamy jakiś punkt obserwacyjny?
- Od trzech lat działam na Ilium dla Cerberusa – rzekła z dumą – znam to miejsce lepiej niż rodzinne Detroit – poprawiła lekko dekolt, zajrzała pod krótką kurtkę czy schowana broń dobrze leży. Bawiła go takim zachowaniem. Weszli do windy, wypłaszając natychmiastowo resztę jej klientów. Visas przycisnęła przycisk dwieście czterdziestego piętra.
Gabriel odetchnął. Czuł tremę. Spojrzał na swoje odbicie w szybie windy.
Mężczyzna w odbiciu mrugnął do niego, dodając mu pewności.
Kłamał.
Spojrzał przez celownik.
- Mam go – powiedział. Visas stała obok, obserwowała otoczenie.
- Jest w pancerzu wspomaganym. Nie będzie łatwo. Jest z nim jakaś kobieta... Cycata, ciemnowłosa, wydatne usta.
- Miranda Lawson. Ex-agentka – syknęła Visas jadowicie.
- Nie lubisz jej?
- Zawsze była pupilkiem Człowieka-Iluzji – jej głos aż ociekał niechęcią i pogardą. Wzruszył ramionami.
- I jeszcze jedna. Quarianka. Znasz ją?
- Nie. Nie mam pojęcia kto to.
- Co robimy z towarzyszami?
- Shepard jest celem. On musi być żywy. Jego kompania może zdechnąć. Zwłaszcza Lawson.
- Naprawdę jej nie lubisz – stwierdził rozbawiony. W odpowiedzi usłyszał splunięcie i wściekłe burknięcie.
Gabriel przypatrywał się Shepardowi. Wyróżnia się, pomyślał. To jak chodzi, to jak patrzy na innych, to jak inni na niego patrzą. Ten facet to istny sztandar. I ja mam go schwytać? To jak łapanie niedźwiedzia w papierowy karton.
- Włam się do miejscowego systemu komunikacji i sprawdź dokąd udała się taksówka...0312ME3 – przez chwilę słyszał pikanie omni-klucza i ciche przekleństwa towarzyszki.
- Apartamenty mieszkalne, strefa N7. Znajduje się tam mieszkanie Liary T'Soni – spojrzał na nią.
- Jedziemy – schował snajperkę do kabury. Coś lekko podskoczyło w jego żołądku, włosy na karku zjeżyły gwałtownie. Poczuł nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż pleców.
Rozejrzał się.
Nie zauważył jednak nikogo.
Ashley przylgnęła do ściany. Cerberus, pomyślała wściekle.
Przypadek chciał, że jej pierwszą misją było sprawdzenie powiązań pomiędzy Telą Vasir, Liarą T'Soni a Handlarzem Cieni. Przypadek chciał by w tym czasie zjawił się Shepard. I przypadek chciał, że za punkt obserwacyjny obrała balkon tylko piętro wyżej niż agenci Cerberusa. Wychyliła się ostrożnie i spojrzała na, pusty już teraz, balkon niżej.
Przez chwilę zastanawiała się za kim podążać. To mogą być zabójcy, myślała gorączkowo. Czemu jednak nie strzelili? Może nie chcą świadków? A może chcą dorwać tą sukę?
Podjęła decyzję, pełną wątpliwości i niewiadomych.
Przyłożyła broń do magnetycznych stabilizatorów. Rozległo się ciche szczęknięcie kiedy miotacz antymaterii przylgnął do pleców. Wpadła do windy, szybko klikając przycisk piętra wyjściowego.
- Wolno, wolno... - mruknęła rozeźlona – Za wolno, cholera! - rąbnęła omni-kluczem w panel windy, powodując niewielkie spięcie. Poczuła nieznacznie przyśpieszenie.
Wystrzeliła jak torpeda, dopadła aerowozu i pomknęła w przestworza Illium, łamiąc z dwadzieścia przepisów odnośnie bezpieczeństwa i prędkości lotu.
- Podaj mi punkt docelowy taksówki 0312ME3 – powiedziała do interfejsu pokładowego. WI przez chwilę łączyła się z systemem komunikacji na Ilium:
- Ashley Williams, Wywiad i Działania Militarno-Obronne...
- Wiem, do kurwy nędzy! Daj mi te dane!
- Apartamenty mieszkalne, strefa N7. Spodziewany czas przybycia taksówki: cztery minuty.
Ashley przycisnęła pedał przyśpieszenia, silnik o napędzie masy zawył rozdzierająco.
Nie pozwolę go skrzywdzić.
Część 3
- Nie podoba mi się to – powiedziała cicho Kreia, kiedy zatrzymali się przed wieżowcem mieszkalnym. Dookoła stało pełno wozów należących do agencji ochroniarskich i policji. Kilka asari w mundurach wpisywały protokoły przesłuchania, jednocześnie przepytując człowieka i quariankę. Gabriel rozejrzał się niespokojnie, żaden funkcjonariusz nie zwrócił jednak na nich uwagi.
- Idź, zapytaj co się stało – rozkazał.
- Czemu nie ty? - warknęła wyzywająco, nieposłuszna rozkazowi.
- Bo wyglądam jakbym właśnie wybierał się do dzielnicy Vorchów na Omedze – odgryzł się. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć po czym zamknęła je szybko i z zaciętą miną podeszła do jakiejś asari. Gabriel tymczasem wyjął niewielką lunetę, której używał zamiast lornetki i spojrzał na osiemdziesiąte piętro gdzie powinien znajdować się apartament Liary T'Soni.
- Pięknie, kurwa, pięknie – syknął wściekle, kiedy zobaczył labirynty pęknięć na szybie, otaczające dwie kule po pociskach. Zrobił zbliżenie, cofnął się kilka kroków dla lepszego widoku. Strzały pochodziły z zewnątrz, wystrzelone z dużą siłą.
- Sprawy się komplikują – mruknęła niezadowolona zabójczyni, pojawiając się u jego boki.
- Widzę – odpowiedział, przełączając na tryb bezpieczeństwa implanty. Błysnęło szmaragdowo, usłyszeli delikatne, mechaniczne jęknięcia kiedy odpowiednie mechanizmy w oczach wchodziły na swoje miejsce, zastępując aktualnie używane. Gabriel mrugnął i zacisnął zęby z bólu, przez chwilę oślepiony falą kolorów widzianych w ultrafiolecie.
- Ktoś próbował zabić T'Soni w jej mieszkaniu. Tyle wiem. Potem mnie pogonili za „utrudnianie pracy funkcjonariuszom prawa Ilium”. Psy na posyłki...
- Widzę skąd nadleciały pociski – przerwał jej, nie zważając nawet uwagi na to co mówi. Schował lunetę i rozmasował oczy. Mentalnym poleceniem kazał im wrócić do pierwotnego stanu.
- Implanty ta? Myślałam o tym kiedyś.
- Ale?
- Nie przeszłam testów odporności. Odrzucili mnie na augmentacji ramion – podwinęła rękaw i pokazała kilka blizn na skórze. Skrzywił się, przypominając ból jakiego doznawał jeszcze dwa tygodnie po zaszczepieniu jemu stymulantów adrenaliny, przyśpieszaczy reakcji i innych wspomagaczy jego ciała. Nigdy o to nie prosił. Nigdy nawet tego nie chciał.
Po prostu nie miał wyboru. W wieku dwunastu lat ciężko się przeciwstawić fanatycznemu ojcu.
- Później pogadamy – obrócił się i zamarł. Szedł prosto na niego. Emanował dziwnym, niepowtarzalnym rodzajem energii, który nie pozwolił Gabrielowi ruszyć się z miejsca. Dosłownie czuł jak w jego trzewiach rozrastają się oślizgłe, wścibskie macki strachu i przerażenia, oplątują jego serce, przejmują umysł.
Było cicho.
Shepard minął go szybkim krokiem. Quarianka skierowała hełm w ich stronę z ciekawym spojrzeniem, Lawson nawet ich nie zauważyła.
Kane sapnął, czując jak ulatuje z niego powietrze. Nigdy mi się nie uda, pomyślał. Ten człowiek... Przerasta wszystko z czym się spotkałem.
Coś szarpnęło go za rękaw wyrywając z odrętwienia.
- Co ty, kurwa, wyprawiasz? Miałeś go jak na widelcu! - warknęła Kreia, wpatrując się w plecy komandora z wyraźną żądzą krwi. Zająknął się, zamilkł. Czemu na nią tak nie działał?
- Chodź – powiedział. Skierował swoje kroki w drugą stronę, ku międzygalaktycznej siedzibie jakiejś firmy. Rzucił okiem na wielkie holoneony z nazwą. Optic Project Red.
Na dachu prócz kilku przekaźników, sporych kupek odpadów i wylotów wentylacyjnych nie znaleźli niczego. Gdyby nie cybernetyczne implanty nigdy by nie zgadł, że strzały padły właśnie stąd. Wyciągnął z sakwy przy pasie trochę fosforyzującego proszku, sypnął w miejscu gdzie linia strzału urywała się. Po chwili ich oczom ukazały się ślady stóp, kiedy proszek przylgnął i zaczął elektryzować w cieplejszych miejscach.
- Co to? - spytała srebrnowłosa zabójczyni, dotykając ostrożnie świecących śladów.
- Calqiuum. Wynalazek elkorów. Używając go w sztuce, do wyrażania niektórych emocji wyraźniej – klęknął, przyjrzał się śladom. Po chwili wyciągnął snajperkę i zbadał przez lunetę teren w promieniu sześciuset metrów. Nie zauważył jednak żadnego śladu strzelca. Skierował lufę w stronę apartamentu T'Soni.
- Widzę go – stwierdził, ciągle czując lekkie ukłucia strachu – jest z jakąś ciężko uzbrojoną asari. Chyba ktoś ze służb specjalnych. Może komandos.
- A Lawson? Quarianka?
- Nie mam ich w zasięgu widzenia.
- Co robią?
- Shepard kręci się po mieszkaniu...Jakby czegoś szukał. Nie wydaje mi się, żeby T'Soni tam była. To była chyba nieudana próba zabójstwa.
- Funkcjonariusze się wynoszą – stwierdziła Visas, patrząc w dół i przyglądając się niewielkiej grupce w mundurach pakującej się do aerowozów policyjnych.
- Więc w środku są tylko Shepard, kompania i asari... - Gabriel poczuł przypływ adrenaliny, kilkukrotnie zwiększony przez stymulanty nadnerczy. Położył się na brzuchu, wsparł na łokciach, kaburę oparł o bark. Kilkoma głębokimi oddechami zdołał powstrzymać delikatne drżenie dłoni, ustabilizować celownik.
- Nie traf Sheparda – upomniała go Visas, klękając obok niego. Pachniała bzem i wiśnią. Poczuł ukłucie w nosie, kiedy implanty zaczęły filtrować zapach.
- Wiem – mruknął półgębkiem. Przez chwilę wodził za asari starając się przewidzieć jej następny ruch, posłać kulkę prosto w mackowatą imitację włosów.
Oparł palec na spuście.
- Po moim trupie, skurwysyny!
Coś chwyciło go za nogę, poderwało i cisnęło w stronę krawędzi jak szmacianą lalkę. Nim szum powietrza wypełnił mu uszy usłyszał kilka cichych pacnięć, szybką wymianę ciosów i jęk Krei. Świat na kilka sekund zmienił się w mieszaninę barw i rozmazanych kształtów.
Uderzenie w zimne podłoże pozbawiło go tchu, zaznaczyło się bólem w barku. Machnął rozpaczliwie rękami, palce ześlizgnęły się tylko po gładkim podłożu. Uderzył w coś głową, usta wypełniły się metalicznym smakiem krwi z przegryzionej wargi. Desperackim gestem wyrwał nóż z cholewy w pasie i wbił go na ślepo. Szarpnęło, mięśnie zaprotestowały ostrym, gwałtownym spazmem. Zacisnął zęby, podciągnął się, przerzucił nogę nad krawędź i puścił, przetoczył się. Spojrzał na walczące. Napastniczką była kobieta w niebieskim pancerzu wspomaganym. Na prawym ramieniu miała odznaczenia N7. Skąd ona się, do cholery, wzięła? Kreia padła na ziemię jak długa, krew prysnęła na dach tworząc fantazyjne wzorki.
- Visas! - ryknął, zrywając się. Ręka automatycznie powędrowała do pistoletu, palce chętnie i giętko chwyciły za rączkę. Kobieta w pancerzu nie była gorsza.
Sekundę później każde z nich patrzyło na drugie przez celownik. Kreia leżała nieruchomo, twarzą do ziemi. Jej srebrne włosy pokryły się karmazynowym odcieniem.
- Kim jesteś? - warknął, jednocześnie rozglądając się za czymś, co dałoby mu przewagę.
- Nie będę rozmawiać z psami Cerberusa – warknęła kobieta, dysząc ciężko. Gabriel zdziwił się – mimo ciężkiego, płytkiego oddechu jej broń nawet na sekundę nie zmieniała położenia, cały czas pozostając w tym samym miejscu. Dokładniej – wycelowana w jego głowę. Kane nie widział wyjścia z patowej sytuacji. Jeśli będzie zwlekał Shepard mu umknie. Jeśli zaś wda się w otwartą walkę z komandosem Przymierza... Zapewne zginie.
Kreia jęknęła się, poruszyła się. Napastniczka odwróciła na ułamek sekundy wzrok, poruszyła się nieznacznie, lufa jej broni opadła lekko.
Gabrielowi to starczyło. Nacisnął spust, wypalił w jej stronę i nie czekając rzucił się w kierunku Visas. Rozległ się dźwięk przypominający wyginającą się blachę – nabój spełzł na tarczy. Wyprężył się w ułamku sekundy, wycelował, nacisnął dwa razy spust. Tarcza pękła wydając szklisty, wysoki trzask. Agentka szybkimi skokami znalazła się za wylotem szybu, schowała za nim. Kane chwycił Kreię i bezceremonialnie rzucił za górkę odpadów. Sam zaszarżował po snajperkę, chwycił ją w biegu i rzucił okiem na apartament Liary – było puste.
- Kurwa! - zaklął. Odwrócił się i zamarł w pół kroku.
Czas wyhamował. Widział wyraźnie pełne pogardy i nienawiści spojrzenie, widział jak palec wskazujący ugina się, jak w wylocie lufy pojawia się kula napędzana efektem masy. Niemal poczuł drżenie powietrza wywołane szybkością pocisku.
Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że czuje na karku szept śmierci.
A potem uchylił się. Pocisk rozerwał jego policzek, ostry, przeszywający ból zlał się z ciepłem krwi, zalewającym bok jego twarzy. Wyciągnął rękę chcąc strzelić raz jeszcze.
Srebrnowłosa torpeda śmignęła niewyraźne, uderzając agentkę N7 w twarz. Zawirowały, rozmazały się w tańcu ciosów i uników. Kreia okazała się trochę lepsza. Wytrzymała cios w żebra, zamarkowała kopniaka w kolano i uderzyła nasadą dłoni w brodę, wytrącając przeciwniczkę z równowagi. Komandos Przymierza próbował jeszcze strzelić w zabójczynię. Szybka kontra łokciem i ciężki pistolet zniknął za krawędzią dachu. W dłoni Visas błysnęło ostrze, srebrna smuga znaczyła łuk cięcia. Przez chwilę wydawało się, że walka jest skończona.
I nagle Kreia poleciała w tył z krzykiem bólu. Gabriel dopadł do niej ślizgiem, strzelił dwa razy na oślep. Na próżno. Agentka N7 wyważyła drzwi w biegu prowadzące do wnętrza budynku i uciekła. Upuścił pistolet, chwycił towarzyszkę. Nie utrzymał równowagi, wbił pięty w dach wszystkimi siłami próbując się zatrzymać.
Poczuł jak nogi spadają, ciągną w pustkę...
Część 4
Budynek Optic Project Red o tej porze roku był opustoszały. Słabe systemy bezpieczeństwa zneutralizowali wcześniej agenci Cerberusa, nie miała więc problemów z zabraniem ukrytego wcześniej sprzętu, który by ją spowalniał. Syknęła, chwyciła się za miejsce, gdzie trafił nabój. Dodatkowe polimerowe osłony zdołały wytrzymać strzał, jednak gdyby stał bliżej prawdopodobnie byłaby martwa. Przymocowała snajperkę i karabin z tyłu pleców, wybiegła z budynku, od czasu do czasu unikając patroli niedzielnych ochroniarzy. Co kilka minut spluwała krwią z rozciętej wargi i przegryzionego policzka.
Zraniona duma bolała najbardziej.
I na co było mi to całe szkolenie na Widmo, skoro nie mogę załatwić dwójki zabójców? Opóźniłam ich tylko. Gdybym tylko mogła ostrzec Sheparda, myślała, wściekła.
Wsiadła do aerowozu, zapaliła silnik, wleciała w pierwszy lepszy tunel samochodów, pozwoliła im wciągnąć się w ulice Ilium, w międzyczasie starając się opanować wściekłość, zepchnąć emocje w głąb siebie.
Włączyła komunikator, połączyła się z miejscowym agentem służb Cytadeli:
- James, namierzasz ich? - spytała. Przez chwilę słyszała trzaski i przekleństwa po drugiej stronie, odgłosy lecących kartek i przewracanej porcelany. I w końcu głos ze słuchawki w uchu:
- Williams? Tak, jasne, cały czas. Nie mogłem się z tobą skon...
- Gdzie są?
- Właśnie lądują przy Centrum Handlowym Dracon. Vasir jest z nimi.
- Vasir jest z Shepardem!? Kieruję się tam. Ash, bez odbioru – wyłączyła komunikator.
Miała złe przeczucia.
Krótki, urywany jęk wydarł się z ust kiedy szarpnął ramieniem, podciągając się na lufie swojej Modliszki. Kabura z bronią odpięła się pod wpływem ślizgu i tarcia i pasek zahaczył o jedną z anten komunikacyjnych.
- Nie nadajesz się na zabójcę – stwierdziła Visas, wciągając go za poły płaszcza. Na policzku miała wielkiego siniaka, pod nosem miała ślady krwi, od skroni do ucha biegło niewielkie rozcięcie lekko zniekształcone pod cieniutką warstwą medi-żelu.
- Chociaż strzelać potrafisz. I jesteś szybki – dodała szybko, widząc jego wściekłe spojrzenie.
- To implanty. Adrenalina powoduje, że mam krótszy czas reakcji. Implanty zwiększają dawkę i przepustowość jej przedostawania się do krwi.
- A tak bardziej po ludzku? - zapiął pas z kaburą, poprawił pistolet, otarł krew z policzka krzywiąc się boleśnie.
- Mam większego kopa – przyjął z wdzięcznością dawkę medi-żelu i posmarował nią niedbale polik. Na jego twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. Wskazał drzwi:
- Idziemy. Shepard się gdzieś zawieruszył. Musiał coś znaleźć w mieszkaniu T'Soni. Jak się pośpieszymy to może jeszcze go złapiemy. Skinęła głową bez słowa. Była twardsza niż sądził. Walczyła z napastniczką jak z równą mimo że tamta była profesjonalistką. Widział już takie ciosy. Sztuka walki marines.
- Domyślasz się kim była tamta? - spytała Kreia kiedy przemykali się między pokojami, korzystając z tego, że systemy bezpieczeństwa jeszcze nie zostały zrestartowane. Mieli szczęście, wybierając placówkę jakiejś podrzędnej firmy.
- Prawdopodobnie komandoska. Widziałem odznaczenia N7 kiedy walczyłyście – szepnął – poza tym walczy jak komandos. Miała też cholernie dobry sprzęt.
- Przymierze?
- Albo Widmo.
- Może to ona była zamachowcem?
- Nie było jej na dachu kiedy weszliśmy. Nie miała ze sobą za dużo broni. Poza tym zamachowiec wbrew powszechnej opinii nie wraca na miejsce zbrodni tylko spieprza w najciemniejsze zakątki galaktyki z forsą.
- Rozumiem, że masz doświadczenie – sarknęła, kiedy już wychodzili z budynku, oglądając się za siebie. Nikt ich nie zobaczył.
- W przeciwieństwie do ciebie – odgryzł się. Skierowali się do wieżowca mieszkalnego. Obcy 0 głównie asari – obracali za nimi ciekawie głowy. Gabriel podciągnął sztywny kołnierz płaszcza wyżej, starając się choć trochę zasłonić ślady walki. Na próżno.
- Musimy szybko dowiedzieć się gdzie Shepard i jego ekipa polecieli inaczej złapią nas służby bezpieczeństwa – rzekł, oglądając się.
- Czemu?
- Ci przewrażliwieni pewnie zaraz je powiadomią. I założę się, że jest tu gdzieś kilka kamer, które zarejestrowały nas przed i po walce.
- Pięknie, kurwa, pięknie...
- Uspokój się – warknął. Wezwali windę, weszli do środka. Kane wcisnął przycisk osiemdziesiątego trzeciego piętra. Przez chwilę jechali, słuchając żenującej muzyczki z głośników umieszczonych w tylnych ściankach windy.
- Czemu niby jestem kiepskim zabójcą? - spytał nagle Gabriel.
- Uratowałeś mnie.
- No i? Jesteś moją partnerką tak?
- Normalny zabójca zostawiłby mnie i próbował zabić komandoskę. Mógłby od niej wyciągnąć informację; czemu zaatakowała, kim jest, czy chroni Sheparda...
- Och, więc jesteś zła, że nie dałem ci spaść i nie sprzedałem twojego życia w zamian za informację?
- Nie jestem zła – spojrzała na niego i skinęła lekko głową – Dziękuję za uratowanie mnie.
- Ależ proszę Cię bardzo.
- Ale zabójcą i tak jesteś kiepskim.
- Przyganiał kocioł garnkowi – syknął, trochę zły na nią – nie zostałem zabójcą z wyboru.
- Więc? - winda piknęła, sygnalizując dotarcie do celu.
- Innym razem – powiedział sucho i ruszył szybko wzdłuż wielkiego korytarza. Wzruszyła ramionami i potruchtała za nim:
- Jak sobie chcesz.
Apartament T'Soni bardziej przypominał muzeum niż mieszkanie. Wszędzie stały gabloty z Proteańskimi dziełami sztuki, ściany zdobiły malowidła i dyplomy, obok schodów stał – również w gablocie – pancerz N7. Meble wyglądały jakby stanowiły tylko dodatek, zapychacz pustej przestrzeni. Kanapa wyglądała jakby przed chwilą była kupiona. Nikt na niej chyba nigdy nie siadał.
Przynajmniej dopóki nie rozsiadła się na niej Kreia. Spojrzała na dziury po strzałach.
- Kto chciałby zabijać T'Soni? Znaczy, wiele osób – w końcu zadarła z Handlarzem Cieni. Ale atak w jej domu? Czemu nie w biurze?
- Nie mamy czasu – przypomniał jej. Rzucił tylko okiem na szybę po czym rozejrzał się. Widać było tutaj obecność służb ochrony. W drzwiach stała holotaśma, po dywanie walały się badane poszlaki i kilka zapomnianych urządzeń do zbierania poszlak.
- Policja opuściła to miejsce szybko – zauważył. Kreia wstała z kanapy, podeszła do niego:
- Zasługa Sheparda?
- Wątpię. Raczej tej uzbrojonej asari. Musiała być jakąś szychą – zauważył, że na konsoli pod ścianą pali się czerwona kontrolka. Przyjrzał się jej bliżej po czym przycisnął lampkę odtwarzania. Na ekranie ich oczom ukazał się salarianin w zielonym, niezbyt gustownym stroju wyjściowym.
Nagranie dobiegło końca. Na kilka sekund stali w ciszy, pozwalając umysłom przetrawić informacje. Gabriel wyjął dysk z nagraniem i zmiażdżył go w dłoni.
- Ruszamy – rozkazał i rzucił się w kierunku windy.
Ashley z daleka widziała dym i płomienie wydobywające się z budynku. Zaklęła, przyśpieszyła i wylądowała na dachu, obok innego wozu. Był otwarty i niezabezpieczony – ktoś opuścił go w wielkim pośpiechu. Odgłosy strzałów i walki dobiegły ją gdy tylko otworzyła kabinę aerowozu. Porwała karabin, rzuciła się w stronę wejścia na niższe piętro, przez głowę przemykały jej różne złe i dobre scenariusze.
Skup się, Ash!
W jej nozdrza uderzył nagle dym, smród palonego metalu i parującej krwi. Kaszlnęła kilka razy czując ostre drapanie w gardle. Zbliżała się do załamania korytarza – przygotowała broń do strzału i wybiegła.
Podłoga roiła się od trupów, wszędzie widać było ślady strzałów i odkształcenia po biotyce. W kilku miejscach swoją rolę zrobiły wybuchy – pęknięta ściana, ślady odłamków i czarne kręgi w miejscach, gdzie podłożone były ładunki, kolumny stropowe wiszące dosłownie na kilku neostalowych nitkach.
Nie pozwoliła sobie na dłuższe podziwianie widoków. Przebiegła między trupami, cały czas trzymając broń w pogotowiu. Do odgłosów strzałów dołączyły nagle wybuchy. Przyśpieszyła, kurczowo łapiąc oddech, potykając się o gruz lub części okablowania.
Korytarz, załamanie, schody. Kolejny korytarz. W prawo, na podłodze pełno wody, chlupot jej kroków kiedy biegnie, dzikie gorąco wydobywające się z wyładowań elektrycznych tuż koło jej twarzy, włosy dostające się do otwartych ust, splunięcie. Odgłosy strzałów coraz bliżej, poczuła wstrząsy po wybuchach.
Wybiegła, spojrzała i stanęła w miejscu, unosząc broń:
- Stój gdzie stoisz, suko!
Editado por Holloweang, 28 julio 2011 - 12:27 .





Volver arriba






