No, opowiadanie skończone. Przyjemnej lektury!
AfterParty
- Komandorze, kapitan Bailey przesłał nam dane na temat naszego niedoszłego zabójcy – zameldował Garrus Vakarian, gdy jego przełożony wszedł szybkim krokiem do zatłoczonego CIB. Zawsze ktoś tu przebywał, ale teraz zeszła się tu prawie cała załoga.
- Nazywał się Richard Jackson, był pracownikiem stacji przeładunkowej – rozległ się bezbarwny głos pokładowej sztucznej inteligencji. – Miał trzydzieści cztery lata, urodził się na Ziemi, w Nowym Jorku. Na Cytadeli przebywał od dwóch lat. Ukarany grzywną wysokości pięciuset kredytów za zaparkowanie promu w niedozwolonym miejscu. Brak danych dotyczących rodziny i znajomych.
- Dziękuję, EDI – powiedział Shepard, zatrzymując się przy panelach nawigacyjnych, wokół których skupiła się większość zebranych. – Prawdę mówiąc niewiele nam to dało. Mamy dwie możliwości: albo był to przypadkowy uzbrojony przechodzień, któremu nie spodobałem się do tego stopnia, że próbował mnie zastrzelić, albo
był zabójcą, działającym pod przykrywką. Osobiście uważam, że druga możliwość jest nieco bardziej prawdopodobna.
- Pozostaje nam więc ustalić kto był zleceniodawcą – odezwał się zwykle milczący Thane Krios.
- Jesteś w tej dziedzinie ekspertem – rzekł komandor. – Masz jakieś podejrzenia?
Drell milczał przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Z pewnością musiał być to ktoś dysponujący niemałymi funduszami. Być może jakaś organizacja. Twoje działania przysporzyły ci wielu wrogów. Zaćmienie, Błękitne Słońca, Cerberus… Jest jeszcze kilka możliwości, ale te trzy organizacje to według mnie najbardziej prawdopodobne opcje.
- Bailey wraz z danymi osobowymi podał też ciekawą informację – wtrącił Garrus, podając komandorowi elektroniczny notatnik. – Miejsce w którym stał zabójca, znajdowało się poza zasięgiem kamer bezpieczeństwa.
Była tam też drabina, prowadząca na niemonitorowane pomosty opiekunów. Jego plan był bardzo prosty i całkiem dobry – dostał się na pozycję dzięki pomostom i gdyby udało mu się ciebie zabić, uciekłby tą samą drogą.
- Shepard, kapitan Bailey chce się z tobą skontaktować – powiedziała EDI. – Czy mam go połączyć?
- Tak.
- Słuchaj, dostałem raport od moich ludzi, którzy mieli sprawdzić nagrania kamer w Okręgu – rozległ się głos kapitana SOC, wydobywający się z głośników.
- Co znaleźli?
- Dwie godziny przed tym wszystkim, zabójca został nagrany w innej części Okręgu. Rozmawiał z kimś, miał miniaturową słuchawkę w uchu, którą później wyrzucił.
- Wyrzucił? Dlaczego?
- Większość takich urządzeń zapisuje kilka ostatnich rozmów.
- To nie lepiej było by ją wykasować?
- Dało by się ją odzyskać. Wiedział co robi…
- Ta słuchawka wciąż musi gdzieś tam być.
- Mamy pecha, korytarz był od tego czasu sprzątany. Na nagraniu widać jak ląduje w pojemniku na śmieci. Teraz jest pewnie na którymś ze składowisk.
- Cholera – zaklął komandor, waląc pięścią w otwartą dłoń.
- Zawsze możesz pogrzebać sobie w paru tonach odpadów, jeśli ci ulży.
- Obawiam się, że nie mam na to ani chęci ani czasu.
- Dobra, ostatnia sprawa: dzięki nagraniu udało się odczytać część słów zabójcy z ruchu jego ust. Nie mamy całkowitej pewności, ale wynika z nich, że dostał od rozmówcy informacje o tobie i ustalał z nim szczegóły ataku.
- W takim razie jest ich więcej – mruknął Garrus, chodząc po pomieszczeniu. – Mogą spróbować ponownie…
-Tyle wiem na chwilę obecną – rzekł Bailey.
- Dzięki za informacje – Shepard oderwał wzrok od hologramu galaktyki, któremu przyglądał się od dłuższej chwili.
- A, i mam do ciebie prośbę. Są dwie opcje kontynuowania dochodzenia. Pierwsza to standardowe śledztwo, które potrwa miesiąc. Ale jest też i druga opcja – jesteś Widmem. Mógłbym więc wpisać jedynie „zabity przez agenta Wywiadu i Działań Militarno - Obronnych - sprawy bezpieczeństwa Cytadeli” i miałbym spokój.
- Dobra, rób co chcesz.
- Dzięki. Jak się jeszcze czegoś dowiem, dam znać.
W centrali okrętu zapanowała cisza. Oczy wszystkich obecnych zwrócone były na komandora, który po chwili przerwał milczenie:
- Garrusie, masz rację.
- Rację?
- Powiedziałeś, że mogą spróbować ponownie. Oni chcą zabić mnie, a ja chcę dowiedzieć się dla kogo pracują. Musimy ich wywabić, aby złapać któregoś żywcem. Potrzebujemy paru ochotników, dobrego planu…
- I przynęty – wpadła mu w słowo Tali, występując spośród zebranych. – Nie ma mowy – dodała dobitnie akcentując każde wypowiedziane słowo.
Quarianka widocznie przejrzała jego zamiary. Teraz patrzyła na niego takim wzrokiem, jakby chciała go zabić. Shepard dostrzegł jednak w jej spojrzeniu coś jeszcze – jakąś głęboko skrywaną troskę.
- Tali, rozumiem cię, ale to jedyny sposób, aby…
- Nie ma mowy – powtórzyła, podchodząc do niego na odległość metra.
- Tali, daj spokój…
- Powiedziałam!
Wszyscy w pomieszczeniu zerkali raz na quariankę, raz na komandora, który postanowił rozwiązać sprawę w inny sposób. Nie wiedział jeszcze, że tego pożałuje.
- Twój sprzeciw został odnotowany, panno Tali’Zorah vas Normandy – powiedział stanowczym, ostrym głosem, którego nie używał już od bardzo dawna. – Proszę wracać na swoje miejsce. To rozkaz.
Przez długą chwilę, która wydawała się wlec w nieskończoność, Tali stała bez ruchu, wpatrując się w niego z niedowierzeniem. Słyszał jedynie bicie swojego serca i szepty załogi, brzmiące jak szum liści poruszanych delikatnymi podmuchami wiatru.
- Tak jest – odpowiedziała głosem drżącym z gniewu, po czym obróciła się na pięcie i ku zdziwieniu Sheparda wsiadła do windy i zjechała na dół, posyłając mu przedtem mordercze spojrzenie.
- Więc… Na czym ja skończyłem…? – mruknął komandor, kompletnie zbity z tropu zachowaniem quarianki. – Potrzebujemy planu…
- Shepard… Nie wiem czy to najlepszy pomysł – powiedział powoli Garrus. – Oni chcą cię zabić. Nie złapać. Zabić. Jeżeli się wystawisz… To może się źle skończyć.
I ty Brutusie…? Shepard nie mógł uwierzyć w słowa turianina. Nie poznawał go.
- To jedyne wyjście – odrzekł stanowczo. – Musimy w jakiś sposób podsunąć im informację, że pojawię się na Cytadeli. Musi to być coś, co nie wzbudzi ich podejrzeń…
- Może spotkanie z kapitanem... Oj, przepraszam! Z radnym Andersonem – Joker kuśtykał powoli w ich kierunku, najwyraźniej chcąc się włączyć do rozmowy. – W celu „omówienia kwestii braków w monitoringu Cytadeli”.
- Joker. Jesteś geniuszem – odparł komandor.
- Wiem – pilot nawet nie próbował udawać skromnego. - Gdy ostatni raz się z nim spotkałeś, powstało wokół tego trochę szumu. Jeśli zabójca dowiedział się, że poszedłeś do baru, to na pewno dowie się i o tym. I tak na przyszłość, komandorze: gdy kiedyś znów postanowisz wkurzyć Tali, uprzedź mnie. Chcę mieć czas na bezpieczne opuszczenie Normandii. Teraz mam wrażenie jakbyśmy mieli pod pokładem tykającą bombę, która może wybuchnąć w każdej chwili…
Shepard westchnął i machnął ręką. Nie miał siły się nim użerać.
- Musimy tylko w jakiś sposób poinformować Andersona o prawdziwym celu tego spotkania – rzekł Garrus, wracając do tematu – Trzeba mu to powiedzieć osobiście. Otwarte kanały mogą być podsłuchiwane. Zabójcy mają pewnie świetną siatkę informatorów. Na pewno mają dane na temat każdej osoby z tego statku i
mogli by rozpoznać kogoś, gdy będzie szedł do radnego. Mogli by go śledzić.
- Temu da się zaradzić – Shepard mówiąc to, spojrzał na Thane’a. – Dałbyś radę dostarczyć wiadomość Andersonowi, bez zwracania na siebie uwagi?
- Oczywiście – odpowiedział drell, prostując się. – To nie będzie trudne.
- Dobrze. Więc przekaż mu dokładnie to, co teraz ci powiem…
***
Biel. Wszędzie ta biel, pomyślał David Anderson, rozglądając się po ambasadzie. Jasny wystrój Cytadeli nigdy mu nie przeszkadzał – przynajmniej do póki nie musiał spędzać tu całych dni. Nie po raz pierwszy i z całą pewnością nie po raz ostatni zatęsknił za ciemnymi, szarymi wnętrzami okrętów Przymierza, które może nie wyglądały reprezentacyjnie, ale przynajmniej nie powodowały łzawienia oczu.
Ponownie obiegł wzrokiem chorobliwie białe wnętrze. Kojarzyło mu się ze szpitalem, albo gorzej - z jakimś laboratorium. Doszedł do wniosku, że oślepiający efekt tworzą nie tylko jasne ściany, ale też silne oświetlenie pomieszczenia.
Opiekunowie oszaleli… Chyba chcą nam powypalać oczy.
Czasami rozważał zakup implantów, wszczepianych do oczu – dzięki nim mógłby przynajmniej normalnie widzieć w tym przeklętym miejscu. Wtedy wystarczyło by tylko zmniejszyć przesłonę. Na ich zakup musiałby wydać prawie całe swoje oszczędności, ale z drugiej strony, miał tu spędzić jeszcze przynajmniej parę lat.
Jedynym plusem w obecnej sytuacji, było to, że ambasada nie posiadała jednej ściany – w jej miejscu znajdował się taras z widokiem na Prezydium.
Anderson podniósł się z fotela i podszedł do barierki. Ta panorama na jezioro i rosnące gdzie niegdzie drzewa była jedynym ratunkiem dla jego oczu, nieustannie napastowanych przez białe ściany lub ekran komputera.
Wrócił myślami do wydarzeń sprzed dwóch lat. Wszystko zaczęło się właśnie tutaj, na tym tarasie. Udina załatwił audiencję u poprzedniej Rady i Shepard wpadł po uszy w całą tą aferę z Sarenem. Nie dość, że został pierwszym ludzkim Widmem, to jeszcze uratował galaktykę. Galaktykę, która się później na niego wypięła, gdy próbował ujawnić prawdę o Żniwiarzach. A teraz w podzięce za to ktoś chce go zabić. Cała Cytadela dosłownie huczała od plotek na temat nieudanej próby zabójstwa komandora, mimo iż te wydarzenia miały miejsce niecałe trzy godziny
temu. Wszystko to było oczywiście zasługa mediów. Reporterka „Citadel NewsNet” przeprowadziła wywiad z naocznym świadkiem i reportaż pojawił się w extranecie zanim SOC zdążyło zabrać ciało zabójcy. Miejsce zbrodni w kilka minut zaroiło się od gapiów i reporterów. Ci ostatni zdołali dopaść Sheparda, ale odmówił on
wywiadu, co wzbudziło oczywiście falę spekulacji na temat próby zabójstwa.
Za parę godzin media opublikują pierwsze teorie spiskowe i wtedy się dopiero zrobi burdel.
Radny rozumiał komandora, ale również dobrze wiedział, że teraz on znajdzie się na celowniku reporterów, ze względu na znajomość Sheparda. Jak na razie nikt nie dobijał się do jego drzwi. Spowodowane to było najpewniej tym, że media miały trudności z dostaniem się do Prezydium. Mimo wszystko nie mogło to trwać
wiecznie. Przebiegł go dreszcz gdy nawiedziła go wizja stada reporterów stojących pod tarasem i wykrzykujących pytania.
Nie znosił tłumów.
Coś zaszurało cicho nad jego głową, ale uznał, że się przesłyszał. Może to jakiś reporter próbuje się tu dostać szybem wentylacyjnym, zaśmiał się w duchu. Jak na razie media nie są jeszcze tak zdesperowane. Odwrócił się z zamiarem powrotu na swój fotel, ale zamiast ujrzeć świetlistą aurę wnętrza ambasady, jego oczy
spotkały się z dwoma wielkimi, czarnymi punktami. Stanął twarzą w twarz z drellem.
Słyszałkiedy o nich, jako o zabójcach, na usługach hanarów. Lata służby we flocie Przymierza uczyniły z Andersona człowieka, którego nie da się przestraszyć, ale gdy zobaczył tego osobnika stojącego zaledwie pół metra od niego, poczuł w żołądku bryłę lodu.
- Spokojnie, mam wiadomość od komandora Sheparda – rzekł drell, widocznie dostrzegając niepewność na twarzy radnego, który po tych słowach odetchnął z ulgą.
- Musiałeś się tak skradać?
- Shepard chciał, abym przedostał się do ciebie niezauważony.
- Rozumiem. Co to za wiadomość?
- Komandor ustalił, że zabójca nie działał sam. Chce zaaranżować spotkanie z tobą, aby móc dzięki temu schwytać któregoś z nich i ustalić kto ich wynajął.
- Czyli chce się użyć jako przynęty?
- Tak. Spotkanie ma się odbyć jutro, o godzinie dziewiątej, czasu Prezydium.
- A gdzie mam się z nim spotkać?
- Pod ambasadą. Niedługo zaroi się tu od reporterów, chcących dowiedzieć się od ciebie czegoś na temat próby zabójstwa. Shepard prosił, abyś starał się ich pozbyć i podsunął im niby przypadkiem informację o tym spotkaniu.
- A na cholerę?
- Komandor chce zadbać o to, aby ta informacja na pewno dotarła do zabójców.
- Dobrze, ale jak mam to niby powiedzieć? „Słuchajcie, przyjdźcie jutro o dziewiątej pod ambasadę, bo spotykam się z Shepardem”?
- To nie należy już do mojego zadania. Ale masz okazję, aby zrobić to już teraz – drell wskazał na chodnik pod tarasem. Szła tamtędy młoda kobieta, a obok niej unosiła się kamera. Po chwili zobaczyła Andersona i zawołała:
- Panie radco! Panie Anderson! Może pan udzielić mi wywiadu?!
Anderson jękną w duchu i obejrzał się do tyłu, ale drella już nie było – po prostu wyparował.
Na dole pojawiło się kolejnych trzech reporterów, którzy teraz przekrzykiwali się nawzajem, próbując nakłonić do wywiadu radnego, który westchnął na ich widok.
Nie znosił tłumów.
***
Drzwi maszynowni rozsunęły się z sykiem. Komandor powoli wszedł do środka, rozglądając się po wnętrzu. Dwójka mechaników: Kenneth Donnelly i Gabriella Daniels zasalutowała natychmiast przełożonemu, gdy tylko przekroczył próg. Jedyną osobą, która nie zareagowała na wejście dowódcy była quarianka, stojąca przy panelu kontrolnym, po drugiej stronie maszynowni.
Shepard skierował się w jej stronę. Miał nadzieję, że ochłonęła już do tego stopnia, że
jest w stanie normalnie z nim porozmawiać. Szybko się okazało, że nadzieje spełzły na niczym.
- Wszystko w porządku? – zapytał, gdy już podszedł do niej.
Tali nie odpowiedziała, tylko dalej robiła coś przy panelu.
- Możemy porozmawiać?
- Proszę wybaczyć, ale mam dużo pracy, komandorze – odezwała się w końcu, nawet się nie odwracając.
- Tali, proszę…
Quarianka odwróciła się na pięcie i spojrzała na niego ze złością.
- Chcesz się dać zabić? Twoja wola. Ale nie myśl, że ja będę bezczynnie siedzieć i się temu przyglądać!
- To jedyny sposób, żeby się dowiedzieć dla kogo pracują.
- Na pewno można to zrobić inaczej!
- A znasz jakiś inny sposób? – Shepard sprawił, że Tali zamilkła na chwilę.
- Skoro tak stawiasz sprawę, to idę z tobą – oznajmiła stanowczo, głosem który wyraźnie mówił, że wszelkie próby sprzeciwiania się, są niewskazane.
- Nie ma mowy.
- Już powiedziałam. Idę z tobą, albo ty nigdzie nie idziesz.
- Nie chcę, żeby coś ci się stało.
- Nie traktuj mnie tak! Dawałam sobie radę w gorszych sytuacjach podczas mojej Pielgrzymki i to bez niczyjej pomocy! Byłam z tobą w bazie Zbieraczy!
- I omal tam nie zginęłaś!
- Wyraziłam się jasno. I zdania nie zmienię. Koniec rozmowy – Tali odwróciła się w stronę panelu i wróciła do pracy.
Komandor pokręcił głową ze zrezygnowaniem i wyszedł z maszynowni. Dobrze wiedział, że quarianka nie ustąpi i prędzej czy później będzie musiał podjąć jakieś kroki, aby zatrzymać ją na Normandii. Miał nawet pewien pomysł, ale postanowił się nim z nikim nie dzielić. Przynajmniej na razie.
***
- Dobrze, powtórzmy zatem wszystko od początku – powiedział Garrus, składając swój karabin snajperski. – Nie możemy sobie pozwolić na żadne pomyłki.
- Niech ci będzie – odparł Shepard. – Grupa pierwsza, czyli ty i Thane. Przedostajesz się z jego pomocą na swoją pozycję, na dachu ambasady hanarów. Thane, jak rozumiem nie będzie problemów z przedostaniem się niezauważonym? Zabójcy mogą mieć dostęp do monitoringu.
- Istnieje sześć bezpiecznych dróg – odparł drell spokojnym głosem.
- Doskonale. Grupa pierwsza rusza za dokładnie piętnaście minut. Gdy Garrus będzie już na dachu Thane wraca na swoją pozycję, na pomostach opiekunów. Grupa druga, czyli ja i Jacob, wyrusza pół godziny po grupie pierwszej. Gdy tylko wyjdziemy z promu, Thane nas przejmuje i podąża za nami po pomostach aż do Prezydium. Tam osłania nas Garrus. Najprawdopodobniej zabójca zaatakuje nas gdy będziemy zmierzać do Prezydium. Okręgi są zatłoczone i będzie mógł się wtopić w tłum.
- Jeśli tam będzie, znajdę go – przerwał mu Thane.
- Mam nadzieję, w przeciwnym wypadku jestem trupem – komandor uśmiechnął się ponuro. – Pamiętajcie, musimy za wszelką cenę złapać go żywego. Lub ich. Może to większa grupa niż przypuszczaliśmy. Jakieś pytania? Dobrze. Przygotujcie się, ja muszę jeszcze coś załatwić…
***
- Puszczaj mnie! Co to ma znaczyć?! Gdzie ty mnie wleczesz?! Powiedziałam chyba, że idę z tobą!
- Tali, uspokój się…
Shepard zaciągnął quariankę do windy. Tak jak podejrzewał podsłuchiwała odprawę, ukryta tuż za drzwiami w krótkim korytarzu, prowadzącym do sali łączności. Wcisnął przycisk „1” i winda ruszyła do kajuty kapitańskiej.
- Poczekasz sobie u mnie – powiedział, nie puszczając jej ręki.
- Nawet tego nie próbuj!
Drzwi windy rozsunęły się i komandor wszedł do swojej prywatnej kabiny, ciągnąc za sobą wyrywającą się quariankę. Spróbował posadzić ją na kanapie, ale po chwili zrezygnował, widząc że nic z tego nie będzie.
- To długo nie potrwa – rzekł, zmierzając w stronę wyjścia. – Nakarm chomika.
- Shepard!
Komandor odwrócił się i wpadł w objęcia Tali, która najwyraźniej dała za wygraną. Albo rewelacyjnie udawała.
- Uważaj na siebie… - powiedziała cicho. Nagle błysnął aktywowany omini – klucz i z elektronicznego zamka drzwi posypały się iskry. Spojrzała na niego tryumfalnie. – Obawiam się, że nie masz mnie gdzie zamknąć, komandorze.
Shepard uśmiechnął się do niej i wyszedł za próg kajuty.
- Zawsze pozostaje zamek z zewnątrz – odparł, wciskając holograficzny przycisk. Drzwi zamknęły się z sykiem. Dla bezpieczeństwa wpisał jeszcze hasło. Quarianka przepalając zamek od wewnątrz, odcięła sobie całkowicie dostęp do mechanizmu. – Jak mówiłem nakarm chomika. Ale uważaj, ostatnio trochę zdziczał – dodał nieco
głośniej.
Odpowiedziało mu łomotanie w drzwi. Zaśmiał się pod nosem i zjechał windą na dół.
***
- Próba łączności. Garrus, jak mnie słychać?
- Głośno i wyraźnie, Shepard. Jestem na pozycji. Thane kazał mi się przeciskać kanałami wentylacyjnymi. Nie uwierzysz jakie ciekawe rzeczy można tam znaleźć. Jak na razie jest czysto, nie widzę nikogo podejrzanego. Pałęta się tu kilku dziennikarzy, najwyraźniej Anderson dobrze spełnił swoje zadanie. Możecie ruszać.
- Dobra, idziemy.
***
Joker jak zwykle siedział na swoim fotelu w kokpicie. Przed chwilą, zgodnie z poleceniem Sheparda wyprowadził Normandię z doku. Teraz okręt spokojnie dryfował nieopodal Cytadeli.
Pilot z lubością pogładził skórzane podłokietniki fotela i zwrócił się do EDI:
- Nie wiem po co Shepard kazał mi startować… Przecież Tali nie ucieknie, skoro zamknął ją w kajucie. Chociaż wolę oglądać mgławicę niż wnętrze doku…
- Prawdopodobieństwo ucieczki Tali’Zorah było bardzo duże – odpowiedziała SI. – Z moich szacunków wynika, że miała aż dziewięćdziesiąt procent.
- Jak to „miała”? – pilota poraził ten czas przeszły.
- Odwróć się, Jeff.
Joker zgodnie z radą obrócił fotel o sto osiemdziesiąt stopni. Okazało się, że tuż za nim stała Tali. Wcale nie wyglądała na zamkniętą w kajucie. Ani na zadowoloną.
- Em… Jak się wydostałaś…?
- Ląduj – odpowiedziała quarianka, głosem pozbawionym wszelkich emocji, który w jej ustach zabrzmiał dość nieprzyjemnie. Sprawę pogorszało jej twarde i zimne spojrzenie, jakim obdarzyła pilota.
Joker prychnął lekceważąco.
- Shepard chyba by mnie zabił… Kazał mi się trzymać z dala od Cytadeli. Dam ci radę: wróć do kajuty, a zapomnę o tym, że tu byłaś - powiedział od niechcenia, spoglądając na nią. Chwilę później zezował na lufę wycelowanego w jego głowę pistoletu.
- Ląduj – powtórzyła Tali tym samym głosem, odbezpieczając broń.
- Eee… - Joker odwrócił się bardzo powoli w stronę konsolety, chcąc uniknąć lodowatego spojrzenia quarianki. Zawsze miał wrażenie, że go lubi, ale teraz gdy celowała mu w głowę, coś mu mówiło, że ona nie żartuje. Postanowił się jednak upewnić. – Daj spokój… Zastrzelisz mnie…?
- Jeśli nie zrobisz tego co mówię. Zacznę od przestrzelenia ci kolan.
Pilot poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku. Nigdy nie spodziewał by się po niej takiego zachowania. Zimny wylot lufy dotknął tyłu jego głowy. Nadeszła chwilawyboru. Wyboru dość prostego biorąc pod uwagę perspektywę przestrzelonych stawów.
- EDI… Wprowadź nas proszę do doku…
- I to szybko – dodała Tali.
***
- Thane, widzisz mnie? – zapytał Shepard, wydostając się z ciasnego wnętrza promu.
- Tak – odpowiedział krótko drell. – Nie dostrzegłem nikogo, wyglądającego na zabójcę.
- W takim razie idziemy.
Ruszyli naprzód, przepychając się przez tłumy, wszechobecne na Okręgach. Podążali za holograficznymi znakami na ścianach, wskazującymi drogę do różnych miejsc, miedzy innymi do Prezydium. Tu i ówdzie wyświetlane były różne reklamy: zarówno na ścianach jak i na sufitach czasami nawet na podłodze. Oferowały niemal wszystko – od broni („Czy czujesz się zagrożony?” K.R.E. zadba o Twoje bezpieczeństwo!”) przez masaże („Nasze masażystki asari pomogą Ci się odprężyć, po ciężkim dniu pracy!”) aż po trumny („Chcesz sobie zapewnić wygodną wieczność?”). Minęli niewielką grupę turian, oglądających reklamę jakiegoś napoju.
Obok niebieskiej butelki pojawił się rażący w oczy, pomarańczowy napis: „Masz ochotę na ożywczy napój Tupari?”. Chwilę później wyskoczyło kolejne zdanie, które sprawiło, że Shepard zatrzymał się na chwilę: „Komandor Shepard pije Tupari! Bądź taki jak on! Kup Tupari!”. Jeden z turian mruknął cicho:
- Oczywiście nie ma wersji dekstro – proteinowej… Cholerni egoiści.
Komandor stał przez kilka dobrych sekund, wpatrując się oniemiały w hologram. To była już lekka przesada. Oderwał wzrok od reklamy i dogonił Jacoba, który (dzięki Bogu) niczego nie zauważył.
Dalsza podróż przez Okręgi przebiegła dość spokojnie – może prócz momentu, gdy wpadł na nich jakiś naćpany człowiek, zastanawiając się na głos, czy Jacob nie jest jego ojcem. Funkcjonariusz SOC nie dał mu dokończyć rozważań, zabierając go błyskawicznie na pobliski posterunek.
Gdy zmierzali do windy prowadzącej do Prezydium, skontaktował się z nimi Thane:
- Zabójcy nie było w Okręgach. Zaatakuje przed ambasadą.
- Skąd to wiesz? Nikogo podejrzanego nie widzę – odpowiedział mu Garrus.
- To logiczne. Tam będzie miał więcej miejsca i będziecie bardziej odsłonięci. Widocznie nie chciał ryzykować strzelaniny w takim tłumie.
- Garrusie, miej oczy szeroko otwarte – rzekł Shepard.
- Nie martw się, jeśli tam jest, to już go mamy.
- Oby.
Zanim drzwi windy się zamknęły, do środka weszła quarianka. Shepardowi wydała się dziwnie znajoma. Jego wątpliwości zostały rozwiane z chwilą, gdy rąbnęła go otwartą dłonią w głowę.
- Jeszcze raz spróbuj mnie gdzieś zamknąć, to pożałujesz! – krzyknęła Tali, poczym kopnęła go w łydkę, co jednak nie przyniosło zamierzonego efektu ze względu na pancerz komandora.
- Jak ty się wydostałaś? – zapytał skrajnie zdziwiony Shepard, zasłaniając sięgdy quarianka znów uniosła rękę.
- To nie powinno cię obchodzić!
- Uspokój się – wtrącił się Jacob, lekko rozbawiony zaistniałą sytuacją. – Zaraz wysiadamy.
- Jestem spokojna! – Tali wzięła kilka głębokich wdechów. – Nawet nie waż się mnie więcej zamykać – dodała już
normalnym głosem, patrząc na Sheparda.
Drzwi windy rozsunęły się, ukazując im Prezydium. Wyszli na zewnątrz, powoli zmierzając w stronę majaczącej w oddali ambasady ludzi.
- Anderson jest już na miejscu – odezwał się Garrus.
- Widzisz zabójcę?
- Nie.
Minęli kilka wymyślnych fontann, wystrzeliwujących w powietrze strumienie wody, które powoli opadały do jeziora. Panująca tutaj niska grawitacja umożliwiała budowę naprawdę skomplikowanych wodotrysków.
- Shepard, mam go! Jest na dachu, po drugiej stronie jeziora, w dzielnicy bankowej. To człowiek. Nie patrzcie się w tamtą stronę…
- Co on tam robi? – zapytał komandor, starając się dostrzec coś kątem oka.
- Nie wiem… Cholera jasna, nie jest dobrze. Sukinsyn ma miotacz antymaterii. Tarcze tego nie zatrzymają! Thane, możesz się tam dostać?
- Tak. Ruszam – odrzekł drell.
Ambasada była coraz bliżej. Można było już dostrzec sylwetki zgromadzonych tam osób.
- Dlaczego jeszcze nie strzela? – mruknął Shepard.
- Nie mam pojęcia. Nie trzyma nawet palca na spuście. Jeśli coś będzie nie tak, strzelam – odpowiedział Garrus.
- To może być nasza jedyna szansa… Nie rób tego, jeśli nie będzie to konieczne. Thane musi go wziąć żywcem.
- Garrusie, jeśli położy palec na spuście, masz strzelać – wtrąciła się Tali. Widząc, że komandor chce zaprzeczyć, uciszyła go spojrzeniem.
Byli już jakieś pięćdziesiąt metrów od ambasady. Rzeczywiście kręciło się tam kilku dziennikarzy. Jeden z nich napastował Andersona, który miał taką minę, jakby szedł na szubienicę.
-Thane, gdzie ty do diabła jesteś?! – Garrus widocznie zaczynał mieć dość czekania. – Zaraz on z kimś rozmawia… Jest drugi! Przy reporterach, ten trzymający rękę przy uchu, widzisz go?
- Widzę – odrzekł Shepard.
- Ma broń… Widzę koniec rękojeści pistoletu…
- Co ze snajperem?
- Cholera… Thane! Pospiesz się!
- Jestem już blisko.
- On zaraz strzeli!
Od Andersona dzieliło ich już jakieś dziesięć metrów. Shepard słyszał jedynie głuche walenie swojego serca, które zagłuszało nawet plusk wody dobiegający z jeziora. Poczuł, że Tali ściska jego dłoń…
- Strzelam! – krzyknął Garrus, tracąc cierpliwość.
- Mam go.
- Cholera by cię, Thane. W ostatniej chwili… Sheprad, snajper zdjęty. Mamy go, został jeden.
- Tym już ja się zajmę – odparł komandor. Zatrzymał się przed radnym i wyciągną pistolet, mierząc we wskazanego przez Garrusa osobnika. – Na ziemię!
Dziennikarze rozpierzchli się na wszystkie strony, aby zejść z lini strzału. Zabójca błyskawicznie wykorzystał ten moment: ruszył biegiem przez most, prowadzący na drugą stronę jeziora. Shepard bez zastanowienia ruszył za nim, potrącając kilku reporterów. Ścigany osobnik nagle odwrócił się w biegu, wyciągając pistolet i
wymierzając go w komandora. Dosłownie w tym samym momencie z jego głowy trysnął strumień krwi, niosąc ze sobą kawałki tkanki i kości. Zabójcę odrzuciło na barierkę, przez którą przechylił się i wpadł do jeziora.
Chwilę później Shepard usłyszał w słuchawce głos Garrusa:
- Zdjęty.
***
Zabójca siedział związany na prostym, plastikowym krześle w sali łączności. Otaczała go ciemność – miał zawiązane oczy. Klął w duchu samego siebie i swoją głupotę. Jak mógł się dać tak złapać? Wszystko miało pójść gładko i bez żadnych problemów. Wiedział, że już nie żyje. Jeśli nie zabije go Shepard, to jego zleceniodawca. Poczuł, że ktoś rozwiązuje opaskę, zasłaniającą mu oczy i chwilę później mrużył oczy pod naporem silnego oświetlenia. W pomieszczeniu stało kilka osób: Shepard, Jacob Taylor, turianin Garrus Vakarian, quarianka Tali’Zorah i drell wyglądający na Thane’a Kriosa. Poznał ich bez problemu: już dawno przestudiował
akta załogi komandora.
- Dla kogo pracujesz? – zaczął bez wstępów Shepard.
- Wal się.
Chwilę później dostał ciężką rękawicą po zębach. Poczuł jak krew z rozciętej wargi spływa mu po brodzie.
- Zła odpowiedź – rzekł Vakarian, podchodząc bliżej. – Może teraz ja cię zapytam?
-Shepard, ukończyłam analizę omini – klucza zabójcy – rozległ się syntetyczny głos SI.
- Czy znalazłaś coś co mogło by nam pomóc?
- Tak. Dziesięć godzin temu dostał następującą wiadomość: „Przekazałem twój raport szefowi. Nie był zadowolony. O mały włos nie wpadliście. Musisz się postarać, nie ma miejsca na błędy. Shepard ma być martwy. Pamiętaj, że jeśli cię złapią, będziesz dla nas problemem. Cerberus ma już wystarczająco dużo problemów i bez tego. Jeszcze jedno: Człowiek Iluzja kazał ci się spieszyć: Shepard nie będzie wiecznie na Cytadeli. Nie daj się złapać.”. Na podstawie próbki DNA i danych SOC udało mi się ustalić tożsamość zabójcy – to John Graves. Był właścicielem sklepu z bronią na stacji.
- Wygląda na to, że nasz problem rozwiązał się sam – mruknął turianin.
- Masz coś do powiedzenia na ten temat? – zapytał Shepard, patrząc na zabójcę. – Dlaczego Człowiek Iluzja chce mnie zabić? Chodzi mu o tą bazę Zbieraczy?
- Skazałeś całą ludzkość na zagładę! – krzyknął Graves, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Och, nie tylko ludzkość. Żniwiarze są bardzo skrupulatni – odrzekł komandor, uśmiechając się perfidnie. – Ale skoro tak bardzo zależy ci na galaktyce… - podszedł do zabójcy i zwlekł go z krzesła. Przeciągną go przez całe
pomieszczenie i skierował się do CIB.
Graves widział pogardliwe, nienawistne spojrzenia załogantów, dawnych członków Cerberusa. Byli to najlepsi z najlepszych. Człowiek Iluzja wybrał do załogi Normandii najbardziej doświadczonych. A teraz dali się Shepardowi przeciągnąć na jego stronę. Głupcy…
Komandor wywlókł go przez śluzę na zewnątrz.
- Biegnij na ratunek galaktyce! – zawołał Shepard, co wywołało falę śmiechu wśród osób, które przyszły tu za nim. – Chociaż nie sądzę, żebyś zdołał wyjść z pudła, przed atakiem Żniwiarzy. Bailey, zostawiam ci to ścierwo w doku. Rób z nim co chcesz. Nie, nie jest mi potrzebny.
Graves przekręcił się na bok, rezygnując z prób uwolnienia się z więzów. Shepard widocznie miał już wrócić na statek, ale przed zebranych wystąpiła quarianka i podeszła do leżącego na ziemi zabójcy.
- Jeśli kiedykolwiek cię gdzieś zobaczę… - syknęła. – To obiecuję ci, że nie przeżyjesz tego spotkania.
Agent Cerberusa prychnął pogardliwie, ale w tym samym momencie zobaczył zbliżający się z dużą prędkością do jego twarzy but quarianki.
A potem była już tylko ciemność.
Editado por Vader1995mw, 30 septiembre 2011 - 06:27 .