Opowiadanie będzie oczywiście rozwijane, nowe rozdziały będą dodawane w nieregularnych odstępach czasu. Osobny temat na komentarze zaraz postawię

Prolog
Dzień zero - za 14 dni. Czomolungma. Ziemia, gromada lokalna.
Nosi teraz imię Uroboros.
Nazywał się kiedyś inaczej, lecz po dramatycznych wydarzeniach w Afryce uznał, że rozsądnie byłoby rozstać się z dawną tożsamością. Obserwując pokryte śniegiem i lodem zbocza górskie, po raz kolejny mężczyzna poddaje się wszechogarniającemu uczuciu zachwytu na widok surowego piękna dzikiej przyrody. O tak, ludzie tu bywają, jednak na tyle rzadko, że natura bez trudu zaciera ich ślady po każdej takiej wizycie. Cóż, pomyślał Uroboros, oddychać tu niełatwo, na wysokości ponad ośmiu kilometrów nad poziomem morza atmosfera jest w znacznym stopniu rozrzedzona.
Uroboros jednak nie zauważa tego, co normalnego człowieka do tej pory dawno by uśmierciło. Dla zwykłej ludzkiej istoty, panujący tu mróz byłby tak przejmujący, że musiałaby ona zarzucić na siebie kilka grubych warstw odzieży, jednak on nie jest zwykłym człowiekiem. A dokładniej: niewiele pozostało w nim człowieczeństwa, choć na pierwszy rzut oka nie wyróżniałby się zanadto w tłumie. Jego ciało, które przestało się starzeć, gdy liczył sobie 54 lata, wygląda na młodsze o 10 lat, w dużej mierze dzięki atletycznej, acz szczupłej budowie. Ani grama zbędnego tłuszczu, a na twarzy zmarszczek niewiele. Mężczyzna nie posiada ani jednego siwego włosa, jego jasne, krótkie włosy pozostają w porządku pomimo niedawnej wichury. Jednak jedną rzecz postronny obserwator mógłby uznać za co najmniej dziwną: pomimo znajdowania się na szczycie najwyższej góry na ziemi, mężczyzna jest całkowicie nagi.
Uroboros spogląda w niebo, jakby czegoś wyczekując. Po chwili jego wzrok przykuwa mały, ciemny punkt na nieboskłonie. Punkt ten gwałtownie się powiększa, gdy oddalony od Ziemi obiekt coraz bardziej się przybliża. W końcu, mężczyzna rozpoznaje kształt, a na jego widok unosi ze zdziwieniem brwi. Kiedyż to te małe robaczki tam w dole nauczyły się latać w kosmosie, mało tego, co za geniusz wymyślił, żeby obiekt, którym mamy się udać w kosmos, przypominał ogromną kałamarnicę?
- Żeście się nauczyli paru rzeczy, gdy mnie nie było - szepce mężczyzna. Po chwili odwraca się tyłem do osobliwego statku majaczącego na horyzoncie i rozpoczyna wędrówkę w dół. Czas powrócić do cywilizacji. I może nawet do dawnego nazwiska? W końcu ukrywa się już od 176 lat... nikt nie skojarzy jego nazwiska z incydentem w Afryce.
Rozdział 1
Megamiasto York. Ziemia, gromada lokalna.
Mac pokręcił głową z niesmakiem. Ludzie to się nigdy nie nauczą, pomyślał. Skolonizowaliśmy już bez mała kilkadziesiąt planet, a do dziś nie jesteśmy w stanie uporać się z własnym bajzlem. Poziom zanieczyszczeń chyba zabiłby turianina, albo jedną z tych laseczek, asari. Jak nie urodziłeś się na Ziemi, nie zniesiesz tutejszej atmosfery. A już na pewno nie w megamieście.
A ludzie, jak to ludzie. Cywilizacja to prawdziwy mit -- spokój jest jedynie pozorny. A pod cienką, niczym warstwa złota na błyskotce u ulicznego handlarza, przykrywką skrupułów i przyzwoitości, kryje się prawdziwa dżungla. Wystarczy zjawić się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie, a natychmiast traci się wszystkie pieniążki, często także i życie.
Mac spojrzał na zawartość kieszeni. Ładny połów, nie ma co. Sporo biżuterii, gotówki... jest i kilka kart. Może da je wieczorem Cainowi do wyczyszczenia. W sumie mógłby sobie na dziś dać spokój, ale nie czuł się usatysfakcjonowany. Żaden przeciwnik nie stawił mu dziś większego oporu, a Mac miał swoistą żądzę krwi do zaspokojenia.
Miał już wracać do mieszkania, gdy zobaczył mierzącego metr dziewięćdziesiąt drągala. Facet przewyższał go prawie o głowę, a czarne skórzane wdzianko w połączeniu z kolczykami i kastetem na prawej dłoni jasno sygnalizowało mu, czym delikwent trudni się na codzień. To nie będzie trudne, pomyślał Mac i założył jeden ze zdobycznych pierścionków na palec i nonszalancko podreptał w kierunku najbliższego ślepego zaułka, sprawdzając w szybach zaparkowanych przy ulicy pojazdów, czy czub chwycił przynętę. Z satysfakcją dostrzegł na szybie jego odbicie. Taaaak, chwycił.
Mac skręcił do sprawdzonego zaułka i udał zaskoczenie, gdy chcąc zawrócić, zatrzymał się na widok czuba. Ten od razu wyjął sporej wielkości wojskowy nóż i warknął: Dawaj forsę.
- Nie.
- Cooo? - czub aż wybałuszył oczy ze zdumienia. Mac uśmiechnął się pod nosem. Oj, będzie zabawa, pomyślał.
- Nie wygłupiaj się. Nie chcesz chyba, żebym cię dziabnął? - warknął znowu czub.
- Nie. Nie chcę - odparł Mac.
- To dawaj forsę.
- Nie.
- Hy? - czubowi opadła szczęka.
- Nie rozumiesz? N-I-E - wycedził Mac - nie znasz takiego słowa, czy co? NIE.
Wtedy w bandziorze coś pękło. Z rykiem rzucił się na Maca, pchając nożem, jednak w tym momencie Mac uskoczył szybko na bok, a jego przeciwnik stracił równowagę i wyrżnął w ziemię, klnąc przy tym szpetnie. Mac nie marnował czasu po próżnicy, tylko natychmiast przycisnął nogą kark obwiesia i chwycił obydwoma rękami za ramię uzbrojone w nóż, natychmiast je wykręcając. Wyjąc z bólu, rabuś upuścił broń.
- Czego... czego chcesz ode mnie, człowieku? - wyjęczał. Mac musiał się roześmiać - gość jeszcze niedawno zgrywał Wielkiego Złego, a jak przychodzi co do czego, jęczy jak dziewczyna!
- Opróżnij kieszenie - powiedział Mac, jeszcze tłumiąc śmiech. - Lewą rękę masz wolną.
Rabuś wijąc się gorączkowo, zaczął spełniać polecenie. Na żwir trafiły dwa pękate portfele i kilka zwitków banknotów.
- Wszystko - wycedził Mac - z łapsk też.
- Koleś, co ty, chcesz mnie do limentu oskubać? - obruszył się obwieś, po czym znowu jęknął z bólu, gdy Mac szarpnął za unieruchomione prawe ramię.
- No dobra, dobra - wyjęczał bandyta, po czym na kupkę łupów trafiły trzy srebrne sygnety, ściągnięte zębami czuba.
- I co teraz? - wyjęczał błagalnie facet.
- Teraz... - zaczął Mac i przerwał na chwilę, po czym kontynuował - teraz grzecznie wstaniesz i wyniesiesz się stąd do wszystkich diabłów.
To rzekłszy, Mac puścił rękę czuba i zabrał nogę z jego karku. Facet zaczął się podnosić, po czym błyskawicznie chwycił za leżący na ziemi nóż i rzucił się na Maca, klnąc siarczyście. Po raz kolejny trafił w próżnię, a Mac znów chwycił go tak, jak poprzednio, ale tym razem obrócił rękę czuba dużo gwałtowniej, aż trzasnęły stawy, mięśnie i skóra. Czub wył z bólu i wymiotował na żwir, gdy Mac wyrywał mu rękę z ciała. Po chwili bandyta nie miał już ręki - leżała w kałuży jego rzygowin, a Maca nie było, jak również łupów przestępcy.
Godzinę później, Mac sączył piwo w barze Caina i patrzył przez okno. Czy to tylko złudzenia, czy ten czarny punkt na niebie jest coraz większy?
- Widzisz tam coś, staruszku? - zagadnął barmana, a ten ujął w brudne łapy starą lornetkę i zaczął obserwować punkt.
- O żesz w mordę. - sapnął Cain, po czym Mac wyrwał mu lornetkę i spojrzał przez nią na zjawisko.
- Od kiedy flota Przymierza ma na stanie kalmary? - zapytał Mac.
- Ja wiem? - Cain wzruszył ramionami. - A jeśli to nie Przymierze?
- No to kto? - zapytał zdenerwowany Mac - żadna z ras obecnych na Cytadeli nie posiada czegoś takiego na stanie, a przynajmniej ja o tym nie wiem. I dlaczego mieliby wysyłać kalmara wielkiego jak sto diabłów na ten zapyziały kawał skały?
- Mnie się pytasz? - kolejne wzruszenie ramion - Od dawna ci powtarzam, że to wszystko pójdzie w diabły. Cały ten świat i w ogóle. Wygląda na to, że znaleźliśmy w końcu w kosmosie coś, co się nieźle wkurzyło na pobudkę, jaką mu zgotowaliśmy. Już po nas - pstryknął palcami Cain - o tak. Pfft!
Mac obserwował obiekt z coraz większym niepokojem. Teraz już nie potrzeba było lornetki - statek widoczny był gołym okiem, można było nawet określić jego kurs: megamiasto York.
- Cain... - syknął Mac.
- Co.... schron?
- Ta.
- Możemy jechać i zaraz - odwarknął cicho barman.
- No to spadamy, zanim to coś tu dotrze. - szepnął Mac - Cosik mi się widzi, że to cudeńko nie obejdzie się z nami delikatnie, jeżeli tu zostaniemy.
Cain skinął jedynie głową i szybko zebrał utarg z kasy, wywiesił tabliczkę z napisem "ZAMKNIĘTE" i ryknął na całe gardło:
- Co tu jeszcze robicie, ludziska?! Spadać do piwnic, pod ziemię, najgłębiej, jak tylko można! I zabierzcie ze sobą, kogo możecie!
Po tych słowach cisza, która zapadła już wcześniej na widok zbliżającego się obiektu, stała się wręcz fizycznie namacalna. Następnie, po kilku sekundach, które zdawały się wiecznością, ludzie rzucili się do wyjścia przy akompaniamencie histerycznych krzyków. Po kolejnych kilku sekundach, w barze znów nastała cisza -- poza Makiem i Cainem nikogo w nim nie było. Cain szybko zamknął bar.
- Nigdy nic nie wiadomo, może przybywają w pokoju, a nie mam zamiaru ułatwiać życia cwaniaczkom - mruknął do Maca. - Dawaj na zaplecze, kolego.
Mac poszedł za przyjacielem na tyły baru, do niewielkiej kanciapy, gdzie stary trzymał swoje prywatne graty, nie do końca legalne. Czego tam nie było... kilka pistoletów, klasyczny dwulufowy obrzyn, beczki z alkoholem (był nawet rynkol, ale Mac wolał nie wiedzieć, skąd stary to brał -- po jednym łyku stwierdził, że to nie na jego głowę), ale też i sprzęt elektroniczny najróżniejszej maści. Pośrodku całego tego majdanu siedział przy niewielkim przenośnym terminalu najbardziej interesujący wg. Maca kumpel starego -- był to quarianin, który zdawał się cierpieć na rodzaj selektywnej amnezji, a przynajmniej tak twierdził. Nie pamiętał swego imienia, ani celu pielgrzymki, jednak zachował całą wiedzę na temat wszelkiego rodzaju technologii i aktywnie ją poszerzał. Stary dla żartu nazwał go Mitnick, po słynnym dwudziestowiecznym hakerze, i tak już zostało.
Teraz, zdziwiony najpierw ciszą, potem niesamowitym chaosem, potem znowu ciszą, a wreszcie widokiem Caina i Maca pakujących najróżniejsze graty do przypominającego klasyczny dwudziestowieczny karawan pogrzebowy poduszkowca, co chwila pojawiających się w jego sanktuarium, tylko po to, żeby znowu zniknąć z następną partią rzeczy, quarianin podniósł głowę i zapytał z niepokojem w głosie:
- Co się dzieje, panie Cain?
- Pakuj swój majdan do wozu, Mitnick, spadamy do schronu. Cokolwiek tu nadlatuje, nie mamy zamiaru tu być, jak to przybędzie. - odburknął stary.
Quarianin przestał klikać w omniklucz i zaczął pakować do torby swój sprzęt. We trzech poradzili sobie dość szybko i po niecałych 10 minutach, kanciapa była niemal całkowicie pusta.
Wychodząc z ostatnimi sztukami bagażu z baru, wszyscy trzej zerknęli odruchowo na nieboskłon. Przypominający ogromną kałamarnicę obiekt był teraz wielkości wieżowca -- wyraźnie docierał już do granic megamiasta.
- W mordę jeża, co to jest za diabelstwo?! - zachłysnął się Cain.
- Nie ma czasu, staruszku, jedziem stąd! - krzyknął Mac, po czym wrzucił ostatnie bagaże do poduszkowca. Torba Mitnicka wydała z siebie nieprzyjemny, klekoczący dźwięk.
- Uważałbyś na to, kosztowało więcej, niż twój średni miesięczny utarg, Mac - żachnął się Mitnick, zajmując miejsce w poduszkowcu. Cain już chciał zająć miejsce kierowcy, ale Mac odsunął go i powiedział:
- Nie mamy czasu na ostrożną jazdę.
- Nie rozwal mi tylko wozu... - burknął stary i usiadł na miejscu obok Maca, gdy ten uruchamiał silnik.
Chwilę potem, byli już w powietrzu. Wystarczył jednak rzut oka, by się przekonać, że ucieczka z terenu megamiasta nie będzie łatwa -- wielu innych wpadło na ten sam pomysł i teraz pomiędzy budynkami śmigały tysiące poduszkowców, lecących na złamanie karku we wszystkich kierunkach, za wyjątkiem północnego zachodu, skąd nadlatywał nieznany obiekt. Przez chwilę Mac zastanawiał się, czy nie zdać się na koła, ale na ziemi sytuacja przedstawiała się jeszcze gorzej -- nie dość, że dochodziło do dziesiątek kolizji, kierowcy pojazdów nie oglądali się także na tych nieszczęśników, którym dane było uciekać pieszo. Co i rusz, ktoś ginął w zderzeniu z rozpędzonymi autami. Mac pokręcił z niedowierzaniem głową. Co innego widzieć, jak cienka otoczka cywilizacji tu i ówdzie pęka, pokazując zezwierzęcenie pojedynczych ludzi, a co innego, doświadczyć całkowitego jej rozkładu...
A więc powietrze, pomyślał Mac i wystartował ostro w górę, próbując dostać się ponad zatłoczone pasma ruchu. Zazwyczaj manewr ten jest ryzykowny -- poduszkowce, nie będąc tak opancerzone, jak typowe statki powietrzne, zazwyczaj nienajlepiej tolerują wyższe warstwy atmosfery, ale w przypadku Karawanu sprawy miały się inaczej -- Mac wiedział, że stary podrasowuje wóz, jak może, kiedy tylko znajdzie chwilę i ten konkretny poduszkowiec ma szansę w górnych warstwach atmosfery.
Mac prowadził poduszkowca kursem niemal pionowym i już w ciągu kilku sekund osiągnął pułap Empire State Building. Obserwując budynek, który z wyglądu nie uległ niemal żadnym zmianom na przestrzeni dwóch i pół wieku, miał niejasne przeczucie, że symbol Ameryki, mocarstwa, które w końcu dopięło swego i manipulując ONZ, przekształciło podzieloną na niewielkie narody planetę w globalną wioskę, symbol zjednoczenia planety pod wspólnym rządem, symbol tego, co wreszcie umożliwiło eksplorację Marsa i następujący po tym postęp technologiczny, że ten symbol niedługo przestanie istnieć. Czując, że prawdopodobnie po raz ostatni ogląda słynną budowlę, Mac obrał kurs na zachód. Wiedział, że nadlatujący z północnego zachodu obiekt minie go zaledwie o setkę kilometrów, może nawet mniej, ale zacisnął tylko zęby i ruszył. Zaniepokojony Cain zagadnął go:
- Mac... to coś nadlatuje z północnego zachodu, a ty kierujesz się na zachód.... Starczy tylko, że się lekko obróci i ktokolwiek nim steruje, zobaczy nas przez okno.
- Mam to gdzieś - burknął Mac - chcę po raz ostatni zobaczyć Empire State. A to coś nie zmieni kursu z powodu jednego poduszkowca.
- Ech, ty idealisto... - żachnął się stary. - Jak przez ciebie tu zginiemy...
Widząc, że Mac nie ma zamiaru zmienić kursu, Cain wzruszył ramionami i darował sobie dalsze uwagi. Czuł w kościach, że tym razem nie przekona przyjaciela. Ruszyli.
Poniżej działy się iście dantejskie sceny. Pomiędzy budynkami, poduszkowce zderzały się ze sobą i wybuchały. Spadając na ziemię, powodowały jeszcze większy chaos na jezdniach - ginęli piesi, a także kierowcy pojazdów naz.iemnych, którzy mieli pecha uderzyć frontalnie w pojawiające się nagle przeszkody, lub też gdy poduszkowce spadały im prosto na dachy ich własnych wozów. Owszem, spora część ludzi ucieknie, pomyślał Mac, ale będą to chyba doświadczeni cyrkowcy, albo delikwenci, którzy najwyraźniej ćwiczyli w domu refleks rodem z Matrixa. Swoją drogą, ciekawe, że film sprzed prawie dwóch stuleci jeszcze cieszy się taką popularnością...
Widok Empire State Building, do którego właśnie znacznie się zbliżyli, wyrwał Maca z zamyślenia. Obserwując budynek, zauważył, że jest on już praktycznie pusty. Pewnie wszyscy się ewakuowali, pomyślał.
Ale nie... ktoś tam jest... Oglądając imponującą budowlę, Mac odruchowo zerknął na niegdyś nieużywaną przystań dla sterowców. Cóż, wraz z postępem technologii, który umożliwił konstrukcję nowych wehikułów powietrznych, przystań otwarto ponownie i... ktoś tam był. Mac nie mógł uwierzyć własnym oczom. Szczupła blondynka średniego wzrostu, ubrana w typowy służbowy strój sekretarki jakiegoś wpływowego polityka, albo rzutkiego biznesmena, stała tam, oparta o balustradę i patrzała z wyraźnym lękiem w oczach na zbliżający się obiekt. Mac pokręcił głową i przez chwilę rozważał, czy jej nie pomóc, ale przecież był odpowiedzialny za przyjaciół, a to coś lada chwila zaatakuje... już rozchyla macki, już widać pomiędzy nimi jakiś czerwony błysk...
Nagły wystrzał największego promienia laserowego, jaki Mac w życiu widział, przerwał jego rozmyślania. Laser trafił w asfalt tuż pod olbrzymią kałamarnicą, wyrzucając w powietrze tony gruzu i wywołując falę uderzeniową, która dosłownie unicestwiła kilka pobliskich budynków, pozbawiając szyb kolejne w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.
- Wiejmy stąd - ryknął Cain - zanim nie przyfasoli czymś solidniejszym i nas nie zmiecie!
Mac zacisnął zęby i podjął decyzję.
- Mitnick, przesuń się w lewo i na mój sygnał otwórz drzwi po prawej stronie. Sięgniesz.
- Co ty wyprawiasz, ośle?! - ryknął znowu stary, ale Mitnick bez słowa przesiadł się obok, wyciągnął jak długi i ułożył dłoń przy przycisku otwierającym drzwi, przy których przed chwilą siedział.
- Gotów. - powiedział tylko.
Mac szybko zbliżył się do przystani i zatrzymał się w powietrzu tuż przed nosem blondynki, która z oczami wielkimi jak spodki patrzała to na niego, to na unoszącą się w oddali kałamarnicę, która wyraźnie przygotowywała się do następnego ataku.
- Teraz. - zawołał Mac. Mitnick wcisnął przycisk i natychmiast się wyprostował, zwalniając miejsce.
- Wskakujże, laluniu, zanim nas wszystkich zmiecie! - ryknął znowu Cain. Blondynka otrząsnęła się z oszołomienia i wspięła się po balustradzie, po czym zgrabnie wskoczyła do poduszkowca. Klepnęła szybko przycisk, a Mac natychmiast wystartował ponownie akurat w chwili, gdy ogromny kalmar wystrzelił po raz kolejny.
Tym razem salwa była jeszcze silniejsza, niż poprzednia, trafiła też zdecydowanie bliżej, bowiem podmuch powietrza zmiótł wszystkie szyby z Empire State i mnóstwa budynków nieopodal, zaś sama eksplozja niemal dosięgła słynnej budowli. Cudownie, pomyślał Mac. To cudo strzela coraz bardziej ukośnie, za chwilę Empire State przestanie istnieć.
Poduszkowiec, ciśnięty podmuchem z daleka od Empire State i od atakującego statku-kalmara, wystrzelił jak rakieta w kierunku zachodniego krańca megamiasta, gdy tylko Mac odzyskał nad nim kontrolę. Pora spadać, pomyślał. Empire State już nic nie pomoże, podobnie tym biedakom tam w dole. Teraz pozostaje tylko uciec do schronu Caina i pomyśleć, co dalej.
Za ich plecami, kałamarnica wystrzeliła po raz kolejny, tym razem trafiając centralnie w Empire State Building. W lusterku wstecznym Mac widział, jak symbol wielkości człowieka ginie na jego oczach w morzu ognia.
Editado por Albert.Wesker, 08 marzo 2012 - 09:30 .





Volver arriba






