Editado por ElCyd, 01 febrero 2012 - 07:48 .
Inspracja na podstawie DA2
Comenzado por
ElCyd
, feb 01 2012 09:59
#1
Escrito 01 febrero 2012 - 09:59
Zamieszczam tutaj fragmęt mojej opowieści, do pisana której zainspirowaly mnie, wydarzenia z Dragon Age 2. Mam nadzieje, ze się wam spodoba. Na dzień dzisiejszy, umieszcze tu tylko ułamek powiesci. Później kolejny, zalecam więc supskrypcje.
#2
Escrito 01 febrero 2012 - 09:59
Wprowadzam właśnie ostatnie poprawki do tektu, chwile mi to zajmie. Wkrótce wytawie go na tym forum, byście mogli go przeczytać.
Editado por ElCyd, 01 febrero 2012 - 02:50 .
#3
Escrito 01 febrero 2012 - 10:04
Szesnastu Braci.
Wolą Wielkie Mistrza, było by ruszyli na południe Farendüru. Ich zadaniem było odszukać miasto i żyjącą w nim niewiastę. Daleko poza granicami świata znanego ludzkości. Mieli, zapobiec straszliwej wojnie, która miała wybuchnąć na nie odkrytym dotąd lądzie. Wierzyli w swoją misje i słowa Białego Wilka.
Widzieli na własne oczy to co miało dopiero nadjeść znad horyzontu czasów.
Było ich szesnastu, szesnastu akolitów Zakonu Białego Wilka, istniejącego od dwóch tysiącleci.
Sześciu ludzi. Typowych przedstawicieli swego rodzaju. Silni, odważni, waleczni, nieulękli synowie Adama i Ewy. Lojalni wobec Zakonu, sercem i duszą oddani swej misji. Bezlitośni dla swych wrogów, wspaniałomyślni dla przyjaciół. Siedmiu elfów. Smukłych jak brzozowe witki, zwinnych i śmigłych jak wiewiórki. Znakomtych łowców i tropicieli, w walce, byli niczym cienie. I trzech przedstawicieli, prastarego wilczego ludu.
Silni jak niedźwiedzie, szybcy jak błyskawice, w bitwie spadający na swych wrogów, niczym grom.
Łączyło ich jedno, Zakon, był ich domem i rodziną, nie znali innego życia. Wszyscy byli sierotami,
których wojna z Imperium, oddzieliła od ich prawdziwych rodzin.
Jedynym wyjątkiem był Sekaara’dean, był najstarszy spośród nich. Opuścił swoje plemię i swój klan,
mając zaledwie dziesięć lat. Był w tedy jeszcze szczenięciem. Olgarackim dzieckiem spragnionym przygód
i głodnym wiedzy. Kiedy rodzic i klan odmówiły mu przystąpienia do Zakonu, postanowił udać się tam,
na własną rękę. Pokonując śnieżyce i mrozy pokonał dziesiątki mil by w końcu dotrzeć do Alberun,
największej warowni Bractwa i jego głównej siedziby. Gdyby nie odnalazła go Biała Straż,
wykonująca rutynowy patrol na gościńcu prowadzącym do twierdzy, nie przeżył by.
Stwórca, widać czuwał nad jego losem. Benaayame’indesh, Biały Wilk, Wielki Mistrz Zakonu,
bardzo zaintrygowała zapalczywość malca. Uczynił go swoim podopiecznym, szkolił go w sztukach tajemnych, uczył czytać i pisać. Nauczył go mowy ludzi i elfów. Sekar, jak brzmiało jego imię w skrócie,
czuł zakłopotanie wspominając o tamtych czasach, nie czuł się godzien by nauczała go tak legendarna istota.
Otóż Mistrz Ben, był Pradawnym, tak samo jak czwórka jego uczniów. Halmar, Altemenar, Alya, którzy byli przedstawicielami jego gatunku. I jedyny spośród nich człowiek, Mistrz Ulmar,
który poległ śmiercią chwalebną na Szafranowych Polach podczas największej batalii,
wojny przeciwko orkom w Farendürze. Pradawni, jak wspominają o tym prastare księgi, żyli na tym świecie,
cztery tysiąclecia temu. W czasach na długo przed narodzeniem się pierwszych ludzkich nacji.
Żyli jako śmiertelnicy, lecz Stwórca widząc ich dokonania, obdarzył wiecznym życiem i dał im cząstkę swej mocy, by jego zbłąkanym dzieciom wskazali drogę do Światła.
To Pradawni ich wybrali, spośród tysięcy Braci i Sióstr, służących w Zakonie. Wskazali ich.
Pokazali im przyszłość. To co może się wydarzyć i jakie będą tego konsekwencję, dla całego świata.
Przestrzegli ich, milony istnień było zagrożonych. Przestrzegli ich, trudności jakim przyjdzie im stawić czoła,
będą niczym w porównaniu z tym co znali kiedykolwiek. Na ich barkach spoczęły losy milionów,
na ich barkach złożono losy świata. Przyjęli ten ciężar bez słowa skargi.
Byli akolitami Zakonu Białego Wilka, byli Braćmi.
Pierwszego dnia, pierwszego dziesiątka, trzeciego miesiąca wyruszyli z Twierdzy Alberun.
Szesnastu wojowników, wyruszających w nieznane. Kobieta, którą mieli odnaleźć, była kluczem,
to Ona miała być kamyczkiem, który wywoła lawinę pośród Gór. Sekaara’dean miał stać się jej cieniem,
miał ją chronić. Bez względu na ryzyko i niezależnie od kosztów.
Jego Bracia zaś, mieli bronić sprawiedliwości w Mieście Kajdan.
Mam nadzieje, ze sie podobało.
Szkoda tylko, że nie mogę wstawić tego tekstu normalnie... Post musi go sobie poprzestawiać odrobinę. Wkurzające...
Wolą Wielkie Mistrza, było by ruszyli na południe Farendüru. Ich zadaniem było odszukać miasto i żyjącą w nim niewiastę. Daleko poza granicami świata znanego ludzkości. Mieli, zapobiec straszliwej wojnie, która miała wybuchnąć na nie odkrytym dotąd lądzie. Wierzyli w swoją misje i słowa Białego Wilka.
Widzieli na własne oczy to co miało dopiero nadjeść znad horyzontu czasów.
Było ich szesnastu, szesnastu akolitów Zakonu Białego Wilka, istniejącego od dwóch tysiącleci.
Sześciu ludzi. Typowych przedstawicieli swego rodzaju. Silni, odważni, waleczni, nieulękli synowie Adama i Ewy. Lojalni wobec Zakonu, sercem i duszą oddani swej misji. Bezlitośni dla swych wrogów, wspaniałomyślni dla przyjaciół. Siedmiu elfów. Smukłych jak brzozowe witki, zwinnych i śmigłych jak wiewiórki. Znakomtych łowców i tropicieli, w walce, byli niczym cienie. I trzech przedstawicieli, prastarego wilczego ludu.
Silni jak niedźwiedzie, szybcy jak błyskawice, w bitwie spadający na swych wrogów, niczym grom.
Łączyło ich jedno, Zakon, był ich domem i rodziną, nie znali innego życia. Wszyscy byli sierotami,
których wojna z Imperium, oddzieliła od ich prawdziwych rodzin.
Jedynym wyjątkiem był Sekaara’dean, był najstarszy spośród nich. Opuścił swoje plemię i swój klan,
mając zaledwie dziesięć lat. Był w tedy jeszcze szczenięciem. Olgarackim dzieckiem spragnionym przygód
i głodnym wiedzy. Kiedy rodzic i klan odmówiły mu przystąpienia do Zakonu, postanowił udać się tam,
na własną rękę. Pokonując śnieżyce i mrozy pokonał dziesiątki mil by w końcu dotrzeć do Alberun,
największej warowni Bractwa i jego głównej siedziby. Gdyby nie odnalazła go Biała Straż,
wykonująca rutynowy patrol na gościńcu prowadzącym do twierdzy, nie przeżył by.
Stwórca, widać czuwał nad jego losem. Benaayame’indesh, Biały Wilk, Wielki Mistrz Zakonu,
bardzo zaintrygowała zapalczywość malca. Uczynił go swoim podopiecznym, szkolił go w sztukach tajemnych, uczył czytać i pisać. Nauczył go mowy ludzi i elfów. Sekar, jak brzmiało jego imię w skrócie,
czuł zakłopotanie wspominając o tamtych czasach, nie czuł się godzien by nauczała go tak legendarna istota.
Otóż Mistrz Ben, był Pradawnym, tak samo jak czwórka jego uczniów. Halmar, Altemenar, Alya, którzy byli przedstawicielami jego gatunku. I jedyny spośród nich człowiek, Mistrz Ulmar,
który poległ śmiercią chwalebną na Szafranowych Polach podczas największej batalii,
wojny przeciwko orkom w Farendürze. Pradawni, jak wspominają o tym prastare księgi, żyli na tym świecie,
cztery tysiąclecia temu. W czasach na długo przed narodzeniem się pierwszych ludzkich nacji.
Żyli jako śmiertelnicy, lecz Stwórca widząc ich dokonania, obdarzył wiecznym życiem i dał im cząstkę swej mocy, by jego zbłąkanym dzieciom wskazali drogę do Światła.
To Pradawni ich wybrali, spośród tysięcy Braci i Sióstr, służących w Zakonie. Wskazali ich.
Pokazali im przyszłość. To co może się wydarzyć i jakie będą tego konsekwencję, dla całego świata.
Przestrzegli ich, milony istnień było zagrożonych. Przestrzegli ich, trudności jakim przyjdzie im stawić czoła,
będą niczym w porównaniu z tym co znali kiedykolwiek. Na ich barkach spoczęły losy milionów,
na ich barkach złożono losy świata. Przyjęli ten ciężar bez słowa skargi.
Byli akolitami Zakonu Białego Wilka, byli Braćmi.
Pierwszego dnia, pierwszego dziesiątka, trzeciego miesiąca wyruszyli z Twierdzy Alberun.
Szesnastu wojowników, wyruszających w nieznane. Kobieta, którą mieli odnaleźć, była kluczem,
to Ona miała być kamyczkiem, który wywoła lawinę pośród Gór. Sekaara’dean miał stać się jej cieniem,
miał ją chronić. Bez względu na ryzyko i niezależnie od kosztów.
Jego Bracia zaś, mieli bronić sprawiedliwości w Mieście Kajdan.
Mam nadzieje, ze sie podobało.
Szkoda tylko, że nie mogę wstawić tego tekstu normalnie... Post musi go sobie poprzestawiać odrobinę. Wkurzające...
Editado por ElCyd, 01 febrero 2012 - 09:54 .
#4
Escrito 02 febrero 2012 - 09:53
Byli już w drodze od wielu miesięcy, z Warowni Gryfa – jak czasami nazywano Alberun, do Bonu miasta portowego Republiki Imberu, mieli do pokonania prawie trzy tysiące mil. W Sembii droga mijała im szybko, wszędzie gdzie poprosili dostawali świeże konie, a w każdej wiosce, mieście i zamku byli goszczeni, „czym chata bogata”. Poza Pradawnymi, nikt nie wiedział o ich misji. W Sembii Zakon cieszył się wielkim poważaniem. Po dwóch zwycięskich wojnach, zakończonych prawdziwe chwalebnym triumfem, nie mogło być inaczej. Pradawni poprowadzili armie zjednoczonej krainy, przeciwko znienawidzonemu Imperium, przeciwko uściskowi i niewolnictwu. Dwadzieścia pięć lat później, armie Sembii ruszyły na zachód, za Morze Zatraty, by za wezwaniem Tego Który Chodzi w Świetle, stawić czoła hordom barbarzyńskich orków i położyć kres Plagom nawiedzającym Farendür, krainę Upadłego Mostu. By w rok, po zwycięstwie na równinach Ker Parabel i Szafranowych Polach rozpocząć, Długi Marsz. Nazywano tak drogę, jaką musiała pokonać Wielka Armia, z Farendür, na daleki wschód Sembii, by powstrzymać imperialistyczne zapędy Cesarstwa Ossen. Dzięki nim, Mistrzowi i jego uczniom, zarówno w Sembii jak i Farendürze nareszcie mógł zagościć pokój. Lecz nie był to jedyny powód. Gdy akolita zakonu przychodził do chłopa czy szlachcica, by prosił o konia, prowiant czy nocleg, miał obowiązek, wystawić weksel na sumę, pokrywającą wydatek poniesiony przez gospodarza. Taki papier, podbity pieczęcią Zakonu i podpisany przez goszczonego Brata, wystarczyło zanieść, do najbliższego posterunku Białej Straży lub Sanitariuszy Bractwa Teulu. W przeciągu miesiąca dostawał pełen zwrot kosztów. To był główny powód dla jakiego ludzie, wręcz bili się, by tylko ich ugościć. To był wyjątkowo intratny biznes. Cwaniacy nie raz próbowali dorobić w ten sposób, udając, że skradziono im weksel, lub Brat w pośpiechu go nie wypisał. Zdarzały się nawet napady na slugów Zakonu w celu zdobycia pieczęci, jednak podróżujący zawsze, co najmniej w trójkę, zakonnicy byli nie lada wyzwaniem nawet dla weteranów wojennych.
Do rozwiązania takiej sytuacji, wysyłano Olgaradów. Byli empatiami, potrafili czytać z mowy ciała i nawet najsubtelniejszych przebłysków oczu. Nie dało ich się oszukać.
Imber odzyskał wolność dopiero po upadku Imperium Sobaryjskiego i był pierwszym krajem który odpowiedział na wezwanie Wielkiego Mistrza do wojny, przeciwko hordom pustoszącym zachodzie krainy.
Bonn był największym miastem portowy, i stolicą Republiki. W zachodniej części miasta na wniesieniu zwrócona ku morzu piętrzyła się ponad miastem majestatyczna twierdza. Fort Imber. Siedziba Zakonu i Bractwa Teulu w Republice. Tuż poniżej, widać było pozłacaną kopułę Senatu, skąpaną w świetle zachodzącego słońca.
- Bon. – powiedział nagle jeden z Braci elfów, imieniem Illidan, dosiadający karego ogiera. – Musze przyznać szczerze, że wygląda piękni pod zachodzącym słońcem.
- W istocie. – odparł krótko idący obok Totu, wilczy lud, nie korzystał z koni jako środka transportu. Te, bardzo często, ponad dwu metrowe istoty, nie odczuwały potrzeby obciążania, swych parzystokopytnych braci, swoimi własnym balastem. Choć głos olgarada był bezbarwny, sam wpatrywał się w miasto z wyraźnym podziwem. – Malan’bari potrafią tworzyć piękno.
- Ej! Mam się pogniewać? Nie zapominaj, że w Alberun uczono nas waszego języka. – zawołał człowiek, Brat Derich, jadący na grzbiecie ciemnego siwka. Z znienacka pyrgając swego towarzysza w ramie.
- Pochwaliłem przecież twój lud. Więc mnie nie pyrgaj. – oparł Olgarad szorstko, Malan'bari było określeniem stosowanym przez wiczy lud, wobec ludzi. Samo w sobie nie było obraźliwe, ale w przeciągu stuleci międzyrasowych zatargów, przekształciło się wręcz w wulgaryzm. Derich rzucił okiem na elfa.
- No daj spokój, nie gniewaj o jedno pyrgnięcie. – pyrgął go drugi ras.
- Nie gniewam się. Jeszcze. – elf patrząc na to z boku, ledwie się powstrzymywał od uśmiechu zażenowania.
Wszakże sami Pradawni powiedzieli, by w swej podróży nie zatracili swego człowieczeństwa. Wcześniej byli sobie obcymi, nie znali się. Teraz musieli stać się jednym ciałem i jednym umysłem, zadanie, którego się podjedli wymagało tego od nich. A jak się lepiej poznać jeśli nie przez rozmowę? W podróży więc, śmiali się, żartowali, mówili zarówno o rzeczach błahych jak i niezmiernie poważnych. Poznawali swych towarzyszy, tych z którymi stając ramie w ramie mieli przelewać krew. Wędrując pośród szaraczków, nosili na twarzach materiałowe maski, tak zwane kominiarki by ich twarze pozostawały ukryte przed wyrokiem gapiów. „Członkowie Zakonu, okazują swe twarze, jedynie przed obliczem Stwórcy i swych braci. Nawet w obliczu śmierci nie ściągamy naszych masek.” Jedynie Olgaradowie ich nie nosili. Wystający długi pysk, utrudniał uszycie odpowiedniej kominiarki, a futro na nim i tak zdradzało jego umaszczenie. Musieli też wycinać w kapturach specjalne otwory na długie spiczaste uszy. Nie licząc maści futra, która i tak, bardzo często się przeplatała Olgaradowie byli właściwie identyczni. Pomijając już drobne cechy fizjologiczne jak, mniej lub bardziej odstające uszy, kolor oczu, czy wzrost.
Nagle elf i człowiek ryknęli śmiechem, pijącym czułe uszy Totu jak szpilki. Nawet Sakar idący daleko w przedzie, wraz ze swym drugim pobratymcem, Serrachem, zwrócili uwagę na tą nagłą radość. Rozjuszony Totu złapał, obu za kołnierze płaszczy i przyciągnął do siebie.
- Braciszkowie moi, zamknijcie się, albo dopilnuje by was konie z siodeł zrzuciły. – wysyczał, puścił ich a ci poprawili się w kulbakach.
- No daj spokój Totu. Pośmiać się nie można? – zaprotestował elf.
- Nie prosto w uszy. – odparł machinalnie, grzebiąc sobie pazurem w uchu. Serrachem rzucił Sakarowi porozumiewawcze spojrzenie po czym prychnął z irytacją.
Bon pierwszy przystanek ich ekspedycji. Był już na wyciągnięcie ręki. Nie mieli jednak zamiarm poświęcać czasu, na zwiedzanie i zbieranie pamiątek. U bram panował tłok, ciężko było im się przepchnąć, przez gąszcz ludzi i zwierząt, wchodzących i wychodzących przez miejskie bramy. Najpierw udali się do fortu Imber, tam zdali wierzchowce w stajni i zaciągnęli ze skarbca mała fortunę, na potrzeby wyprawy. Musieli okazać upoważnienie, do pobrania tak znaczącej sumy. Stanowcza odmowa, przy odpytywaniach o cel ich misji, na szczęście starczyła dociekliwemu skarbnikowi. Ale Sekar i tak został w pisany w księgę wieczystą, co przyjął z wyraźnym niesmakiem. Udali się do doków w których już czekał na nich „Pogromca Fall”, niewielka, wysłużona brygantyna. Nie potrzebowali luksusów. Popłynęli na zachód do Farendüru. Przy dobrych wiatrach dotarli by tam w przeciągu dwóch dziesiątków. Przez kapryśne wiatry i sztormy, często nawiedzające Morze Zatraty o tej porze roku, ich rejs nieznośnie się wydłużał. Olgaradowie kiepsko to znosili, wilczy lud, nie był żeglarzami. Nie cierpieli na chorobe morską, jak naprzykałd brat Tristan, tęsknili jednak za twardą ziemią pod stopami. Nie próżnowali jednak, czekając aż upragniony ląd ukarze się za horyzontem. Niestanie trenowali, są sprawność fizyczną i szermierkę. Pielęgnowali swoją wiedzę i władanie sztukami tajemnymi. Nieustannie doglądali swego sprzętu, czyszcząc go i polerując.
Po trzydziestu dwóch dniach, od opuszczenia portu w Bonie. O brzasku, nareszcie ujrzeli masyw lądowy piętrzący się nad bezmiarem wód. Sztormy zepchnęły ich jednak daleko od Serefan, gdzie mieli wylądować. Zamiast tego, ich oczom ukazało się jakieś niewielkie miasteczko. Kilkadziesiąt drewnianych chałup, otoczonych palisadom.
- Kapitanie! – zawołał Elsar, elf któremu akurat przyszło czuwać na dziobie okrętu.
- Co się stało mości elfie? – zapytał pochodząc do niego gruby jak baryłka kapitan okrętu z wielką czarną gęstą brodą. Elf nie dał tego po sobie poznać, ale ten wilk morski, był dlań wręcz uosobieniem brzydoty. Raził jego wrażliwe na piękno fiołkowe oczy.
- Nigdy nie byłem w Farendürze, ale ja widzę jakaś ludzką osadę otoczoną palisadą Anie potężne miasto z kamiennymi ścianami w koło. – doparł sucho, kapitan „Pogromcy”, rzucił mu zaniepokojone spojrzenie, chwycił lunetę i zączoł rozglądać się niezdarnie po brzegu. Elsar subtelnie nakierował lunetę kapitana w miejsce, o które mu chodziło. Brodaty brzuchacz z memłał w gębie jakąś wyjątkowo paskudną wiązkę przekleństw.
- Do kroćset. – warknął na koniec, opierając stopę o burtę okrętu. – Znam te dziurę. To te sztormy, nas tak rzuciły na północ. Serefan jest trzy dni drogi stąd, idąc traktem na południe.
- Trzy dni? – zapytał elf spokojnie,. unosząc wysoko brew. – Stwórco zlituj się… trzy dni drogi w plecy.
- Jakie trzy dni o czym ty gadasz? – rzucił człowiek Gelahad, podchodząc do nich.
- Serefanm jest tam trzy dni drogi stąd. – wskazał elf palcem na południe.
- Jak to?
- Sztormy. – odchrząknął kapitan brygantyny, Gelahad wypuścił z siebie spokojnie powietrze.
- Poinformuję Sekara. – już chciał się obrócić i odejść, kiedy nagle Olgarad wyrósł przed nim jak z pod ziemi. – Mamy problem bracie.
- Tak?
- Sztormy zniosły nas na północ.
- Jak deleko?
- Trzy dni bitym traktem od Serefan. – skwitował Gelahad wskazując kciukiem za siebie. Sekar milczał przez chwilę. Spojrzał na rosnącą w oczach wioskę. Unosiły się nad nią słupy dymu. Gelahad i Elsar zaciekawieni spojrzeli w tym samym kierunku.
- Lądujemy. Wołaj Viktora i Berena, mają rozbujać mi te łajbę!
Do rozwiązania takiej sytuacji, wysyłano Olgaradów. Byli empatiami, potrafili czytać z mowy ciała i nawet najsubtelniejszych przebłysków oczu. Nie dało ich się oszukać.
Imber odzyskał wolność dopiero po upadku Imperium Sobaryjskiego i był pierwszym krajem który odpowiedział na wezwanie Wielkiego Mistrza do wojny, przeciwko hordom pustoszącym zachodzie krainy.
Bonn był największym miastem portowy, i stolicą Republiki. W zachodniej części miasta na wniesieniu zwrócona ku morzu piętrzyła się ponad miastem majestatyczna twierdza. Fort Imber. Siedziba Zakonu i Bractwa Teulu w Republice. Tuż poniżej, widać było pozłacaną kopułę Senatu, skąpaną w świetle zachodzącego słońca.
- Bon. – powiedział nagle jeden z Braci elfów, imieniem Illidan, dosiadający karego ogiera. – Musze przyznać szczerze, że wygląda piękni pod zachodzącym słońcem.
- W istocie. – odparł krótko idący obok Totu, wilczy lud, nie korzystał z koni jako środka transportu. Te, bardzo często, ponad dwu metrowe istoty, nie odczuwały potrzeby obciążania, swych parzystokopytnych braci, swoimi własnym balastem. Choć głos olgarada był bezbarwny, sam wpatrywał się w miasto z wyraźnym podziwem. – Malan’bari potrafią tworzyć piękno.
- Ej! Mam się pogniewać? Nie zapominaj, że w Alberun uczono nas waszego języka. – zawołał człowiek, Brat Derich, jadący na grzbiecie ciemnego siwka. Z znienacka pyrgając swego towarzysza w ramie.
- Pochwaliłem przecież twój lud. Więc mnie nie pyrgaj. – oparł Olgarad szorstko, Malan'bari było określeniem stosowanym przez wiczy lud, wobec ludzi. Samo w sobie nie było obraźliwe, ale w przeciągu stuleci międzyrasowych zatargów, przekształciło się wręcz w wulgaryzm. Derich rzucił okiem na elfa.
- No daj spokój, nie gniewaj o jedno pyrgnięcie. – pyrgął go drugi ras.
- Nie gniewam się. Jeszcze. – elf patrząc na to z boku, ledwie się powstrzymywał od uśmiechu zażenowania.
Wszakże sami Pradawni powiedzieli, by w swej podróży nie zatracili swego człowieczeństwa. Wcześniej byli sobie obcymi, nie znali się. Teraz musieli stać się jednym ciałem i jednym umysłem, zadanie, którego się podjedli wymagało tego od nich. A jak się lepiej poznać jeśli nie przez rozmowę? W podróży więc, śmiali się, żartowali, mówili zarówno o rzeczach błahych jak i niezmiernie poważnych. Poznawali swych towarzyszy, tych z którymi stając ramie w ramie mieli przelewać krew. Wędrując pośród szaraczków, nosili na twarzach materiałowe maski, tak zwane kominiarki by ich twarze pozostawały ukryte przed wyrokiem gapiów. „Członkowie Zakonu, okazują swe twarze, jedynie przed obliczem Stwórcy i swych braci. Nawet w obliczu śmierci nie ściągamy naszych masek.” Jedynie Olgaradowie ich nie nosili. Wystający długi pysk, utrudniał uszycie odpowiedniej kominiarki, a futro na nim i tak zdradzało jego umaszczenie. Musieli też wycinać w kapturach specjalne otwory na długie spiczaste uszy. Nie licząc maści futra, która i tak, bardzo często się przeplatała Olgaradowie byli właściwie identyczni. Pomijając już drobne cechy fizjologiczne jak, mniej lub bardziej odstające uszy, kolor oczu, czy wzrost.
Nagle elf i człowiek ryknęli śmiechem, pijącym czułe uszy Totu jak szpilki. Nawet Sakar idący daleko w przedzie, wraz ze swym drugim pobratymcem, Serrachem, zwrócili uwagę na tą nagłą radość. Rozjuszony Totu złapał, obu za kołnierze płaszczy i przyciągnął do siebie.
- Braciszkowie moi, zamknijcie się, albo dopilnuje by was konie z siodeł zrzuciły. – wysyczał, puścił ich a ci poprawili się w kulbakach.
- No daj spokój Totu. Pośmiać się nie można? – zaprotestował elf.
- Nie prosto w uszy. – odparł machinalnie, grzebiąc sobie pazurem w uchu. Serrachem rzucił Sakarowi porozumiewawcze spojrzenie po czym prychnął z irytacją.
Bon pierwszy przystanek ich ekspedycji. Był już na wyciągnięcie ręki. Nie mieli jednak zamiarm poświęcać czasu, na zwiedzanie i zbieranie pamiątek. U bram panował tłok, ciężko było im się przepchnąć, przez gąszcz ludzi i zwierząt, wchodzących i wychodzących przez miejskie bramy. Najpierw udali się do fortu Imber, tam zdali wierzchowce w stajni i zaciągnęli ze skarbca mała fortunę, na potrzeby wyprawy. Musieli okazać upoważnienie, do pobrania tak znaczącej sumy. Stanowcza odmowa, przy odpytywaniach o cel ich misji, na szczęście starczyła dociekliwemu skarbnikowi. Ale Sekar i tak został w pisany w księgę wieczystą, co przyjął z wyraźnym niesmakiem. Udali się do doków w których już czekał na nich „Pogromca Fall”, niewielka, wysłużona brygantyna. Nie potrzebowali luksusów. Popłynęli na zachód do Farendüru. Przy dobrych wiatrach dotarli by tam w przeciągu dwóch dziesiątków. Przez kapryśne wiatry i sztormy, często nawiedzające Morze Zatraty o tej porze roku, ich rejs nieznośnie się wydłużał. Olgaradowie kiepsko to znosili, wilczy lud, nie był żeglarzami. Nie cierpieli na chorobe morską, jak naprzykałd brat Tristan, tęsknili jednak za twardą ziemią pod stopami. Nie próżnowali jednak, czekając aż upragniony ląd ukarze się za horyzontem. Niestanie trenowali, są sprawność fizyczną i szermierkę. Pielęgnowali swoją wiedzę i władanie sztukami tajemnymi. Nieustannie doglądali swego sprzętu, czyszcząc go i polerując.
Po trzydziestu dwóch dniach, od opuszczenia portu w Bonie. O brzasku, nareszcie ujrzeli masyw lądowy piętrzący się nad bezmiarem wód. Sztormy zepchnęły ich jednak daleko od Serefan, gdzie mieli wylądować. Zamiast tego, ich oczom ukazało się jakieś niewielkie miasteczko. Kilkadziesiąt drewnianych chałup, otoczonych palisadom.
- Kapitanie! – zawołał Elsar, elf któremu akurat przyszło czuwać na dziobie okrętu.
- Co się stało mości elfie? – zapytał pochodząc do niego gruby jak baryłka kapitan okrętu z wielką czarną gęstą brodą. Elf nie dał tego po sobie poznać, ale ten wilk morski, był dlań wręcz uosobieniem brzydoty. Raził jego wrażliwe na piękno fiołkowe oczy.
- Nigdy nie byłem w Farendürze, ale ja widzę jakaś ludzką osadę otoczoną palisadą Anie potężne miasto z kamiennymi ścianami w koło. – doparł sucho, kapitan „Pogromcy”, rzucił mu zaniepokojone spojrzenie, chwycił lunetę i zączoł rozglądać się niezdarnie po brzegu. Elsar subtelnie nakierował lunetę kapitana w miejsce, o które mu chodziło. Brodaty brzuchacz z memłał w gębie jakąś wyjątkowo paskudną wiązkę przekleństw.
- Do kroćset. – warknął na koniec, opierając stopę o burtę okrętu. – Znam te dziurę. To te sztormy, nas tak rzuciły na północ. Serefan jest trzy dni drogi stąd, idąc traktem na południe.
- Trzy dni? – zapytał elf spokojnie,. unosząc wysoko brew. – Stwórco zlituj się… trzy dni drogi w plecy.
- Jakie trzy dni o czym ty gadasz? – rzucił człowiek Gelahad, podchodząc do nich.
- Serefanm jest tam trzy dni drogi stąd. – wskazał elf palcem na południe.
- Jak to?
- Sztormy. – odchrząknął kapitan brygantyny, Gelahad wypuścił z siebie spokojnie powietrze.
- Poinformuję Sekara. – już chciał się obrócić i odejść, kiedy nagle Olgarad wyrósł przed nim jak z pod ziemi. – Mamy problem bracie.
- Tak?
- Sztormy zniosły nas na północ.
- Jak deleko?
- Trzy dni bitym traktem od Serefan. – skwitował Gelahad wskazując kciukiem za siebie. Sekar milczał przez chwilę. Spojrzał na rosnącą w oczach wioskę. Unosiły się nad nią słupy dymu. Gelahad i Elsar zaciekawieni spojrzeli w tym samym kierunku.
- Lądujemy. Wołaj Viktora i Berena, mają rozbujać mi te łajbę!
Editado por ElCyd, 03 febrero 2012 - 09:34 .
#5
Escrito 05 febrero 2012 - 12:45
Po chwili dwaj magowie wbiegli na pokład, Sekar powtórzył im polecenie. Wdrapali się na mostek kapitański, utworzyli krąg rozsypując starte na proch illidium. Kamienia w którym krystalizowała się energia magiczna. Zaintonowali jedną ze świętych pieśni. Po czym w skupieniu, złamali Pieczęć wiatru. Potężny wiatr, ze wściekłym wyciem, uderzył w żagle, mało ich nie rwąc na strzępy. Szarpnęło statkiem, połowa załogi w tym i kilku braci zaległa na pokładzie, jakby ktoś podcios im nogi. Magowie wykorzystali zaklęcie Stabilności dzięki czemu sami nie wylądowali na pokładzie lub w słonej wodzie. Dziób okrętu zanurzył się po samą burtę. Rufa okrętu uniosła się wysoko „Pogromca Fal” ciął wodę niczym nóż. Płonąca wioska zbliżała się z każdą sekundą. Słyszeli już krzyki przerażonych ludzi.
- Zamknąć Pieczęć! – ryknął Sekar do magów pogrążonych w transie. Złamanie Pieczęci Żywiołu, to jedno wymaga umiejętności i pochłania wiele energii. Zespolenie jej na powrót… to już nie lada wyzwanie. Złamanie Pieczęci, daje pełną władzę nad żywiołem, ale jeśli się go nie okiełzna… Skutki są tragiczne. Oswobodzony żywioł okazuję pełną siłę i niszczy wszystko co spotka na swojej drodze. Magowie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego wybrali wiatr, łagodniejszy z żywiołów. Okiełznanie wody, z oceanem za plecami graniczyło z cudem. Dziób okrętu zaorał przybrzeżną plaże, załoga i pasażerowie znów padli na deski pokładu.
- Medaliony! – krzyknął do swych wilczych towarzyszy, mocą medalionów przybrali ludzką postać. – W bój bracia! – ryknął na koniec chwytając pewnie swe ostrze, czternastu wojowników zeskoczyło na plaże i pędem ruszyło między zabudowania osady. Podzieli się na trzy grupy. Totu, Sekar i Serrachema ruszyli frontem. Illidan i Elsar i trzech ludźmi, poszli prawym skrzydłem, Gelahad, Stan i Velod szli przodem, elfowie trzymali się z tyłu z łukami gotowymi do strzału. Lewym skrzydłem zajęli się, Sillivan, Argel, i pozostałych trzech ludzi. Magowie po złamaniu pieczęci byli na jakiś czas wyłączeni z walki.
- Bandyci. – wycedził Sekar pod swą ludzką postacią. – Zabić. – powiedział do swoich, przyśpieszyli biegu, i wpadli na niczego nieświadomych rozbójników próbujących się właśnie dobrać się do jednej z kobiet. Młodej, zapewne jeszcze dziewicy. Dziewczyna dosłownie mrugnęła okiem, kiedy je otworzyła jej prześladowcy leżeli trupem. Bandyci, przywykli grabić, zastraszać i podrzynać gardła bezbronnym chłopom, nie walczyć z Czarną Strażą. Ćwiczoną w fechtunku latami. Pod cięciami mitidrilowych kling padali jak muchy. Woleli jednak zginąć w walce niż dać się złapać. Latarnnas Sekara, śmigał w powietrzu w śmiercionośnym tańcu, a jego ostrze kładło trupem, każdego głupca, który zbliżył się w zasięg klingi. Serrachema, był Tancerzem Ostrz, sztukę władanie bronią białą miała opanowaną do perfekcji. Skrócone olgaracki szable stonowane przez Strażników, mimo swego ciężaru, w jego rękach wydawał się nic nie ważyć. Był w bitwie nie do zatrzymania, finta, obrót, cięcie w przeponę. Unik, cięcie w krtań, parada, obrót, wykop w mostek, pchnięcie między żebra. Odbicie, cięcie w kolano, parada, cięcie w drugie kolano, ścięcie. To w wszystko w kilka chwil, w kilka uderzeń serca i pół tuzina trupów pod nogami. Bandyci nie miel z nim najmniejszych szans, był szybki, zabójczy i nieuchwytny. Z boków dało się słyszeć wrzaski konających, to dwie pozostałe grupy, oczyszczały wioskę z bandytów. Jeden wbiegł nagle na plac na którym tłoczyła się grupa zbirów, jednocześnie przeszyły go dwie strzały. Elfickie strzały zawsze sięgały celu. Rabusie byli przerażeni, stanęli w kole zapewne broniąc swego wodza.
- To nie są zwykli rabusie. – zauważył Totu, kładąc trupem kolejnego zbira. – Nie są odziani jak rabusie. – jego współplemieńcy posyłali mu krótkie spojrzenie niezrozumienia. – To nie Sennidzi przypadkiem? Spójrzcie na ich pancerze… - dodał po chwili trącając butem świeżego trupa. – Głównie wygarbowana skóra i misiurki, parę pancerzy łuskowych czy kolczug. Broń? Tandetna niechlujna robota. No i jeszcze te tatuaże na łysych czaszkach. Wydaje mis się, że to Sennidzi.
- Wydaje mi się… że masz słuszność Bracie. To co my zrobimy z tym fantem? – odparł Seekar uważnie obserwując najeźdźców.
- Na razie sugeruje zacisnąć pętle. Będą się stawiać to ich wyrżniemy, jak nie to może się dowiemy co oni, do cholery robią tak daleko na południe.
- Równie dobrze możemy ich wyrżnąć i zostawić wodza na spytki. – prychnął Serrachema
- Nie jesteśmy barbarzyńcami. – skwitował Sekar, schował miecz do pochwy na plecach i ruszył w kierunku, tłoczonych na placyku nieprzyjaciół, zakonnym zwyczajem chowając dłonie w szerokich rękawach płaszcza.
- Czemu niepokoicie mieszkańców tej wioski? Dlaczego palicie ich domy? – zagadnął, barbarzyńscy Sennidzi skoczyli na niego jak rój wściekłych os. Z rykiem i wrzaskiem Ich tłum natychmiast został przerzedzony przez elfów i ich strzały o spiralnych lotkach. Pozostali bracia rzucili się z odsieczą, Senndzi szybko pożałowali tej napaści. Po może minucie, z dumnej bandy, zostało tylko kilka przerażonych, zdyszanych, zająców i dobre pół setki ciężkich do zidentyfikowania zwłok. Totu założył broń na brak.
- Biedni dranie, nie wiedzieli z kim zaczynają.
- Ciekawi mnie tylko co oni tu do licha robią.
- My głodni panie. – wyjąkał jeden z rozciętą zakrwawioną ręką, zawieszając wzrok na Sekarze.
- Głodni? To nie mogliście poprosić tych ludzi o jedzenie? Pohandlować? – za jego plecami rozległ się głośny syk, Viktor i Beren gasili płonące domostwa. Na szczęście do tego wystarczyły proste zaklęcia jedynie naruszające Pieczęć jednego z najniebezpieczniejszych żywiołów.
- Oni nie chcieć handel. – Wybełkotał barbarzyńca.
- Handel?! Jaki handel ty gnido z gnojowiska?! – huknął jedne z wieśniaków, dzierżący w dłoni zakrwawiony miecz, na pierwszy rzut oka lepszej jakości niż te którymi walczyli Senndzi. – Zaatakowaliście nas, kiedy jeden naszych przyłapał was na kradzieży bydła! Zarznęliście Ronana jak świnie!
- Cisza! – ryknął Sekar. – Kłamiesz Sennidzki psie, wiedzę to w twoich oczach.
- U nas głód! Dzieci chore od głód! One umierać! – zaskowyczał tamten
- A myślisz że my tu dostatki opływamy! Zeszłoroczna susza zniszczyła nasze plony! – odarł gniewnie wieśniak, - Ledwo sami mamy, dość by nie przymierać głodem!
- Gospodarzu zamknij się i przestań się wydzierać, albo tak ci w rzyć nakopie, że do następnej wiosną się z łóżka nie podniesiesz. – warknął Sekar, wieśniak umilkł. – Co zgineło? – podjął po chwili
- Pewnie wszystko co nie było przytwierdzone do podłogi. – zaśmiał się Serrachem
- Tak dokładnie. – odparł wieśniak
- Velod! Pondź znasz ich język. – zawołał Totu
- Tak znam. – odparł beznamiętnie Velod podchodząc do nich, opierając o bark, swój wielki topór - Mam tłumaczyć ten bełkot?
- To powiedź mu, żeby nas zaprowadził do osady, z której tu przyleźli. – Velod zączoł coś mówić do Sennity, brzmiało to jak bulgot spod wody.
- Zamknąć Pieczęć! – ryknął Sekar do magów pogrążonych w transie. Złamanie Pieczęci Żywiołu, to jedno wymaga umiejętności i pochłania wiele energii. Zespolenie jej na powrót… to już nie lada wyzwanie. Złamanie Pieczęci, daje pełną władzę nad żywiołem, ale jeśli się go nie okiełzna… Skutki są tragiczne. Oswobodzony żywioł okazuję pełną siłę i niszczy wszystko co spotka na swojej drodze. Magowie zdawali sobie z tego sprawę i dlatego wybrali wiatr, łagodniejszy z żywiołów. Okiełznanie wody, z oceanem za plecami graniczyło z cudem. Dziób okrętu zaorał przybrzeżną plaże, załoga i pasażerowie znów padli na deski pokładu.
- Medaliony! – krzyknął do swych wilczych towarzyszy, mocą medalionów przybrali ludzką postać. – W bój bracia! – ryknął na koniec chwytając pewnie swe ostrze, czternastu wojowników zeskoczyło na plaże i pędem ruszyło między zabudowania osady. Podzieli się na trzy grupy. Totu, Sekar i Serrachema ruszyli frontem. Illidan i Elsar i trzech ludźmi, poszli prawym skrzydłem, Gelahad, Stan i Velod szli przodem, elfowie trzymali się z tyłu z łukami gotowymi do strzału. Lewym skrzydłem zajęli się, Sillivan, Argel, i pozostałych trzech ludzi. Magowie po złamaniu pieczęci byli na jakiś czas wyłączeni z walki.
- Bandyci. – wycedził Sekar pod swą ludzką postacią. – Zabić. – powiedział do swoich, przyśpieszyli biegu, i wpadli na niczego nieświadomych rozbójników próbujących się właśnie dobrać się do jednej z kobiet. Młodej, zapewne jeszcze dziewicy. Dziewczyna dosłownie mrugnęła okiem, kiedy je otworzyła jej prześladowcy leżeli trupem. Bandyci, przywykli grabić, zastraszać i podrzynać gardła bezbronnym chłopom, nie walczyć z Czarną Strażą. Ćwiczoną w fechtunku latami. Pod cięciami mitidrilowych kling padali jak muchy. Woleli jednak zginąć w walce niż dać się złapać. Latarnnas Sekara, śmigał w powietrzu w śmiercionośnym tańcu, a jego ostrze kładło trupem, każdego głupca, który zbliżył się w zasięg klingi. Serrachema, był Tancerzem Ostrz, sztukę władanie bronią białą miała opanowaną do perfekcji. Skrócone olgaracki szable stonowane przez Strażników, mimo swego ciężaru, w jego rękach wydawał się nic nie ważyć. Był w bitwie nie do zatrzymania, finta, obrót, cięcie w przeponę. Unik, cięcie w krtań, parada, obrót, wykop w mostek, pchnięcie między żebra. Odbicie, cięcie w kolano, parada, cięcie w drugie kolano, ścięcie. To w wszystko w kilka chwil, w kilka uderzeń serca i pół tuzina trupów pod nogami. Bandyci nie miel z nim najmniejszych szans, był szybki, zabójczy i nieuchwytny. Z boków dało się słyszeć wrzaski konających, to dwie pozostałe grupy, oczyszczały wioskę z bandytów. Jeden wbiegł nagle na plac na którym tłoczyła się grupa zbirów, jednocześnie przeszyły go dwie strzały. Elfickie strzały zawsze sięgały celu. Rabusie byli przerażeni, stanęli w kole zapewne broniąc swego wodza.
- To nie są zwykli rabusie. – zauważył Totu, kładąc trupem kolejnego zbira. – Nie są odziani jak rabusie. – jego współplemieńcy posyłali mu krótkie spojrzenie niezrozumienia. – To nie Sennidzi przypadkiem? Spójrzcie na ich pancerze… - dodał po chwili trącając butem świeżego trupa. – Głównie wygarbowana skóra i misiurki, parę pancerzy łuskowych czy kolczug. Broń? Tandetna niechlujna robota. No i jeszcze te tatuaże na łysych czaszkach. Wydaje mis się, że to Sennidzi.
- Wydaje mi się… że masz słuszność Bracie. To co my zrobimy z tym fantem? – odparł Seekar uważnie obserwując najeźdźców.
- Na razie sugeruje zacisnąć pętle. Będą się stawiać to ich wyrżniemy, jak nie to może się dowiemy co oni, do cholery robią tak daleko na południe.
- Równie dobrze możemy ich wyrżnąć i zostawić wodza na spytki. – prychnął Serrachema
- Nie jesteśmy barbarzyńcami. – skwitował Sekar, schował miecz do pochwy na plecach i ruszył w kierunku, tłoczonych na placyku nieprzyjaciół, zakonnym zwyczajem chowając dłonie w szerokich rękawach płaszcza.
- Czemu niepokoicie mieszkańców tej wioski? Dlaczego palicie ich domy? – zagadnął, barbarzyńscy Sennidzi skoczyli na niego jak rój wściekłych os. Z rykiem i wrzaskiem Ich tłum natychmiast został przerzedzony przez elfów i ich strzały o spiralnych lotkach. Pozostali bracia rzucili się z odsieczą, Senndzi szybko pożałowali tej napaści. Po może minucie, z dumnej bandy, zostało tylko kilka przerażonych, zdyszanych, zająców i dobre pół setki ciężkich do zidentyfikowania zwłok. Totu założył broń na brak.
- Biedni dranie, nie wiedzieli z kim zaczynają.
- Ciekawi mnie tylko co oni tu do licha robią.
- My głodni panie. – wyjąkał jeden z rozciętą zakrwawioną ręką, zawieszając wzrok na Sekarze.
- Głodni? To nie mogliście poprosić tych ludzi o jedzenie? Pohandlować? – za jego plecami rozległ się głośny syk, Viktor i Beren gasili płonące domostwa. Na szczęście do tego wystarczyły proste zaklęcia jedynie naruszające Pieczęć jednego z najniebezpieczniejszych żywiołów.
- Oni nie chcieć handel. – Wybełkotał barbarzyńca.
- Handel?! Jaki handel ty gnido z gnojowiska?! – huknął jedne z wieśniaków, dzierżący w dłoni zakrwawiony miecz, na pierwszy rzut oka lepszej jakości niż te którymi walczyli Senndzi. – Zaatakowaliście nas, kiedy jeden naszych przyłapał was na kradzieży bydła! Zarznęliście Ronana jak świnie!
- Cisza! – ryknął Sekar. – Kłamiesz Sennidzki psie, wiedzę to w twoich oczach.
- U nas głód! Dzieci chore od głód! One umierać! – zaskowyczał tamten
- A myślisz że my tu dostatki opływamy! Zeszłoroczna susza zniszczyła nasze plony! – odarł gniewnie wieśniak, - Ledwo sami mamy, dość by nie przymierać głodem!
- Gospodarzu zamknij się i przestań się wydzierać, albo tak ci w rzyć nakopie, że do następnej wiosną się z łóżka nie podniesiesz. – warknął Sekar, wieśniak umilkł. – Co zgineło? – podjął po chwili
- Pewnie wszystko co nie było przytwierdzone do podłogi. – zaśmiał się Serrachem
- Tak dokładnie. – odparł wieśniak
- Velod! Pondź znasz ich język. – zawołał Totu
- Tak znam. – odparł beznamiętnie Velod podchodząc do nich, opierając o bark, swój wielki topór - Mam tłumaczyć ten bełkot?
- To powiedź mu, żeby nas zaprowadził do osady, z której tu przyleźli. – Velod zączoł coś mówić do Sennity, brzmiało to jak bulgot spod wody.





Volver arriba






