Kolejna cześć. Zapraszam do komentowania oraz wyrażanie swych opinii.
Listopad 2184, SSV WaterlooSiedziałem na skórzanym fotelu tuż przed terminalem, czytając datapad o nowych broniach. Byłem wkurwiony. Ktoś na górze przysłał nam żółtodzioba na szkolenie. Już od chwili gdy go zobaczyłem wiedziałem że to zwykły cwaniak. Uśmiechnięty, włosy na żelu, jego sposób zachowania. Może bym go polubił, gdyby nie zrobił ze mnie bagażowego. Gdy dowiedział się że jestem wyższy stopniem to mina mu rzedła. Najbardziej mnie rozwaliło, gdy Eve użyła pola biotycznego i oblała kutasa wodą. Chyba nie widziałem żeby ktoś tak szybko uciekał. Prócz tego że wchodził Jeffersonowi do dupy tak głęboko że wychodził ustami, był niegroźny. A pal licho z nim, bardziej mnie wkurwiło przeniesienie Texa do innego oddziału. Nie tylko mnie. Cała załoga zaczynając do Jeffersona.
-Przychodzące połączenie od Jackson Colechester – odezwał się szorstki elektroniczny głos z terminala. Spojrzałem na hologram, po czym zatwierdziłem – Siema brat.
-Cześć Jack – odparłem – Co tam u ciebie?
-Jakoś leci. Nudzimy się we flocie – odpowiedział terminal – Brakuje mi pożądanej akcji. Sześć lat temu to było fajnie. -Ta pamiętam. Atak na Torfan. Niezła bitka była. Zwłaszcza jako pilot myśliwca.
-Dobrze czasy. Ty też miałeś swój udział w tym. Może za nie długo Batarianie wypowiedzą nam wojnę i znów będę mógł walczyć?
-Nie sądzę brat. Przymierze ma większe problemy niż jakaś tam rasa piratów.
-Jak te znikające kolonie?
-Na przykład. Nic nie wiemy o tym.
-A ta twoja misja na Omedze?-Gówno się dowiedzieliśmy. Chociaż sprawdziłem w praniu Vinidcatora. Świetna broń.
-Ty zawsze lubiłeś nowinki techniczne. A co u ciebie?
-Daj mi spokój. Texa przenieśli.
-Co ty mówisz? Czemu?
-Jebane dowództwo. Ponoć miał potencjał. Jednak doszliśmy do wniosku z Texem że to wina Mary.
-Co mam Mary do kariery Dave'a?
-Wstąpiła do Cerberusa.
-I co z tego?
-A to że wiesz jak patrzy dowództwo na takie wybryki rodzin.
-Skąd wiesz o tym?
-Przed przeniesieniem byliśmy na piwie. Wyszło tak, że mi o tym powiedział. Ponoć miała dość siedzenia i patrzenia jak Przymierza nic nie robi.
-K*rwa. Nie dobrze. Gdzie go przenieśli?
-SSV Warsav. Ten który brał udział w obronie Cytadeli.
-Nie jest źle. Słyszałem dobre opinie o nim. Mają dobrego kapitana. Coś poza tym.
-Dali nam jakiegoś żółtodzioba. Straszny cwaniak.
-Już ci podpadł?
-Tak. Myślał że jestem bagażowym. Do tego Eve się na niego uwzięła.
-Zawsze była cięta na nowych. Pamiętasz jak ciebie chciała wykończyć?
-Tak. Miałem ochotę nią zabić parę razy, ale jak niej uratowałem dupę to zmieniła do mnie stosunek.
-Drużyna bojowa jest proszona do sali odpraw – rozległo się w pokoju.
-Świetnie – odparłem ironicznie – Znów pewnie gethy. Dobra kończę Jack. Powodzenia.
-Nie dziękuje – odpowiedział mi terminal – Do zobaczenia ma urodzinach mamy.
-Jasne – powiedziałem, po czym rozmowa się zakończyła. Wstałem i udałem się do sali odpraw. W pomieszczeniu byli już wszyscy. Siadłem na swoim miejscu
-Słuchajcie. Na jednej z pobliskich planet wykryto sygnał SOS. Jako że jesteśmy najbliżej to mamy to zbadać – powiedział Jefferson.
-Wsparcie? - zapytała Eve
-Grupa komandora Sevczeniki. Z tego co wiem to komandor przeszedł szkolenie N7.
-Jeśli wysyłają kogoś z N7 to musi być poważna sprawa – powiedziałem.
-Mi się zdaje że to przypadek – odparła moja towarzyszka.
-Zobaczymy na miejscu – odparł kapitan …
***
Listopad 2184, Aldor-Cholera i już mi się tu nie podoba – powiedziałem wysiadając z Kodiaka. Kamienista planeta – Kapitanie, nie możemy mieć misji na planecie plaży?
-Nie narzekaj Cole – odparł Kapitan
-No właśnie nie narzekaj – powiedział cwaniak.
-Alister nie prowokuj mnie – rzekłem. Czułem że krew zaczyna się we mnie gotować.
-A tylko coś mi zrób – powiedział nowy – Jesteś cipką.
-Jeszcze jed – wycedziłem przez zęby, jednak poczułem rękę Eve na swoim barku
-Spokojnie – powiedziała cicho – Nie warto.
-I co – zaczął cwaniak
-Kapralu zamknijcie się! - uszyliśmy za sobą. W naszą stronę szedł oddział.
-A kim ty jesteś?! - krzyknął Alister
-Komandor Juri Sevczneko – odparł jegomość lustrując kaprala i podchodząc do kapitana – Kapitan Jefferson?
-Miło mi komandorze – odparł mój szef wymieniając uścisk dłoni z komandorem – Jaki jest plan?
-Dwie grupy operacyjne. Być może któraś znajdzie rannych.
-Dobrze. Spotkamy się na miejscu – odpowiedział kapitan, po czym ruszyliśmy.
-Idealne miejsce na pułapkę – powiedziałem wchodząc do wąwozu.
-Nie marudź – odparł Alister – Ci … - nie skończył ponieważ pocisk przeszedł jego czaszkę na wylot.
-Snajper! - krzyknąłem. Nasza trójka natychmiast schowała się za przeszkodą – Coś tak czułem – dodałem, zmieniając broń na Viper'a.
-Zdejmij go a nie pierdol – odparł kapitan. Dobrze że zainstalowałem ten moduł śledzenia lotu pocisku do mojego panelu. Już wiedziałem gdzie jest snajper. Podniosłem się i wymierzyłem. Nacisnąłem spust broni. Sekundę później snajper spadł na ziemie.
-Zdjęty – powiedziałem wychodząc z ukrycia i przeładowałem też swojego Viper'a. Wraz z Jefferson podszedłem do martwego snajpera, zaś Eve do ciała kaprala – Bataranin?
-Na to wygląda – odparł kapitan – Tylko po jaką cholerę tu przyleciał.
-Lepsze pytanie byłoby czy jest tu nich więcej – powiedziałem.
-Też może być Cole – odpowiedział Jefferson – Sevczenko zgłoście się – dodał, ja zaś podszedłem do pani porucznik.
-Nie miał szans – powiedziała pochylając się nad martwym ciałem – Pocisk przeszedł przez hełm.
-Dziwnę – odparłem – Nie sądziłem że piraci mają takie dobre bronie i są tak dobrze wyszkoleni. Chyba że to nie był pirat tylko najemnik.
-Błękitne Słońca?
-Nie miał oznaczeń grupy, a wolnym strzelcem też nie był. Chwila, to nie jest pogranicze?
-Jest.
-Kapitanie – powiedziałem. Jefferson podszedł do nas – To jest pułapka.
-Co masz na myśli? - zapytał
-Piraci dostają sprzęt od Batarian. Tak samo jak podczas Blitzu.
-Przecież flota rozbiła ich bazę na Torfanie. Nie masz podstaw by tak sądzić – powiedział – Sevczenko jeszcze nic nie widział.
-Jak sir uważa – odparłem zmieniając broń na Vindicatora.
-Chodźmy – powiedział kapitan, po czym ruszyliśmy. Miałem cholerne złe przeczucie. Jeśli mam rację to trzeba się wynosić, bądź wezwać flotę. Jeśli nie to dobrze.
-Kiedy Jane spodziewa się tego dziecka? - zapytała Eve.
-Termin ma na sierpień. Kurwa że wpadła z tym cieciem – odparłem. Jason Cena. Amator szybkich aorewozów, panienek i Czerwonego Piasku. Kiedy jeszcze mieszkałem na osiedlu wiele razy miałem okazję spuścić mu wpierdol. No i parę razy wpakował mnie w niezłe gówno. Ale ja dorosłem.
-Spokojnie. Może dorosnął …
-Gówno prawda. Pewnie jej coś dosypał do drinka, zaciągnął do kibla i przeleciał.
-Cole …
-Jak go dorwę to mu spuszczę taki łomot że będzie chodził w masce jak Qurainin.
-Andy …
-A później wyrwę mu serce …-
Andy! - krzyknęła Eve. Obróciłem głowę w jej kierunku – Spokojnie. Pogadaj z Jane wpierw a nie mów czego nie zrobisz.
Westchnąłem.
-Widzę punkt spotkania – powiedział kapitan. Przybliżyłem widok na swoim panelu. Jeden z marines ogląda teren, drugi majstruję przy nadajniku, trzeci stoi koło komandora który rozmawia przez radio – Sevczenko?
-Zabezpieczamy teren – usłyszeliśmy przez radio – Nadajnik. Brak kapsuł ratunkowych.
-Zrozumiałem – powiedział Jeffeson.
-Łatwo poszło – powiedziałem. Chyba wykrzaczyłem …. Wiem na pewno że wybuch był na tyle potężny że odrzucił mnie parę metrów w tył. No i straciłem przytomność ..
***
Megalopolis Londyn, 14 lat temuCholera! Zaraz mnie te psy dorwą! Nigdy więcej nie będę na imprezie która robi Biff. Czerwony piasek … czy do końca już go pojebało?! Najbardziej poszukiwany przez policje narkotyk? Teraz w lewo i rura … kurwa! Siatka! -Stój bo strzelam! - usłyszałem za sobą. No to dupa. Jeśli zacznę przechodzić to mnie trafią. Jak się zatrzymam to będę robił za dziwkę przez najbliższe 10 lat. Chwila. Kontener stoi tuż przed siatkę …. No to jazda. Hop i jestem na kontenerze, teraz tylko się złapać …. bingo! Jestem po drugiej stronie! A policjanci? Próbują przejść. Hehe – Stój! - krzyknął, ja zaś mu pokazałem środkowy palec i zacząłem biec w kierunku bloków. Mam nadzieje że mama się nie dowie o tym.
-Cole, ty sk*rwysynu! - krzyknął głos. Obróciłem się w jego kierunku … i oberwałem. Odrzuciło mnie to trochę. Co jest – Znów się bzykałeś z moją siostrą!
-Chris wyluzuj – powiedziałem, próbując uspokoić faceta – To nie ja, tylko Rio.
-Łżesz! - krzyknął próbując mnie znów uderzyć. Uff, dobrze że zrobiłem unik
-Kurna koleś – powiedziałem unikając kolejnego ciosu. Czas na moją kontrę. Lewy prosty, prawy, lewy … zamroczyło go. Teraz … biodro i bach! Leżysz Windsor! - Mówiłem ci że ni ruchałem twojej siostry! Zapytaj się Rio! - dodałem, po czym kopnąłem go w bok – Debil
-Aał – załączaj Chris, ja zaś udałem się w dalszą trasę. Nie wiem czemu Chris sobie ubzdurał że jak jego siostra się z kimś prześpi to pewnie ja. Przecież nie raz mu mówiłem że Cindy to zamknięty rozdział, ale widać inteligencja nie grzeszy … No w końcu. Teraz tylko wjechać na górę i zimne piwko. Nawet winda jest, no to jazda …. Dłużej nie może jechać? … Wreszcie. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je kluczami, po czym wszedłem do środka i udałem się do kuchni.
-Znów narozrabiałeś - odezwał się ktoś. Obróciłem głowę.
-Jack – odpowiedziałem. Mój starszy braciszek wstał w przejściu z piwem w ręce.
-Na pewno nie duch.
-Nie mam sił na zabawę – odparłem siadając na krześle z browarem – Więc?-Spokojnie – odpowiedział – Jak impreza u Biffa?-Fascynująca – odparłem z uśmieszkiem – Zwłaszcza sprint przed stróżami prawa oraz dokopanie dupy Chrisowi. Jason znów mnie wrobił.
-Spokojnie – odparł mój brachol – Możemy o go skopać albo iść do psychologa.
-Już wole iść do pierdla niż iść do psychologa -rzekłem, widząc na stole datapad z otwartą broszurą Przymierza – Co jest?
-Zapisujesz się do Przymierza – odparł Jack. Co?! – Chyba że masz lepszy pomysł - dodał.
-Co?! - krzyknąłem. On chyba żartuje. Ja i wojsko? Dobre żarty. -Idziesz – odparł. Popatrzyłem na niego z nie dowierzaniem – Wole żeby cie zabili na innej planecie niż zabili na osiedlu.
-Pojebało cię– odparłem – Chyba sobie ze mnie kpisz.
-Nie – powiedział – Pomyśl debilu. Pół osiedla chce cię zajebać, wisisz hajs paru dilerom, za nie długo Biff cie wsypie. W Przymierze wybaczy ci to. Nikt nie będzie cie ścigał. No i zarobisz hajs.
Westchnąłem. Analizował wszystkie za i przeciw
-Cole?
-Wchodzę w to …
***
-Cole! - usłyszałem. Otworzyłem oczy i zobaczyłem mglę – Obudź się kutasie! - coś dodało. Mrugnąłem kilka razy i zobaczyłem twarz Eve.
-Moja głowa – odparłem podnosząc się – Co u diabła?
-Miałeś rację. To była pułapka – odpowiedziała pani porucznik ja zaś wstałem. Spojrzałem tam gdzie był punkt spotkanie. Teraz było to jedno, wielkie pobojowisko. Podniosłem Vinidactora i wraz z Eve udaliśmy się do miejsca wybuchu, gdzie Jefferson sprawdzał stan komandora.
-Obudziłaś się królewno? - zapytał ironicznie kapitan.
-Wystarczyło mnie pocałować – odparłem. Można było wyczuć w moim glosie nutkę sarkazmu. Na twarzy Jeffersona pojawił się uśmiech.
-Następnym razem wezwiemy brata Tex'a – odpowiedział kapitan – Dobra. Koniec żartów. Widzisz co tu mamy.
-Widzę – odparłem – Co z komandorem?
-Mam złamaną nogę – powiedział Juri – Wezwijcie transport.
-Próbowałam – odpowiedziała Eve – Coś blokuje.
-Chyba wiem co – powiedział kolejny głos. Obróciłem głowę w jego kierunku. Szedł do nas czarnoskóry mężczyzna – Zakłócają nas.
-Co macie na myśli sierżancie?- zapytał komandor z sarkazmem. Już go lubię.
-Pułapka.
-No co ty nie powiesz? - zapytałem z ironią. Miałem już tego dość. Obróciłem głowę w przeciwnym kierunku. Zauważyłem jakąś postać która zbliżała się do nas. No i miała broń w jednej ręce – Kontakt! - krzyknąłem. Podniosłem broń i wymierzyłem, po czym nacisnąłem spust. Bang, postać padła. Jednak zauważyłem że zbliżają się kolejni. Wymierzyłem i oddałem kolejną serię. Kątem oka zobaczyłem że jeden z nich mierzy we mnie. Już miałem się obrócić, ale Eve była szybsza. Używając swojego pola biotycznego rzuciła gościa parę metrów dalej.
-Jenkins pomóż mu! - krzyknął komandor. Zobaczyłem że czarnoskóry wyciąga M8 z stabilizatorów i oddaje pierwszą serie. Idealnie w głowę.
-Nieźle – powiedziałem rzucając granat. Wybuch zabił dwóch napastników i ranił kolejnych dwóch. Eve użyła fali biotycznej odrzucając kolejnych żołnierzy – Może odwrót?
-Dobra myśl – powiedział Jenkins zabijać kolejnego.
-Sierżancie bierzcie Sevczenke! - krzyknął kapitan podbiegając do nas – Cole ogień zaporowy!
-Tak jest! - odkrzyknąłem. Zabiłem kolejnego, jednak zobaczyłem że tarcza jest coraz słabsza – Zaraz mi tarcza padnie!
-Rzucaj dymny i spi*rdalamy! - krzyknął Jefferson. Jak mus to mus. Rzuciłem granat i po chwili, gesty dym oddzielił napastników od nas. Przeładowałem broń, a kapitan zamatował minę – Zapamiętają nas.
-Jasne – odparłem, po czym zaczęliśmy biec. Po chwili usłyszeliśmy wybuch – Poszło.
-Słys … - nie skończył ponieważ pocisk przeszedł na wylot jego czaszkę. Schowałem się za skałą i zmieniłem broń na Viper'a. Wychyliłem się i wymierzyłem w snajpera. Adrenalina spowodowała że wszystko zwolniło. Nacisnąłem spust. Sekundę później snajper padł. Upuściłem broń i podbiegłem do kapitana.
-K*rwa – przekląłem pod nosem i zdjąłem jego nieśmiertelnik – Spoczywaj pokoju – dodałem, po czym wstałem i ruszyłem dalej. Biegłem chwilę i zobaczyłem że w kanionie są moi towarzysze. Jaki cudem … Cholera. Pluton najemników. Trzydziestu pierdolonych Batarian przygwoździło mój oddział. Rozejrzałem się po okolicy. Coś musi … wow. Nie sądziłem że przyroda tworzy takie rzeczy. Wielkie głaz idealnie wystawał nad zwierzoną częścią kanionu. Gdyby spadł mógłby zablokować przesmyk i zabić kilku Batarian. Tylko nie ma ładunków wybuchowych, ale mam granaty. Muszą dać radę. Poszedłem do głazu i zacząłem montować ładunek.
-Byle zadziałało – powiedziałem cicho, po czym usłyszałem dźwięk wystrzelonego pocisku. Pocisku który trafił w głaz tuż koło mnie. Obróciłem się i równocześnie wyciągnąłem Predatora. Tuż przed mną stał jeden z najemników. Nacisnąłem na spust … a z dobre osiem razy. Batarinin opadł bezwładnie na ziemie
-I nie trafił z takiej odległości? - zapytałem sam siebie chowając pistolet. Skończyłem montować ładunek, po czym podszedłem do zwłok. Uśmiechnąłem się. Przecież rzadko można spotkać najemnika z wyrzutnią rakiet. Podniosłem broń i dokładnie się jej przyjrzałem. ML 77, produkcji FRM - Przyda się – dodałem, kładąc wyrzutnie na plecy. Stabilizatory wykonały resztę pracy, ja zaś wróciłem do przeszukiwania zwłok. Granaty. Kolejne cztery granaty. Zabrałem je, wróciłem do skały i zamatowałem - Osiem wystarczy – rzekłem, po czym zbiegłem na dół do moich kompanów.
-Cole! - krzyknęła Eve. Nie wiem czy to był okrzyk radości czy smutku – Gdzie kapitan?
-Nie przeżył – odparłem. Pani porucznik chyba tego się nie spodziewała.
-Zaraz podzielimy jego los – powiedział Jenkins.
-Zamknij cie się sierżancie! - krzyknął komandor – Musimy bronić tego przyczółka.
-Tak jest sir! - powiedziałem ściągając swego Vindicatora, jednak położyłem go obok, po czym ściąłem ML77 i podałem Sevczence – Taki mały prezent.
-Macie jakiś plan? - zapytał zaintrygowany Juri.
-Tak. Widzi komandor tamte skały? Zamontowałem tak kilka granatów. Wybuch powinien go przechylić, a jak on spadnie i zablokuje przesmyk. Tylko musimy chwile poczekać – odparłem podnosząc swój karabin,
-Żebyś miał rację Colechester – odpowiedział Sevczenko. Widać plan go zaciekawił.
-Oby – powiedziałem, po wychyliłem się i oddałem kilka serii. Tak minęła dość długa chwila.
-Ostatni! - krzyknął Jenkins. Rzuciłem mu pochłaniacz.-Łap – odparłem zabijać kolejnego Bataranina – Komandorze teraz! - dodałem. Juri wycelował i nacisnął spust. Po chwili pocisk trafił w skałę i wybuch, co spowodowała detonacje granatów. Głaz zaczął się przechylać, jednak nie opadł – Nosz k*rwa!
-Cholera – odparł Sevczenko.
-Eve użyj rzutu na głazie! - krzyknąłem. Dziewczyna popatrzyła się na mnie dziwnie.
-Po co?-Musimy go przechylić! - odparłem. Pani porucznik jakoś nie była do tego przekona – Spróbuj chociaż.
-No dobra – powiedziała po czym użyła swego pola biotycznego. Głaz jeszcze bardziej się przechylił.
-Jeszcze raz! - krzyknąłem. Dziewczyna zrobiła to samo, jednak skała dalej nie chciała spaść – Użyj całej mocy! - dodałem naciskając za spust. Nic. Broń się przegrzała. Spojrzałem na panią porucznik. Ta użyła całej mocy i ruszyła tą cholerna skałę. Głaz spadł idealnie zabijając najemników. Jednak zauważyłem że moja przyjaciółka zaczyna opadać. Rzuciłem się i złapałem za nim upadła. Była przytomna – Dobra robota mała.
-Nie nazywaj mnie mała – odparła – Miałeś rację.
-Zawszą nią mam – odpowiedziałem opierając ją o skałę – Waterloo zgłoś się – dodałem, jednak usłyszałem charakterystyczny dźwięk – No chyba sobie jaja robicie! - krzyknąłem i patrzyłem z przerażeniem jak za wzniesienia wylatuje Mantis.
-Mamy przejebane – powiedział Jenkins. Zobaczyłem jak helikopter mierzy do nas. Ułamki sekund dzieliły nas od śmierci.
-Widzie cel. Odpalam – usłyszałem w radiu. Sekundę później Mantisa rozerwała potężna eksplozja
-Tomahawk jeden dwa, potwierdzam zniszczenie. Kierujemy się dwa pięć osiem – dodało, po czym nad naszymi głowami przeleciały dwa myśliwce.
-Mają kutasy wyczucie – powiedziałem – Tomahawk dzięki za asystę. Oddział lądowy bez odbioru.
-Nie ma sprawy, Tomahawk dwa dwa bez odbioru – usłyszałem w odpowiedzi.
-To się nazywa szczęście – powiedział Jenkins. Miał rację.
-Szczęście czy nie, trzeba się stąd zbierać – odparłem – Waterloo zgłoście się.
-Tu Waterloo. Jak tam Cole? - usłyszałem przez radio
-Jimmy weź mnie nie wkurwiaj tylko podeślij prom. Namierz nadajnik Eve. A i niech na statku czeka na mnie zimne piwo – odparłem.
-Już się robi Cole, ale wpierw generał McGrev chce wiedzieć Jeffersona – odpowiedział Jimmy.
-Jefferson nie żyje – odpowiedziałem. Chyba to zaskoczyło Jimmy'ego – Jimmy?
-Kurwa.
-Nie miał szans – odparłem, po czym zobaczyłem że zbliża się prom – Pogadamy na statku. Cole bez odbioru -dodałem podchodząc do komandora, po czym go podniosłem – Jak noga, sir?
-Nie utną mi jej – rzekł Juri – Muszę przyznać że dobra robota z tymi głazami chorąży.
-Dziękuje – odparłem gdy zaczęliśmy iść do promu, który już wylądował.
-Pójdziecie ze mną do generała – powiedział Sevczenko – Ktoś musi z waszego oddziału zdać raport i przyjąć zjebkę.
-Zawsze to była robota Jeffersona – odpowiedziałem wchodząc do promu
***
Parę godzin później, SSV Paris
-Dobra robota Colechester – powiedział generał McGrev – Pokazaliście że jesteście dobrym żołnierzem.
-Dziękuje sir – odparłem. Czułem że zaraz będzie zjebka – Jednak strata kapitana Jeffersona jest dla nas dużym ciosem.
-Racja. Kapitan był jednym z najlepszych – odpowiedział generał – Jednak zostanie godnie zastąpiony przez majora Longa.
-Tak jest – powiedziałem. Hmm, coś za łatwo idzie.-Rozmawiałem tez z komandorem Sevczenkiem. Powiedział żebym wysłał was na szkolenie N7.
-Mnie? - zapytałem. N7? Szkolenie najlepszych z najlepszych? Shepard, Anderson, Leng, Sevczenko … i teraz ja?
-Tak. Po tej akcji jestem zdania że zasługujesz na to – odparł generał – Zgłosiłem już was na szkolenie oraz do awansu po nim.
-Nie wiem co powiedzieć, sir – odpowiedziałem. Awans? N7? Za nic? Wchodzę w to!– Ale chętnie się tego podejmę.
-A więc ustalone – powiedział, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie. Eve mi chyba nie uwierzy.
***
Wszystkie wersje zostały poprawione. Zapraszam do komentowania.
Użytkownik TheStun3r edytował ten post 08 luty 2012 - 08:19