Podczas mojej gry w ME 3, zginął Mordin, Miranda i Legion. Ze śmiercią Legiona zdołałem się pogodzić. Podczas gdy Mordin poświęcił się aby leczyć Krogan, pierwszy raz rozdarło mi się serce. Wiedziałem, że jeśli go poślę, zginie. Mirandy też nie udało mi się uratować i winiłem siebie mimo iż tak naprawdę nie mogłem nic zrobić. Na samym końcu gry kiedy ginie Człowiek Iluzja a potem u mojego boku ginie Anderson nie mogłem znieść. Łezka się w oku zakręciła. No i na sam koniec przerażenie, że Tygiel nie działa... Przez chwilę przeszła mnie myśl, że to wszystkie starania mogły pójść na marne. Ale później stanęła przede mną decyzja, właśnie ta jedna z trzech. Shepard zginął niszcząc żniwiarzy. Moment w którym zaczęła lecieć ta muzyka w której Shepard strzelał, mnie po prostu rozbiła. Widok twarzy Andersona, potem uśmiech Liary tak mnie rozbił, że uroniłem kilka łez.
Pierwszy raz gdy gra mnie w ten sposób poruszyła. Wczoraj to nawet zasnąć nie mogłem... Co te gry robią z ludźmi?
Szkoda, że w zakończeniu nie pokazali dalszych losów po zniszczeniu żniwiarzy.
U mnie z Normandii wyszli Joker, Tali i Garrus.
Modifié par SasekPOL, 10 mars 2012 - 10:12 .