Przeszłam Omegę kilka minut temu na poziomie trudności - szaleniec. Nie umarłam ani razu. Od czego by zacząć...Po fabule spodziewałam się czegoś więcej, jakichś ciekawych zwrotów akcji i większych emocji. Klimat Omegi czuć. Po adiunantach również spodziewałam się o wiele więcej. Turianka tak się strasznie naopowiadała jakie to one są straszne i że jeden taki potworek wybił całą armię żołnierzy, a tu się okazało, że na najwyższym poziomie trudności wystarczy strzelić w niego 3 razy ze snajperki i jest po nim. Walka końcowa śmiechu warta. Nie chodzi o to, że nie ma jakiegoś fajnego bossa, ale...to nie była walka. Tu w ogóle nie trzeba było walczyć! Wystarczyło, że biegałam i po kolei sobie odłączałam te generatory, wrogowie sobie obok mnie chodzili i nie wiem na co czekali. Zawiodłam się też na ścieżce dźwiękowej, w innych dlc zawsze zapodali jakiś fajny kawałek, a tu nic...Za to bardzo podobała mi się scena po śmierci Nyreen. "Don't **** with Aria"

Wszystkie Asari się tak uroczo denerwują. Aria się szybko pocieszyła po śmierci dawnej partnerki, bo po zabiciu Petrowskiego mnie pocałowała. Również fajna scena. No i jeszcze jedna, która zapadła mi w pamięć - gdy Aria przebijała się przez barierę. "Nie wiedziałam, że tak potrafisz" "Ja też nie" hahaha, to było genialne. Trylogia Mass Effect to najlepsza gra w jaką kiedykolwiek grałam. Mimo, że to dlc to niewypał i tak byłam bardzo szczęśliwa, że mogę znowu przejść jakąś nową misję.